To, że na polskich drogach nie jest wystarczająco bezpiecznie, nie ulega wątpliwości. To po prostu fakt. Kierowcy winią za taki stan rzeczy innych kierowców, albo drogowców. Drogowcy mówią, że dostają za mało pieniędzy. A państwo nie dysponuje wystarczającymi środkami, by mocno zainwestować w kompleksowy i skuteczny program poprawy bezpieczeństwa na drogach.

Tymczasem ruch drogowy rządzi się własnymi prawami. Kolejni młodzi kierowcy zdają egzamin na prawo jazdy i siadają za kierownicami samochodów. Często za szybkich i za mocnych. Jeżdżąc, uczą się od innych kierowców. A ci inni kierowcy zbyt rzadko dają dobry przykład. Narzekamy – i słusznie – na marną edukację kierowców, których uczy się głównie tego, jak zdać egzamin.

Żalimy się na uczestników kursów prawa jazdy, wybierających najtańszy kurs na prawo jazdy (który robi się raz w życiu), mimo że w kieszeni noszą smartfona za dwa tysiące złotych (którego wymieniają co kilka lat). Wszystkie te żale i narzekania mają swoje uzasadnienie i nie biorą się z sufitu. Zastanówmy się więc nad tym, jakie mamy realne możliwości, by coś zmieniło się na lepsze.

Potrzeba bardziej rygorystycznych kar?

Ten temat przewija się niemal za każdym razem, ilekroć zdarzy się seria tragicznych wypadków, których przyczyna jest podobna. Na przykład jazda pod wpływem alkoholu lub innych środków odurzających. Prewencja nie jest naszą wiodącą narodową cnotą, dlatego zwykle przebudzenie następuje dopiero wówczas, kiedy coś niedobrego się wydarzy. Wtedy pojawiają się pomysły, by zaostrzyć kary w celach prewencyjnych.

Tylko czy mamy jakieś realne szanse na rzeczywiste zaostrzenie kar za te najbardziej drastyczne przewinienia piratów drogowych? Mimo, iż niektóre ustawy sejm podejmuje w niebywałym pośpiechu, to te związane z bezpieczeństwem na drogach mają raczej niewielki priorytet. A nawet, kiedy już pojawiają się na horyzoncie, to szybko toną w morzu dyskusji i kontrowersji. Weźmy choćby powracający jak bumerang temat zatrzymywania prawa jazdy za dwukrotne przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym. Przepis, który miałby na to pozwolić, jest jak Yeti – wszyscy o nim słyszeli, ale nikt go nie widział.

Niebezpieczny zakręt

Ale nawet prawo, które już obowiązuje i mogłoby działać skutecznie, nie jest wystarczająco rygorystycznie egzekwowane przez sądy. Przykład - zawsze aktualny temat pijanych kierowców, których obecnie zasądzane kary ciągle nie motywują do odstawienia kieliszka przed jazdą.

A może powinno być więcej kontroli prędkości?

No właśnie, a czy kolejne fotoradary rozwiązałyby sprawę? Może powinno być więcej patroli, więcej nieoznakowanych aut z wideorejestratorami? Może nad głównymi trasami powinny latać wyposażone w rejestratory prędkości helikoptery, których pilot dawałby sygnał stojącej nieopodal załodze radiowozu, że nadjeżdża pirat, który przekroczył prędkość o 15 km/h na prostej drodze poza obszarem zabudowanym? Czy to nauczyłoby nas szacunku dla przepisów, jaki mają kierowcy w krajach, gdzie płaci się wyjątkowo słone mandaty za minimalne nawet przekroczenia prędkości?

A może idźmy na całość i zacznijmy montować w każdym aucie „czarne skrzynki”. Ale nie takie, które rejestrowałyby ostatnie kilka minut jazdy, a z każdą następną minutą nadpisywały to, co zarejestrowały pięć minut wcześniej. To akurat byłoby mądre rozwiązanie, bo pomogłoby w określaniu przyczyn kolizji lub wypadku.

Ale nie bądźmy minimalistami – zamontujmy w każdym aucie rejestrator, który w czasie rzeczywistym będzie zbierał dane o prędkości i położeniu samochodu, i przesyłał je stale do centralnej, policyjnej bazy danych. Każde auto w Polsce byłoby widoczne na mapie Wielkiego Brata, każdy nasz ruch byłby znany, a niesubordynacja – surowo karana.

Marchewka zamiast bata, rozum zamiast policji

Technicznie to wszystko da się zrobić. Tylko czy nie dążymy w ten sposób w stronę państwa policyjnego? I czy to jest niezbędne, żeby na drogach było bezpieczniej? Albo zapytajmy wprost: czy naprawdę jesteśmy takimi totalnymi nieudacznikami, że kiedy nie wisi nad nami policyjny bat, to nie potrafimy prowadzić rozsądnie i mądrze? Czy naprawdę polski kierowca musi mieć świadomość kary, bo kiedy poczuje się bezkarny, to budzi się w nim demon prędkości i drogowy pirat?

Taki wizerunek byłby niesprawiedliwy. Niesprawiedliwy przede wszystkim dlatego, że wielu z polskich kierowców ma i wysokie umiejętności, i poukładaną psychikę, i determinację do tego, by prowadzić rozsądnie. Tylko jak walczyć z głupotą tych nielicznych, którzy jeżdżą jak idioci, przez których zagraniczni turyści boją się w Polsce usiąść za kierownicą samochodu?

Pewny siebie kierowca

Być może takich kierowców ze „sportowym” prawem jazdy, którzy najpierw „cisną”, a potem myślą, jest niewielu. Ale co z tego, skoro odpowiadają za tak wiele ryzykownych sytuacji na drodze? Wyobraźmy sobie, że taki „pośpieszny” kierowca, z syndromem kompulsywnego wyprzedzania, wyjedzie na 200-kilometrową trasę…

Po drodze wyprzedzi 30 samochodów „na trzeciego”. Ilu kierowców będzie musiało awaryjnie hamować i zjechać na pobocze, żeby się z nim czołowo nie zderzyć? Ilu z nich uda się to zrobić tak, aby nie uderzyć w inne auto, pieszego, w drzewo? Ile niebezpiecznych sytuacji stworzy zaledwie jeden pirat drogowy?

Jak podciąć skrzydła drogowym idiotom?

Na to pytanie nie znamy odpowiedzi. Bywają bowiem kierowcy tak niereformowalni w swojej głupocie, że dyskusja z nimi nie ma sensu. Ale my skupimy się nie na drogowych idiotach, a na tych, którzy rokują. Bo tutaj jest pole, na którym możemy coś dobrego zdziałać. Sami - bez pomocy fotoradarów, mandatów i policji. Tylko jak to zrobić?

Wśród znajomych bądź asertywny.

Metoda nie jest skomplikowana. Drogowi macho to z reguły ludzie dość próżni. Człowiek z natury zachowuje się tak, aby uzyskać akceptację otoczenia. Jeżeli ktoś notorycznie przekracza prędkość, nie szanuje przepisów i znajduje w ten sposób poklask wśród znajomych, to zapewne dalej będzie tak robił. A gdyby tak ten poklask… Solidnie ograniczyć?

Wśród znajomych – bądź asertywny

Powiedzmy, że masz znajomego, który lubi mocno przycisnąć na trasie. Wiesz, że z miasta A do miasta B jedzie się cztery godziny przy niewielkim ruchu. Tymczasem ów znajomy, kiedy spotykacie się w grupie w pracy, co poniedziałek chwali się, że przejechał ten odcinek w trzy godziny. Do tej pory wszyscy, przyzwyczajeni do cotygodniowej historyjki, tylko się uśmiechali. Niektórzy podsumowywali temat krótkim: „No, nieźle stary!” i dzień toczył się dalej.

Ale tym razem postanowiłeś zareagować. Zapytałeś znajomego, jakim cudem udało mu się tak szybko przejechać całą trasę. W odpowiedzi usłyszałeś: „No wiesz, nie jechałem tam pierwszy raz. Wiem, gdzie są fotoradary, znam dobrze trasę. Przez miasto to lecę tak stówką, na trasie jakieś 150, to dla mojego auta żaden wyczyn.”. Na to Ty przy wszystkich mówisz: „Na szczęście z Tobą nie jechałem, bo z tego, co mówisz, wydaje mi się, że musiałeś prowadzić jak kompletny idiota”.

I teraz pomyśl: czy gdyby Twój znajomy co tydzień od innej osoby słyszał coś takiego, to po roku dalej by się chwalił, jak to „zamykał szafę” w swoim służbowym kombi?

Jeżeli ktoś prowadzi agresywnie – wyciągaj wnioski

Idźmy dalej. Na imprezie facet poznaje dziewczynę. Świetnie się bawią, rozmawiają. Po imprezie on proponuje, że odwiezie ją do domu. Gość chce jej zaimponować, więc rusza z piskiem opon. Jedzie zdecydowanie za szybko. Na pustej drodze pędzi środkiem jezdni, przejeżdża kilka razy prawie na czerwonym świetle – kiedy widzi żółty sygnał, redukuje bieg i jeszcze dodaje gazu.

Kierowca i przerażona pasażerka

Dojeżdżają na miejsce. Kierowca spodziewa się czułego pożegnania i propozycji kolejnego spotkania. Tymczasem dziewczyna szybkim ruchem wysiada z auta i mówi: „Wyglądasz jak dorosły facet, ale prowadzisz jak szczeniak. Odezwij się do mnie, kiedy dorośniesz.”.

Sąsiad prowadzi niebezpiecznie? Powiedz mu o tym

Wracasz do domu wzdłuż ulicy. Dwa pasy ruchu, w jednym kierunku. Czekasz, aby przejść przez jezdnię. Widzisz samochód, który zwalnia, aby zatrzymać się przed przejściem dla pieszych.

Kiedy już jesteś na jezdni, nagle na przejście z wyciem klaksonu wjeżdża srebrny SUV. Jego kierowca ani myśli zwolnić, tylko wyprzedza oczekujące przed przejściem auto. W ostatniej chwili odskakujesz w bok. W kierowcy rozpoznajesz swojego dobrego sąsiada…

…którego wieczorem spotykasz pod domem. Pytasz go: „Cześć, gdzie jest teraz Twoja córka?”. W odpowiedzi słyszysz: „U swojej cioci, a dlaczego pytasz?”. Ripostujesz spokojnie: „Bo widzisz… Gdybym nie zdążył uciec przed Twoim autem na pasach, to pewnie byś mnie potrącił. Może złamałbyś mi rękę, może nogę, albo miałbym wstrząs mózgu. Ale gdyby przez pasy szło dziecko, to mógłbyś je zabić.”.

Małe kroki. Dużo małych kroków

To są wszystko małe kroki, ale wierzę, że to właśnie ograniczenie społecznej aprobaty dla agresywnej jazdy i nieszanowania przepisów może zdziałać najwięcej dobrego. I to są kroki, których nikt za nas nie zrobi. A gdyby ktoś z Waszego otoczenia miał wątpliwości co do tego, że głupota może zabić, pokażcie mu ten film:

Na koniec przyznam się, co zainspirowało mnie do napisania tego artykułu. Otóż w jednym z komentarzy do wcześniejszego materiału czytelnik napisał mniej więcej coś takiego: „Wiem, że jeżdżę za szybko. Czasem nawet 200 km/h. Ale na pewno nie mówię, że robię dobrze…”. Pomyślałem wtedy, że jeżeli takich kierowców, którzy potrafią wznieść się ponad własne ego i przyznać do tego, że popełniają błąd, jest więcej, to istnieje szansa, że kiedyś postawią oni bezpieczeństwo na pierwszym miejscu. A potem będą opowiadali innym, jak to zrobili.