Dzień dobry, nazywam się Piotr Wróbel i chciałbym kupić nowe auto. Na kredyt, za kilkaset, no, maksymalnie 1000 zł miesięcznie. Tak mniej więcej przedstawiam się pracownikom salonów, do których dzwonię. Skąd pomysł na nowe auto za grosze?

Cóż, z jednej strony zainspirowała nas coraz intensywniejsza kampania reklamowa prowadzona przez jednego z importerów, z drugiej – chcieliśmy poszukać alternatywy dla tych wszystkich przechodzonych Passatów TDI z Niemiec, a przy okazji też sprawdzić, czy nowe auto za kilkaset złotych miesięcznie nie jest przypadkiem chwytem marketingowym.

Brzmi to wszystko naprawdę pięknie, ale czy tak samo jest w rzeczywistości? Koniec końców padło na 6 modeli różnych marek, z różnych klas i w różnej cenie. Odmienne okazały się też warunki i koszty kredytów. W rozważaniach celowo pominęliśmy modele za ponad 100 000 zł, bo w takim przypadku uzyskanie miesięcznej raty na założonym niskim poziomie (czyli maksymalnie 1000 zł) oznaczałoby nierealnie długi okres kredytowania i bezsensownie wysoki wkład własny.

W galerii zestawiliśmy kredyty dostępne w salonach dilerskich – z reguły udzielają ich banki należące do danej marki (np. Toyota Bank), niekiedy są to też firmy zewnętrzne (np. Santander Consumer Bank w przypadku Mazdy).

Uwaga: w zestawieniu ujęliśmy tych importerów, którzy udostępniają na swojej stronie WWW choćby najprostszy kalkulator kredytowy. Finansowanie zakupu oferuje w zasadzie każda z marek, ale kalkulator pozwala wstępnie oszacować wysokość miesięcznej raty, bez konieczności zawracania głowy sprzedawcom.

No dobrze – powie ktoś – ale po co w ogóle brać kredyt w salonie, skoro można skorzystać z usług tradycyjnego banku? To prawda, do niedawna nie było większych różnic (nawet jeśli chodzi o oprocentowanie), a w niektórych aspektach (np. czas oczekiwania na decyzję) banki przebijały ofertę salonów dilerskich. Teraz zaczyna się to jednak zmieniać, bo niektóre marki proponują klientom znacznie korzystniejsze warunki, w tym m.in. wliczenie ubezpieczenia komunikacyjnego w koszt kredytu (a niekiedy nawet kosztu... opon!), odkupienie auta po zakończeniu umowy lub podział ostatniej raty (balonowej) na... raty.

Pamiętajcie o tym, że wzięcie kredytu na samochód (czy to u dilera, czy bezpośrednio w banku) sprawi, że nie będziecie jedynymi właścicielami auta – w dowodzie rejestracyjnym figuruje wtedy też bank. Gdy zamiast kredytu samochodowego wybieracie w banku tzw. kredyt konsumpcyjny, to nie tylko warunki mogą być czasem lepsze, lecz także papiery auta pozostaną „czyste”, co uprości jego późniejszą odsprzedaż.

Obok kredytów istnieją też inne, mniej popularne formy finansowania zakupu nowego auta przez osoby fizyczne, np. leasing konsumencki, czyli przeznaczony dla osób nieprowadzących działalności gospodarczej. Od tradycyjnego kredytu jest on z reguły nieco tańszy. Czemu więc tak niewielu klientów się na niego decyduje? Przede wszystkim dlatego, że właścicielem pojazdu do wygaśnięcia umowy pozostaje firma leasingowa.

Auto „w kredycie” można znacznie łatwiej odsprzedać, natomiast z odstąpieniem leasingu innej osobie może być już nie tak łatwo. Poza aspektem finansowym leasing ma też jednak i inne zalety – z reguły w koszty będziecie mogli wliczyć ubezpieczenie (choć takie rozwiązanie coraz częściej zawierają też kredyty dilerskie), a podczas podpisywania umowy czekają was krótsze (i prostsze) formalności.

Na koniec ważne zastrzeżenie. Niektóre marki (np. Skoda) proponują dwa rodzaje kredytu, choć wcale się z tym nie obnoszą. I tak, oprócz reklamowanej oferty, w ramach której możecie skorzystać z „niskich rat”, dostępny jest też tradycyjny kredyt. Sęk w tym, że np. w przypadku opisywanej Octavii niskie raty mogą kosztować was więcej.

Naszym zdaniem

Niby tanio, ale... ...kredyt z niskimi ratami opłaca się głównie tym, którzy często zmieniają samochody, bo w ramach ostatniej raty (tzw. balonowej) pojazd z reguły można odsprzedać do salonu. Z drugiej strony za równowartość wpłaty własnej da się zwykle kupić auto używane o niepewnej przeszłości – w wielu przypadkach spłacanie rat za nowe auto może okazać się przyjemniejsze niż płacenie za naprawy starego gruchota.