Czy warto jechać po auto do Niemiec? Może w Polsce jest taniej

Podziel się
Octavia 2.0 TDI 110 KM Familly
Wyposażenie: Metalic, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie kierownicy, ...
A6 2.5TDI 204KM AKE
Wyposażenie: Metalic, Skórzana tapicerka, Alufelgi, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, ...
807 AUTOMAT,NAVI,SZKLANY DACH,7 FOTELI
Wyposażenie: Metalic, Hak holowniczy, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, ...
A6
Wyposażenie: Skórzana tapicerka, Alufelgi, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie kierownicy, ABS, ...
Sonda
kanał RSS

Okazje się skończyły. Pojazdy wysoko wycenione i opisane w ogłoszeniach jako idealne to nierzadko złom, którego w Polsce nikt nie zechce – dziwne, że mają ważny przegląd. Naprawdę dobre samochody są droższe niż w kraju. Jechać na zakupy do Niemiec? Nie! Lepszy interes to eksport polskiego złomu

Wybraliśmy się do Niemiec, aby – tak jak tysiące drobnych handlarzy z Polski – kupić tam używany samochód. Jesteśmy przy tym w o tyle lepszej sytuacji, że nie chcemy na tym zarobić, natomiast zależy nam na starszym aucie w dobrym stanie, które nie przeszło przez ręce polskiego pośrednika kupującego najtańsze sztuki, cofającego liczniki i maskującego wady tak, by samochód wyglądał dobrze w dniu sprzedaży, a potem – może się rozlecieć.

Już przeglądając oferty na portalu Mobile.de – jednym z najpopularniejszych w Niemczech – czujemy, że nie będzie łatwo. Anonse na Mobile.de sortowane są według sprzedawców. „Privatanbieter” oznacza osobę prywatną, z którą trzeba się umówić, zwykle telefonicznie, co jest możliwe, jeśli dobrze zna się niemiecki. „Händler” to profesjonalny pośrednik, zazwyczaj właściciel placu, do którego można przyjechać (bez uprzedzenia) w godzinach pracy. Tak się przynajmniej wydaje.

Ponieważ chcemy kupić ładnego Mercedesa W124 kombi z klimatyzacją, w cenie do 3,5 tys. euro i miejskie autko (Fiata Punto, Nissana Micrę albo VW Polo) w granicach 1,5-2 tys. euro, zaopatrujemy się w wydruki ogłoszeń z internetu. Wybieramy z setek anonsów tylko te, które dobrze rokują. Decydujemy się obejrzeć wyłącznie samochody „w idealnym stanie”, „zadbane”, „serwisowane”.

>>> Odwleka się powrót Kubicy!

Szybko okazuje się, że „Händler” nie zawsze oznacza komis. Pierwsze auto oglądamy w środkowych Niemczech, niedaleko Fuldy. Małe, senne miasteczko, w wąskiej uliczce zaparkowany jest samochód. Widzimy starego Mercedesa za 3,5 tys. euro, który na zdjęciach w internecie wyglądał jak nowy, a w rzeczywistości ma ogromne zacieki na błotnikach. Lekcja pierwsza: „stan idealny” może oznaczać wszystko – tak jak w Polsce. Handlarz, którego wzywamy przez telefon, dziwi się, że nie zadzwoniliśmy przed przyjazdem.

Otwiera maskę i pokazuje silnik zalany olejem. Proponuje rabat, ale odmawiamy – nie chcemy przywozić złomu do Polski. Trzy godziny później i 350 km dalej, już pod granicą francuską, oglądamy podobne auto, które jest o 500 euro tańsze i... o wiele gorsze. Właściciel komisu z „youngtimerami” – żaden Turek, prawdziwy Niemiec – tłumaczy, że karoserię pogiętą przez gradobicie naprawimy w Polsce za 500 euro, a więc: „to nie problem”.

>>> Najciekawsze kombi do 10, 20 i 30 tys. zł: radzimy które modele warto wybrać

Zaczynamy zwiedzać place z autami używanymi, które znajdujemy w niemal każdej większej miejscowości.  Widzimy pojazdy wszystkich kategorii: od „ogryzków” w rodzaju 13-letniego zardzewiałego Forda Fiesty, którego w Polsce w tym stanie ktoś co najwyżej kupiłby na części, przez w miarę jeszcze dobre, ale stare i niepopularne samochody po 1,5-2 tys. euro, jak np. Renault Clio pierwszej generacji, matowe Renault Kangoo w podstawowej wersji czy Nissan Micra z płóciennym, ale uszkodzonym dachem, po prawie nowe auta w rodzaju półrocznego Fiata Qubo 1.4 za 12 490 euro, czyli więcej niż kosztuje w Polsce... nowy egzemplarz!

Sonda
Dodaj komentarz

Komentarze