W Niemczech, Holandii i w innych krajach, skąd sprowadza się do Polski używane auta, spisywanie stanu licznika na obowiązkowym przeglądzie to standard. Dane trafiają albo do bazy stacji diagnostycznej, albo (w zależności od kraju) do ogólnokrajowego rejestru dostępnemu każdemu zainteresowanemu.

Ponadto właściciel w niemal każdym przypadku dostaje do ręki papierowe potwierdzenie zaliczenia przeglądu. Zawiera ono wpisy o wykrytych drobnych usterkach, podstawowe informacje o samochodzie i stan licznika. Gdy kupujemy używany samochód, jeśli właściciel nie ma nic do ukrycia, dostajemy poza podstawowymi urzędowymi dokumentami także książkę serwisową (z wpisami z serwisów w przypadku starszych aut jest różnie), a także zaświadczenia z przeglądów. Dzięki temu mamy pewność, że licznik nie był cofany.

Niemcy czy Holendrzy z reguły bardzo skrupulatnie gromadzą takie potwierdzenia. Wraz z fakturami za naprawy (też zdarza się na nich wpisany stan licznika) solidny zestaw papierów dokumentujący historię serwisową samochodu ma wpływ na jego wartość i cenę. Jeśli takich dokumentów nie ma, można przyjąć, że ktoś zgubił je specjalnie, a co najmniej należy uznać przebieg pojazdu za niepotwierdzony.

Jeśli sprzedawca w polskim komisie przekonuje, że „Niemcy o takie papiery nie dbają”, nie wierzmy – choć oczywiście autentyczność przebiegu może wynikać także z samej książki serwisowej – o ile da się potwierdzić oryginalność wpisów. Ale już przypadku samochodów sprowadzonych z Danii wystarczy znać ich numer nadwozia lub stary numer rejestracyjny, by sprawdzić, jaki miały przebieg na ostatnim przeglądzie w kraju, z którego pochodzą.

Książka: prawdziwa czy dorobiona? Nie warto zbytnio polegać na książce serwisowej, jeśli nie ma faktur za naprawy lub innych dokumentów potwierdzających przebieg. Zajrzyjcie na Allegro.pl lub inny portal ogłoszeniowy – oryginalne druki książek serwisowych do samochodów różnych marek z różnych lat można kupić za kilkadziesiąt zł. Jeśli chodzi o pieczątki, to można zamówić sobie dowolne.

Owszem, oszuści, którzy dorabiają książeczki (czasem – jak np. w Alfach Romeo – wystarczy przenieść naklejkę lub wkładkę z danymi auta do nowego, świeżo wypełnionego druku książeczki) często robią błędy: do samochodu z 2004 r. dorabiają książeczkę, która jest drukiem z 2007 r., ale czy potraficie zauważyć i rozpoznać takie detale, kupując używane auto w komisie?

Co wie serwis? Jeśli samochód był naprawiany w autoryzowanych warsztatach za granicą, w wielu przypadkach polski autoryzowany warsztat ma wgląd do jego pełnej historii. Dane bardzo często są szczegółowe aż do przesady – nie tylko wiadomo, kiedy i przy jakim przebiegu odbyła się naprawa, lecz także jakie elementy były wymieniane i dlaczego.

Bardziej świadomi oszuści sprawdzają najpierw sami, jakimi danymi dysponuje sieć dilerska, a potem dorabiają do nich stan licznika. Stąd samochody, które dziś mają 10 lat i rzekomo 200 tys. przebiegu, a ostatni wpis w serwisie mówi o 150 tys. km na liczniku i pochodzi z 2006 roku. Warto wierzyć w cuda?

O czym pamięta samochód? Im bardziej zaawansowane technicznie auto, tym większa szansa, że – jeśli miało miejsce manipulowanie stanem licznika – pozostały po tym ślady. Kilkuletnie luksusowe Mercedesy, „beemki” itp. pojazdy zapisują wiele danych w licznych sterownikach swojego wyposażenia. Pompa hamulcowa „pamięta”, ile razy użyto hamulca, radio – kiedy i przy jakim przebiegu pojawiały się błędy (np. w odtwarzaczu płyt), kiedy i przy jakim przebiegu dolewano oleju itp.

Owszem, wszystkie te ślady da się wyczyścić, jednak wymaga to wiedzy, jest drogie i często fałszerze poprzestają na najtańszej opcji. Dlatego przed kupnem drogiego samochodu warto odwiedzić dobrego elektromechanika – może się okazać, że auto przejechało 300 tys. km więcej, niż deklaruje jego sprzedawca! Jednak w przypadku aut starszych lub prostszych konstrukcyjnie przebieg zapisywany jest tylko w liczniku lub sterowniku silnika. Po sfałszowaniu danych nie pozostaje już żaden ślad.

Masz auto sprowadzone z Danii,w którym ktoś zmanipulował licznik? Na stronie www. bilviden.dk na podstawie numeru nadwozia każdy może sprawdzić jego autentyczny przebieg. Owszem, wierzymy ci, drogi handlarzu, że nie wiesz, kto cofnął licznik, wszak Duńczycy (pamiętacie „Gang Olsena”?) to z pewnością krętacze, ale... skoro sprzedajesz auto z wadą – odpowiadasz!

Uwaga! Sprzedawcy oszuści czasem oferują kupującemu sfałszowane kopie zagranicznych potwierdzeń z przeglądów z wpisanym stanem licznika. Sfałszowaną kopię można stworzyć za pomocą zwykłej kserokopiarki! Dokument, który ma jakąkolwiek wartość, musi być oryginałem. Zwykle sporządzany jest na papierze firmowym, czasem na biało-czarnym druku A4, jednak zawsze z odciskiem kolorowej pieczęci. Warto takim dokumentom przyjrzeć się dokładnie, by nie dać się oszukać.

W niektórych autach (m.in. nowsze modele Mercedesów klasy C i E, BMW i in.) przebieg auta zapisywany jest w sposób rozproszony w sterownikach poszczególnych urządzeń: w liczniku, sterowniku silnika, w nawigacji itp. Niektóre podzespoły pamiętają tylko liczbę uruchomień (np. pompa hamulcowa), jednak i to wystarczy, by oszacować przebieg auta.

Wszystkie te dane można usunąć, ale nie jest to zadanie dla przeciętnego użytkownika laptopa oraz interfejsu diagnostycznego, który usługi cofania liczników oferuje za 50 zł. Dlatego w przypadku drogich i w miarę nowych aut, których historii serwisowej nie da się potwierdzić na podstawie dokumentów, warto odwiedzić warsztat elektromechaniczny, który podłączy auto pod komputer i sprawdzi, czy ktoś tam nie majstrował.

Uwaga: w internecie ogłaszają się także profesjonaliści, którzy zajmują się cofaniem liczników w tzw. trudnych przypadkach i za kilkaset zł podejmą się nie tylko ustawienia licznika, lecz także skutecznego zatarcia śladów oszustwa. Niestety, niektórzy potrafią to zrobić na tyle dobrze, że faktycznie nie da się później stwierdzić, jaki jest prawdziwy przebieg. Jeśli się da, należy po kupnie takiego auta zażądać od sprzedawcy zwrotu gotówki i wszelkich kosztów związanych z transakcją (tekst Maciej Brzeziński).

CZYTAJ WIĘCEJ: