Kto postawił te znaki?
Anonymous, wydanie: 3/08, 14.01.2008SPONSOROWANE:
- Tani kredyt na samochód
- Poznaj Peugeota 208
- Skoda Citigo bez tajemnic
- Skoda Superb: powyżej średniej
- Tanie części tylko u nas!
Wyposażenie: Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie kierownicy, ...
Wyposażenie: Metalic, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie ...
Wyposażenie: Metalic, Alufelgi, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, ...
Wyposażenie: Metalic, Centralny zamek, Elektryczne szyby, Immobilizer, Wspomaganie ...
Sonda
Skrzyżowanie powinno być tak zaprojektowane, by zapewniało bezpieczny przejazd. Kierowca musi mieć możliwość podjęcia jednoznacznej decyzji o tym, czy może już ruszyć, czy też powinien czekać. To proste i logiczne wymagania, ale - jak pokazuje nasz materiał - nie zawsze przestrzegane. Kontynuując temat dezorientującego oznakowania dróg, zauważonego przez naszych Czytelników, zajęliśmy się dojazdem do jednego z warszawskich centrów handlowych. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda schludnie i zachęcająco: nowy asfalt, eleganckie krawężniki i chodniki, starannie wymalowane pasy na jezdni. Znaki z wypłowiałym czerwonym kolorem trochę psują wrażenie, ale ogólnie jazda tędy jest przyjemna...
Niestety, nie obyło się bez potknięć. Tym razem chodzi o bardzo ważny znak, oznaczający koniec drogi wewnętrznej. Dlaczego jest taki istotny? Nie wszyscy kierowcy wiedzą, że wyjeżdżając z drogi wewnętrznej, trzeba udzielić pierwszeństwa każdemu: innym kierowcom, pieszym, rowerzystom, itd. Na skrzyżowaniu, przed którym taka droga się kończy, dobry kierowca zachowuje szczególną ostrożność. Tymczasem w sytuacji na zdjęciach, mijając znak "Koniec drogi wewnętrznej", napotykamy inny, mówiący, że jednak mamy pierwszeństwo! To jak jest w istocie? Powinniśmy przepuścić innych, czy jechać sami? Takie niejednoznaczne oznakowanie wprowadza niebezpieczny chaos. Jeżeli założymy, że mamy pierwszeństwo, to możemy się zderzyć z autem, którego kierowca - widząc znak informujący o tym, iż nasz samochód wyjeżdża z drogi wewnętrznej - będzie pewien, że może jechać. Tylko jak ma podjąć decyzję, skoro widzi znak informujący o przebiegu drogi z pierwszeństwem na skrzyżowaniu, który przyznaje je drodze wewnętrznej? Rozpatrzmy drugą opcję: co będzie, kiedy wyjeżdżając z drogi wewnętrznej, będziemy chcieli ustąpić pierwszeństwa innym, mimo że kolejny znak nam je daje? Teoretycznie nadmiar ostrożności nie jest szkodliwy, jednak auto, które "czai się" i nie rusza, chociaż ma pierwszeństwo, nie wzbudza zaufania u innych. W efekcie kierowcy próbują przejechać skrzyżowanie mimo braku pierwszeństwa, a jest to równie niebezpieczne jak ruszanie na czerwonym świetle. Będziemy kontynuować opisywanie miejsc, w których oznakowanie wprowadza w błąd naszych Czytelników. Czy miał katar? Egzamin wymaga skupienia, wystrzegania się błędów popełnianych na co dzień oraz porządnego śniadania, zanim się do niego przystąpi - na wzmocnienie. Szczególnie dotyczy to egzaminów na prawo jazdy. Do tej zasady stosował się w pełni mieszkaniec Lublina. Był skupiony i wystrzegł się błędu wymuszenia pierwszeństwa wobec pieszych przechodzących przez jezdnię, na wzmocnienie zaś zażył odrobinę substancji na bazie alkoholu etylowego. Mniej uważny był kierowca, który wjechał w tył "elki", gdy ta zatrzymała się przed przejściem. Policjanci, którzy przybyli na miejsce zdarzenia, zakończyli egzamin, natomiast los instruktora zależy od tego, czy miał katar: jeśli tak, to pół biedy, bo mógł wtedy "nie wyczuć", ale jeśli nie miał, to odpowie za udostępnienie pojazdu osobie nietrzeźwej. Epidemia Wzruszający artykuł w "Fakcie": redaktor ujął się za ofiarami wypadku, który spowodował odwożący znajomych do domu pijany kierowca. Zanim jednak doszło do nieszczęścia, "śmiechom i żartom nie było końca". Koledzy nie żartowali przy lemoniadzie, tylko siedzieli w barze i pili wódę. Gdy "pijak-morderca" był już tak pijany, że zaczął grozić obsłudze baru siekierą, koledzy wyprowadzili go z lokalu, wsadzili za kierownicę i kazali się odwieźć do domu. Kierowca siedzi za spowodowanie śmiertelnego wypadku po pijanemu i - jak donosi gazeta - jego szczęście, bo miejscowi grożą samosądem. A nas nurtuje pytanie: dlaczego "takie dobre dzieci" (całkiem dorosłe) dały się odwieźć do domu człowiekowi mającemu we krwi 2,5 promila? Czy miały katar i nie wyczuły woni alkoholu od kolegi, czy raczej zaufały przysłowiu, że pijak jak kot zawsze na cztery łapy spada? Tylko tym razem nie spadł.































