Szkoda całkowita czyli, ubezpieczyciele kpią z nas w żywe oczy

Całkowita szkoda czyli, ubezpieczyciele kpią z nas w żywe oczy
Tak według ubezpieczyciela wygląda wrak
Podziel się
Octavia 2.0 TDI 110 KM Familly
Wyposażenie: Metalic, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie kierownicy, ...
A6 2.5TDI 204KM AKE
Wyposażenie: Metalic, Skórzana tapicerka, Alufelgi, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, ...
807 AUTOMAT,NAVI,SZKLANY DACH,7 FOTELI
Wyposażenie: Metalic, Hak holowniczy, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, ...
A6
Wyposażenie: Skórzana tapicerka, Alufelgi, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie kierownicy, ABS, ...
Sonda
kanał RSS

Dlaczego nawet nieznacznie uszkodzone auta coraz częściej traktowane są jako szkody całkowite?

Miałeś choćby niewielką stłuczkę, a twoje auto nie jest już „nówką” z salonu? Nawet jeśli wykupiłeś polisę AC lub za szkodę ma zapłacić ubezpieczyciel sprawcy kolizji, wcale nie masz gwarancji, że wypłacone odszkodowanie wystarczy na naprawę samochodu. Jak to możliwe?

Firmy ubezpieczeniowe – również te uchodzące za najbardziej wiarygodne – coraz chętniej traktują nawet z pozoru błahe uszkodzenia jako szkody całkowite. Komuś niezorientowanemu w realiach rynku ubezpieczeniowego mogłoby się wydawać, że to korzystne dla klientów rozwiązanie. Jest jednak inaczej! Jeśli rozbiłeś auto ubezpieczone na kwotę np. 15 tys. zł, a ubezpieczyciel twierdzi, że nie warto go już naprawiać, to wcale nie znaczy, że dostaniesz 15 tys. zł odszkodowania.

Prawdopodobnie będziesz musiał zadowolić się ułamkiem tej sumy. Jeżeli auto nie jest mocno rozbite, firma ubezpieczeniowa zapewne stwierdzi, że naprawa jest wprawdzie „nieuzasadniona ekonomicznie” ale... wrak ma sporą wartość. W takiej sytuacji kwota odszkodowania wyliczana jest tzw. metodą dyferencyjną, czyli poprzez odjęcie od wartości samochodu przed szkodą wartości  jego „pozostałości”.

Wróćmy do przykładu: w chwili zawierania polisy AC agent ubezpieczeniowy wycenił wartość auta na 15 tys. zł. Doszło do stłuczki, w wyniku której samochód ma pęknięty zderzak, wgniecioną klapę, zarysowany lakier. Co w takiej sytuacji robi likwidator pracujący na zlecenie ubezpieczyciela?

Jeśli tylko widzi szanse, żeby „zrobić” szkodę całkowitą, najpierw stara się zaniżyć wartość samochodu  przed wypadkiem, np. w kalkulacji uwzględnia bazową wersję wyposażeniową modelu, wprowadza korekty z powodu kiepskiego stanu podzespołów. To, że składkę wyliczono od kwoty 15 tys. zł, nie ma żadnego znaczenia.

Zwykle wyliczona wartość auta przed kolizją jest niższa o kilkanaście procent. Przyjmijmy, że tym razem zamiast 15 tys. zł będzie to 12 tys. zł. Drugim etapem jest zawyżenie kosztów naprawy. Tam, gdzie wystarczyłoby np. wyprostowanie elementu, rzeczoznawca zaleca jego wymianę, dolicza koszt lakierowania blach sąsiadujących z uszkodzonymi itp. Gdyby ubezpieczyciel miał płacić za naprawę, w kalkulacji uwzględniono by cenę zamienników – a tak, do wyceny trafiają najdroższe części po cenach z ASO.

W ten sposób realny koszt naprawy rzędu 5-6 tys. zł da się wywindować do ponad 12 tys. zł. Pozostaje jeszcze odpowiednio wycenić wrak. Wysoki koszt naprawy? Tu przestaje on mieć jakiekolwiek znaczenie. Rzeczoznawca przypomina sobie, że w końcu auto było tylko lekko rozbite – pozostałości są więc warte np. 10 tys. zł.

Jaki jest efekt takich machinacji? Klient zostaje z rozbitym autem i odszkodowaniem w wysokości 2 tys. złotych, bo tyle wynosi różnica między wartością auta przed wypadkiem a wyceną wraku. Za taką kwotę nie da się naprawić samochodu, ale za to firma ubezpieczeniowa zaoszczędziła w tym przypadku ok. 4 tys. zł.

Dodaj komentarz

Komentarze