W grudniu 2008 roku kupiliśmy Mastera w salonie Renault Zdunek w Gdańsku. 24 lutego 2011 roku silnik oraz turbosprężarka uległy awarii. Okazało się jednak, że te podzespoły nie nadają się do naprawy i trzeba je wymienić. Niestety, w czasie gdy wystąpiła usterka, auto nie było już objęte gwarancją producenta – skończyła się w grudniu 2010 roku.
Jak doszło do uszkodzenia? Pracownik ASO poinformował mnie, że w związku z tym, iż wadliwy wtryskiwacz podawał za dużo paliwa, nastąpiło zatarcie cylindra i wypalenie dziury w tłoku. Renault Polska zaproponowało 40-procentową bonifikatę na zakup silnika i turbiny. Części obecnie kosztowałyby blisko 40 tys. zł zamiast ok. 70 tys. zł. Po doliczeniu kosztów wymiany i pozostałych części za naprawę i tak zapłaciłbym ok. 60 tys. zł.














W 2008 roku pan Mariusz zapłacił za nowego Mastera 83 tys. zł. Po trzech latach eksploatacji serwis zażądał za naprawę dostawczego Renault 60 tys. zł (prawie dwukrotność wartości trzyletniego Mastera). Przedstawiciel importera Renault w Polsce zapewniał nas, że w ASO źle skalkulowano kosztorys naprawy, choć dodał, że i tak nie będzie ona tania, bo dotyczy najdroższego silnika montowanego w Masterze.
Po naszej interwencji Renault zaproponowało naprawę za... 35 tys. zł netto, czyli tyle, ile wynosi rynkowa wartość w pełni sprawnego Mastera na rynku wtórnym. Czy na pewno propozycję importera można nazwać gestem handlowym?