Jak kupić używany samochód - Bezwypadkowy. Czy na pewno?
Anonymous, autor: Maciej Brzeziński, wydanie: 43/09, 10.09.2010SPONSOROWANE:
- Tani kredyt na samochód
- Poznaj Peugeota 208
- Skoda Citigo bez tajemnic
- Skoda Superb: powyżej średniej
- Tanie części tylko u nas!
Wyposażenie: Skórzana tapicerka, Alufelgi, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie kierownicy, ABS, ...
Wyposażenie: Skórzana tapicerka, Szyberdach, Alufelgi, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie ...
Sonda
Sprowadzony, bezwypadkowy, od pierwszego właściciela – takie znakomite "okazje" stanowią większość używanych samochodów prezentowanych w ogłoszeniach zamieszczanych w internecie
Sprowadzony i bezwypadkowy? To mało prawdopodobne! Prawie wszystkie samochody używane importowane z krajów UE mają wady – albo są rozbite i w Niemczech, Belgii czy Holandii nie opłaca się ich już naprawiać, albo stały w komisie z karteczką "Motor Schaden" (uszkodzony silnik), albo zostały już po prostu wyeksploatowane.
Bądźcie pewni: jeśli auto jest pełnowartościowe lub nieznacznie rozbite, za granicą je naprawią i znajdzie się miejscowy klient, który wyłoży większą gotówkę niż handlarz z Polski.
Sprowadzony i od pierwszego właściciela? Coś tu nie gra – przecież w kraju pochodzenia też ktoś jeździł tym samochodem, może miał on nawet dwóch, trzech lub więcej właścicieli bądź należał do firmy i używany był przez kilku kierowców. Dla sprzedawcy liczy się to, że jest pierwszym właścicielem... w Polsce. A jednak mamy nadzieję, że to właśnie nam uda się szybko znaleźć i kupić używany samochód bez wad. Do komisów wyruszyliśmy z zamiarem kupna bezwypadkowego, mniej więcej 10-letniego "japończyka".
Niechby jego cena była nieco wyższa niż przeciętna, może mieć nawet ubogie wyposażenie, ważne, żeby był cały, bezpieczny, sprawny i nie wymagał natychmiastowych napraw. Zajrzeliśmy więc do internetu i proszę! Od razu znaleźliśmy dwie, wprawdzie ponaddziesięcioletnie, ale bardzo ładne Hondy Civic, stojące w niedalekim komisie. Pojechaliśmy od razu! Niestety, w pierwszym z oglądanych aut ktoś gasił papierosy na fotelu, wyrwał tylną półkę (zapewne wraz z głośnikami), porozlewał coś w środku – wyraźnie nie dbał o samochód, który nie wyglądał jak po 150 tys. km przebiegu, tylko poco najmniej o 100 tys. km większym.
Drugi był lepszy, blacharsko poprawny, ładny w środku. Nie tak ładny z zewnątrz, jak na zdjęciach, co zauważyliśmy dopiero po chwili: zamiast alufelg z nowym ogumieniem sprzedawca założył kompletnie zardzewiałe stalowe obręcze z oponami najprawdopodobniej wyjętymi ze szrotu lub śmietnika. To wcale nie żart. Opony, które ktoś zostawia zużyte w warsztacie wulkanizacyjnym, często trafiają na koła samochodów sprzedawanych przez handlarzy, bo nabywcy używanych akceptują tego typu braki. Niestety, nasz kandydat miał gorszą wadę: smród w bagażniku. Po otwarciu osłonek tylnych lamp nie mieliśmy już wątpliwości. Przed nami stał samochód popowodziowy, czyli jeżdżąca skarbonka, o ile nie trumna!































