Ubezpieczony w firmie Benefia sprawca kolizji zniszczył w moim aucie zderzak. Żeby móc oszacować rozmiary uszkodzeń, Benefia skorzystała z usług fotografa – na podstawie jego zdjęć likwidator wycenia szkodę. W protokole fotografa zobaczyłem, że w pozycji „odszkodowanie” zaznaczył on potrącenie w wysokości 50 proc. Na moje pytanie, skąd wziął taką wartość, odrzekł, że tego wymaga pracodawca, bo w przeciwnym razie zostanie mu odebrana część wynagrodzenia. Otrzymałem przelew w wysokości 227 zł. Nie wystarczy to na demontaż i lakierowanie zderzaka. ASO za naprawę żąda 1,3 tys. zł.
Jestem użytkownikiem 4-letniego Volkswagena Golfa z silnikiem 1.4 TSI. Samochód serwisuję w ASO. W chwili obecnej ma przebieg 62 tys. km i jest po gwarancji. Żeby ustrzec się od ewentualnych kosztów naprawy Golfa, kupiłem odpowiednie ubezpieczenie Volkswagen Life Time (wariant pełny).
Pod koniec maja 2011 roku zgłosiłem w ASO VW Euro Marketing w Lublinie nierówną pracę jednostki napędowej oraz drgania całego auta, uniemożliwiające normalną eksploatację. Serwis zasugerował ubezpieczycielowi – firmie Allianz – wymianę silnika.
Towarzystwo ubezpieczeniowe odmówiło, gdyż stwierdzono, m.in. że serwis Volkswagena nie ustalił przyczyny usterki. Diler poprosił o pomoc importera. Firma Kulczyk Tradex zadeklarowała chęć pokrycia 30 proc. kosztów naprawy. Musiałbym zatem zapłacić 16 tys. zł. Czuję się oszukany. Nie po to zawarłem polisę w wariancie pełnym, żeby teraz naprawiać samochód za swoje pieniądze.
W grudniu 2010 r. zostało uszkodzone moje auto. Sprawca ubezpieczony w firmie PTU przyznał się do winy. Oględziny pojazdu wykonano 10 stycznia. Wkrótce miałem otrzymać pieniądze na konto. W ciągu blisko 3 miesięcy wielokrotnie próbowałem dodzwonić się do likwidatora szkód, udało się dwukrotnie. Za każdym razem słyszę w słuchawce, że wszystko jest w porządku i do końca tygodnia pieniądze znajdą się na moim koncie. Dotąd to nie nastąpiło.
W moim VW Golfie V stwierdzono wadę napinacza łańcucha rozrządu. Producent w instrukcji obsługi napisał, że samochód z silnikiem TSI ma łańcuch bezobsługowy z dożywotnią gwarancją. Właśnie to skłoniło mnie do zakupu Golfa z tą jednostką. Po przejechaniu 30 tys. km okazało się, że łańcuch trzeba wymienić – łączny koszt z robocizną miał wynieść 1750 zł. Mój przypadek nie jest odosobniony, o czym przekonałem się, przeglądając internet.
W takiej sytuacji importer (Kulczyk Tradex) powinien wymienić wadliwą część na swój koszt. Golf jest regularnie serwisowany w ASO
i ma mały przebieg. W moim przekonaniu producent w instrukcji obsługi silników TSI i TDI wyposażonych w łańcuch rozrządu wprowadza użytkowników w błąd, pisząc o bezawaryjności tego elementu, jest to więc niezgodność towaru z umową.
Jestem pierwszym właścicielem Volkswagena Golfa piątej generacji 1.4 FSI z roku 2005. Wszystko z autem było w porządku do momentu, gdy przeskoczył rozrząd w silniku. Za pierwszym razem naprawiłem samochód na własny koszt, bo awaria nastąpiła po zakończeniu gwarancji. Niestety, ta sama usterka wystąpiła ponownie. Obecnie z powodu awarii rozrządu Golf jest w naprawie po raz trzeci!
W serwisie poinformowano mnie, że nigdy wcześniej nie mieli do czynienia
z takim przypadkiem. Czy to możliwe, że tak po prostu czasami się zdarza i jest to tylko zbieg okoliczności?
A może ten typ silnika ma wadę konstrukcyjną? Niestety, nie mogę sobie poradzić z tym problemem. Obawiam się, że wydam pieniądze po raz kolejny,
a usterka powtórzy się ponownie za kilka miesięcy.
Na początku tego roku kupiłem w salonie Sobiesław Zasada Warszawa nowego VW Golfa 1.9 TDI. Po wyjeździe z salonu stwierdziłem, że samochód jest „ospały”. Po przejechaniu ok. 5 km zapaliła się żółta kontrolka informująca o błędzie w pracy silnika. Serwis mnie zignorował, twierdząc, że Volkswagen jest na pewno sprawny, tylko musi się dotrzeć. Po około dwóch godzinach ASO usunęła usterkę. Jako powód niewłaściwej pracy silnika podano brak opaski na przewodzie nadciśnienia. Nikt z serwisu nie potrafił odpowiedzieć, dlaczego w nowym samochodzie brakowało opaski. Naprawa niewiele pomogła.
W styczniu tego roku miałem problem z silnikiem w Volkswagenie Golfie V. Usterka miała zostać naprawiona na gwarancji, ale w serwisie okazało się, że mój samochód już jej nie ma, bo skończyła się w grudniu 2006 roku. Musiałem zapłacić za naprawę prawie 5 tys. zł. Po kilku dniach Golf ponownie wrócił do serwisu, ponieważ usterki nie usunięto. Skontaktowałem się z VW w Niemczech, po czym naprawiono wszystkie usterki na gwarancji, jednak polski serwis nie chce zwrócić pobranych bezprawnie pieniędzy.
We wrześniu 2007 roku kupiłem nowego Volkswagena Golfa kombi. 9 miesięcy później na lewe tylne drzwi spadła gałąź, dokonując zarysowań i wgniecenia. Likwidator szkód PZU podczas oględzin auta wykonał pomiary grubości lakieru. Stwierdził, iż wszystkie elementy zewnętrzne, oprócz drzwi przednich prawych (grubość lakieru 115 mikronów), były lakierowane poza fabryką. Na pozostałych elementach wyniki sięgały od 220 do 330 mikronów. Dokonałem potwierdzenia pomiarów w ASO VW, która stwierdziła przekroczenie normy producenta w grubości powłoki lakierniczej. Podobną opinię wydał rzeczoznawca PZM. Powołując się na ustawę z dnia 27 lipca 2002 o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej, wezwałem firmę Kulczyk Tradex do wymiany pojazdu na nowy. Odpowiedź była następująca: "Grubość lakieru jest prawidłowa".