Piszę w imieniu mojego ojca, który po ostatnich wydarzeniach związanych z autem nie doszedł jeszcze do siebie. Do niedawna był szczęśliwym użytkownikiem VW Tourana 1.4 TSI z 2010 roku, jednak auto właśnie spaliło się doszczętnie wraz z garażem, w którym stało. Z samochodu nie zostało nic. Wstępna ocena straży pożarnej i policji była jednomyślna – źródłem pożaru był samochód.
Czekamy teraz na udokumentowane opinie. Samochód kupiony był w leasingu, więc sprawy ubezpieczenia będą załatwiane między firmą ubezpieczeniową a leasingodawcą. Proszę o pomoc i informację, jakie kroki powinniśmy przedsięwziąć, aby rozpocząć proces dochodzenia odszkodowania od firmy VW, która sprzedała nam za blisko 100 tys. zł samochód będący produktem niebezpiecznym. Mało tego, był on przyczyną pożaru, w wyniku którego spaliła się nieruchomość wraz z zawartością.
W grudniu 2011 roku miałem niegroźną stłuczkę nowym VW Jettą. 13 grudnia odstawiłem samochód z niewielkimi uszkodzeniami do ASO Idczak-Krotoski-Cichy w Nadarzynie. Na miejscu znajdował się rzeczoznawca z towarzystwa Generali, który miał wycenić naprawę. Trzy dni później wykonana ekspertyza i oszacowanie rozmiarów uszkodzeń zostały zaakceptowane przez Generali. Szacunkowy czas naprawy określono na tydzień. Niestety, do dnia dzisiejszego samochód stoi w warsztacie z powodu braku części – Volkswagen w ciągu 50 dni od zdarzenia nie potrafił dostarczyć do ASO zamka maski oraz prowadnicy do zderzaka. Jeśli tak wygląda naprawa po delikatnej stłuczce, to boję się pomyśleć, co byłoby w przypadku jakiejkolwiek usterki mechanicznej. Jako klient czuję się oszukany, gdyż kupując samochód marki VW, liczyłem na wysoką jakość nie tylko Jetty, lecz także obsługi posprzedażnej. Ubezpieczyciel zapewnił auto zastępcze na 14 dni zgodnie z umową AC. Za pozostały okres płacę z własnej kieszeni. Każdy kolejny dzień przypomina mi o tym, że jestem „szczęśliwym posiadaczem” nowego VW.
W moim Volkswagenie Passacie 1.4 TSI po przejechaniu około 60 tys. km pojawiło się rzężenie silnika, występujące tuż po jego uruchomieniu. W ASO dowiedziałem się, że to skutek awarii nastawnika rozrządu i (lub) rozciągnięcia się łańcucha rozrządu. Koszt naprawy to około 2,4 tys. zł. Niestety, producent auta nie poczuwa się do winy za skonstruowanie takiego bubla i nie chce pokryć kosztów naprawy ani w nich partycypować. Moim zdaniem serwis VW powinien grzecznie usunąć usterkę i przeprosić mnie za stracony czas oraz nerwy. Wolałbym uniknąć chodzenia po sądach, ale nie wykluczam, że tak to się skończy.
Ubezpieczony w firmie Benefia sprawca kolizji zniszczył w moim aucie zderzak. Żeby móc oszacować rozmiary uszkodzeń, Benefia skorzystała z usług fotografa – na podstawie jego zdjęć likwidator wycenia szkodę. W protokole fotografa zobaczyłem, że w pozycji „odszkodowanie” zaznaczył on potrącenie w wysokości 50 proc. Na moje pytanie, skąd wziął taką wartość, odrzekł, że tego wymaga pracodawca, bo w przeciwnym razie zostanie mu odebrana część wynagrodzenia. Otrzymałem przelew w wysokości 227 zł. Nie wystarczy to na demontaż i lakierowanie zderzaka. ASO za naprawę żąda 1,3 tys. zł.
W 2006 roku kupiłem nowego Passata. Był on serwisowany wyłącznie w ASO w Płocku. We wrześniu tego roku zauważyłem purchle na lakierze na niemal wszystkich elementach nadwozia. ASO przekazała mi informację, że importer VW uznał, iż nie podlega to gwarancji na perforację, gdyż powstałe bąble są związane z utlenianiem się cynku. Zaproponowano mi korzystne warunki naprawy, na co się zdecydowałem. Po wykonaniu usługi otrzymałem oświadczenie z ASO, że naprawa nie podlega gwarancji, gdyż serwis stwierdził „występowanie na nadwoziu, jak również innych elementach metalowych, np. opasce samozaciskowej przy silniku, oddziaływania nieznanego agresywnego środowiska powodującego korozję”. Przedstawiciel ASO stwierdził, że pojawiająca się rdza może być skutkiem oddziaływania substancji chemicznych, co można zaobserwować np. w samochodach popowodziowych.
Jestem czytelnikiem „AŚ” i staram się postępować zgodnie z sugestiami redaktorów pisma. Niejednokrotnie podkreślaliście na łamach, że przed zakupem auta używanego trzeba je dokładnie sprawdzić (zwłaszcza przebieg), by w przyszłości uniknąć niespodzianek. Udałem się do ASO VW w Warszawie z właścicielem pojazdu, który zamierzałem kupić, na weryfikację przebiegu na podstawie nr VIN. Chciałem też poznać historię napraw auta. Doradca serwisowy odmówił nam udzielenia tych informacji, bo takie jest zarządzenie importera. Czy VW stoi po stronie oszustów cofających liczniki?
Podczas jazdy samochodem usłyszałem dziwne stuki w kokpicie. Po zatrzymaniu pojazdu nie zauważyłem żadnych niepokojących objawów. Uznałem więc, że mogę kontynuować jazdę. Stan nawierzchni drogi, po której się poruszałem, pozostawiał dużo do życzenia, obok niej prowadzono prace związane z budową autostrady. Po przejechaniu 1-2 km odpadło lewe przednie koło. Udało mi się wyhamować auto, tak by nie uszkodzić innych uczestników ruchu.
Sprawę zgłosiłem ubezpieczycielowi z polisy autocasco. Rzeczoznawca firmy MTU sporządził protokół szkody, w którym wyszczególnił uszkodzone elementy. Po 3-tygodniowym oczekiwaniu na odpowiedź i kilku moich ponagleniach otrzymałem pismo z MTU z odmową wypłaty odszkodowania – moje roszczenie nie spełniało kryteriów wymienionych w ogólnych warunkach ubezpieczenia AC. Wygląda więc na to, że gdybym uderzył w inny samochód albo w bandę, uniknąłbym problemów, jakie mam teraz z ubezpieczycielem.
W czasie jazdy po autostradzie A1 przy prędkości 140 km/h pękła śruba mocująca korbowód w moim VW Touaregu. Auto nagle straciło moc. Jedynie zbieg okoliczności zdecydował, że nie doszło do wypadku! Touareg przejechał do momentu zdarzenia ponad 44 tys. km. Był należycie serwisowany i eksploatowany, a przegląd po 30 tys. km nie wykazał żadnych usterek. Auto zostało odholowane do ASO Groblewski w Gdańsku. Złożyłem reklamację w firmie Kulczyk Tradex (polski importer VW).
W piśmie zadałem kilka pytań, np. dotyczących warunków rozliczeń kosztów związanych z naprawą silnika. Niestety, nie otrzymałem odpowiedzi. Zleciłem rzeczoznawcy z PZM przygotowanie opinii technicznej mającej na celu wyjaśnienie przyczyn uszkodzeń motoru. Ekspert stwierdził, że prawdopodobnie odkręciła się lub urwała śruba mocująca dolną część korbowodu.
Jestem użytkownikiem 4-letniego Volkswagena Golfa z silnikiem 1.4 TSI. Samochód serwisuję w ASO. W chwili obecnej ma przebieg 62 tys. km i jest po gwarancji. Żeby ustrzec się od ewentualnych kosztów naprawy Golfa, kupiłem odpowiednie ubezpieczenie Volkswagen Life Time (wariant pełny).
Pod koniec maja 2011 roku zgłosiłem w ASO VW Euro Marketing w Lublinie nierówną pracę jednostki napędowej oraz drgania całego auta, uniemożliwiające normalną eksploatację. Serwis zasugerował ubezpieczycielowi – firmie Allianz – wymianę silnika.
Towarzystwo ubezpieczeniowe odmówiło, gdyż stwierdzono, m.in. że serwis Volkswagena nie ustalił przyczyny usterki. Diler poprosił o pomoc importera. Firma Kulczyk Tradex zadeklarowała chęć pokrycia 30 proc. kosztów naprawy. Musiałbym zatem zapłacić 16 tys. zł. Czuję się oszukany. Nie po to zawarłem polisę w wariancie pełnym, żeby teraz naprawiać samochód za swoje pieniądze.
Mam problem z ubezpieczycielem sprawcy kolizji – firmą HDI Asekuracja. 16 maja br. na parkingu miałem stłuczkę z autem kierowanym przez osobę ubezpieczoną w HDI. Po wezwaniu policji okazało się, że sprawczyni (emerytka) nie ma przy sobie prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego ani ubezpieczenia OC. Policja uznała jej winę. 22 czerwca otrzymałem z HDI propozycję odszkodowania w wysokości 580 zł – wystarczy na polakierowanie zderzaka.
W wyniku zdarzenia w aucie zostały uszkodzone oba reflektory (pourywane uchwyty) i pas wzmocnienia czołowego, wyrwane mocowanie boczne zderzaka oraz połamane kratki wlotu powietrza pod zderzakiem. HDI Asekuracja nie uwzględniło uszkodzenia reflektorów i pasa czołowego. Do wyceny przyjęto zamienniki i potrącono 50 proc. z tytułu amortyzacji. To nie ja byłem sprawcą kolizji, czemu więc mam być stratny?