Wrześniowe popołudnie, warszawska trasa S8. Trzy pasy w każdą stronę. Już prawy pas porusza się z prędkością 90-100 km/h, więc podróż tą drogą, jak na warunki podmiejskie wielkiej aglomeracji, odbywa się sprawnie. Środkowym pasem spokojnie jedzie Opel Astra. Może nie jest to najnowszy model, ale bez trudu dotrzymuje kroku innym. Porusza się na tyle szybko, że w końcu dogonił sunącego środkiem dostawczaka.

Żeby nie hamować, kierowca Astry postanawia go wyprzedzić, spogląda w lewe lusterko i bezpiecznie zmienia pas na lewy. Jego Opel jedzie już z maksymalną dozwoloną na tej trasie prędkością, więc wyprzedzanie auta dostawczego musi chwilę potrwać. I nagle tuż za Oplem nie wiadomo skąd pojawia się srebrne sportowe auto.

Nie wiadomo skąd? A co to znaczy? Cóż, jeżeli większość aut jedzie „setką”, a ktoś ma na liczniku niemal dwa razy tyle, to przemieszcza się niczym pocisk. Ale to nie wszystko. Kierowca „wyścigówki”, żeby wywrzeć jeszcze większą presję na prowadzącym Astrę, prawie nie zwalnia.

Rozpoczyna ostre hamowanie dopiero w ostatniej chwili, mając nadzieję, że Opel natychmiast ustąpi mu miejsca. Miga długimi światłami. Dojeżdża Oplowi niemal do zderzaka. Gdy to nie pomaga – bo i nie może, przecież Opel jeszcze wyprzedza dostawczaka i nie może wrócić na środkowy pas – kierowca sportowego samochodu naciska klakson. Wiecie może, dlaczego to robi?

Duży może więcej. Na pewno?

Podsumujmy sytuację. Mocne auto pędzi lewym pasem z prędkością niemal dwukrotnie wyższą od dozwolonej i jednocześnie tak dużą, że w razie kolizji z samochodu zostałoby wspomnienie. Wszelkie airbagi, samonapinające się pasy czy inne zdobycze techniki bezpieczeństwa biernego przy 200 km/h prawdopodobnie nie zdołają zapewnić pełnej ochrony, o ile pasażerom w ogóle uda się przeżyć.

Foto: Auto Świat
Czy niektórzy kierowcy myślą, że prowadzą spychacz, a nie samochód?

Czy kierowca tego nie rozumie? A może po prostu nie jest świadom zagrożenia? Ma zaburzony instynkt samozachowawczy? Tego nie wiemy i moglibyśmy napisać, że w sumie to jego sprawa. Ale tak napisać nie sposób, bo gość pędzi wśród innych samochodów, z różnicą prędkości 80-100 km/h.

Kiedy zauważa przed sobą Opla, nie zwalnia, tylko pędzi dalej, żeby go wystraszyć i sprowokować do nagłej, niebezpiecznej zmiany pasa. A przecież kiedy ktoś z obawą próbuje uciec z drogi pędzącemu z tyłu „pociskowi”, może zrobić różne nieprzewidziane rzeczy – np. uderzyć w sąsiednie auto. Czy to tak trudno przewidzieć?

Kolejna sprawa – spychanie z pasa samochodu, który jedzie z maksymalną dozwoloną na danym odcinku drogi prędkością. W tej sytuacji, jedynym czynnikiem, który może przekonać kierowcę Astry do ustąpienia miejsca na lewym pasie napierającemu z tyłu agresorowi, jest obawa o własne bezpieczeństwo. Bo poza tym nic nie obliguje kierowcy jadącemu z maksymalną dozwoloną prędkością do przepuszczania gościa, który chce być zawsze najszybszy, i który przepisy albo ignoruje dla zabawy, albo nie potrafi okiełznać swojej psychiki na tyle, by nie rywalizować na drodze.

Pod prąd przed skrzyżowaniem

Inna sytuacja. Centrum miasta. Zakorkowany dojazd do dużego skrzyżowania z drogą dwujezdniową, z sygnalizacją świetlną. Lewy pas do skrętu w lewo, środkowy do jazdy prosto, prawy do skrętu w prawo. Na lewym pasie stoi szary Fiat Punto, którego kierowca zamierza skręcić w lewo.

Foto: Auto Świat
Kolejny przykład - ten kierowca skręca z pasa przeznaczonego do jazdy prosto

Wszystkie auta oczekują w kolejce. Właściciel Fiata spogląda w lewe lusterko i widzi, że z kolumny pojazdów wyłania się coś dużego i czarnego. To luksusowy SUV. Jego kierowca bez chwili wahania wjeżdża na pas dla przeciwnego kierunku ruchu, wciska gaz do podłogi i pędzi naprzeciw jadącym już z drugiej strony samochodom. Ich przerażeni kierowcy, obawiając się czołowego zderzenia, rozjeżdżają się na boki.

Powstaje chaos, słychać tylko klaksony. A co robi kierowca SUV-a? Spokojnie, na luzie, bez stresu, dojeżdża pod prąd do samego skrzyżowania, mija czoło kolejki aut oczekujących na skręt w lewo. Na czerwonym świetle przejeżdża przez przejście dla pieszych i spokojnie skręca w prawo.

Nadjeżdża pociąg. I co z tego?

Strzeżony przejazd kolejowy w województwie mazowieckim. Wyposażony w półzapory. Jeżdżą tędy pociągi ekspresowe, a pociąg, jak wiadomo (choć chyba jednak nie wszystkim, ale o tym za chwilę), hamuje na drodze nie dziesiątek, a setek metrów. Lokomotywa waży sto ton. Plus wagony. Myślący człowiek ma wobec takiego obiektu naturalny respekt, który odwodzi go od głupich pomysłów. Jednak nie kierowcę kremowego kabrioletu.

Ale po kolei. Włącza się sygnał świetlny i dźwiękowy. Półzapory zaczynają się zamykać. Auta się zatrzymują. Powoli tworzy się kolejka. Trwa to około minuty, ale okazuje się, że to w dobie smartfonów i mobilnego internetu, gdzie wszystko dzieje się natychmiast po kliknięciu, za długo. Kierowca kremowego auta z otwartym dachem wyjeżdża na pas dla przeciwległego kierunku ruchu, jedzie pod prąd aż do przejazdu. Słychać już sygnał podawany przez maszynistę zbliżającego się pociągu. Ale dla kabrioletu to nic – jego właściciel robi „esa” między zaporami i spokojnie przejeżdża przez tory. Tak, po prostu, jak zwykle. Klasyka.

Foto: Auto Świat
Pociąg waży setki ton - cierpliwość przed przejazdem kolejowym bardzo się opłaci

Takich sytuacji widzieliśmy znacznie więcej, ale czy trzeba o nich pisać? Może już wystarczy – poza ignorancją kierujących, z powyższych historii wyłania się pewna dość zdumiewająca zasada: im droższe auto, tym gorszy kierowca. I nie chodzi nam o stopniowanie brawury między właścicielami różnych luksusowych marek. Nie. Chodzi nam o to, że zachowują się oni tak, jakby dotyczyły ich zupełnie inne przepisy, niż tych, co suną słabszymi i tańszymi samochodami.

Tylko że o ile przepisów można nie pamiętać, nie znać, albo po prostu je ignorować, o tyle praw fizyki zignorować nie sposób. Drogi samochód też się zgniecie jak trafi w słup. Co więcej, duże, rozpędzone, ciężkie auto, gdy wpadnie w poślizg i wjedzie między inne samochody, narobi znacznie więcej szkody, niż małe miejskie toczydełko. Prędkość jest przyjemna, ale wraz z nią rośnie także energia kinetyczna auta i pasażerów, z którą coś trzeba zrobić, kiedy przyjdzie nagle zwolnić lub się zatrzymać.

Kiedy prowadzisz, jaki dajesz przykład innym?

Mocne, luksusowe auta nie są tanie. Stać na nie nielicznych. Dobrze skrojone garnitury, modne okulary, drogie zegarki, wyszukane dodatki – chciałoby się powiedzieć: „Kultura”. Skoro tak, to apelujemy, żeby ta kultura przeniosła się też na prowadzenie samochodu. Tak, aby dawać dobry przykład innym, a nie prowokować młodych kierowców, którym mocne auta zawsze imponowały, do niebezpiecznej jazdy. Tak, abyśmy na piękne samochody mogli patrzeć z przyjemnością i na postoju, i podczas jazdy, a nie przed nimi uciekać.

Foto: Auto Świat
Im wyższa prędkość samochodu, tym poważniejsze bądą skutki ewentualnej kolizji

Być może w tym momencie piraci drogowi o bardziej przeciętnej zasobności portfela poczuli się rozgrzeszeni, ale niestety, puenta tego tekstu nie będzie taka, jak w tytule. Bo opisane wyżej drogowe wyczyny zdarzają się też właścicielom słabszych i mniej ekskluzywnych samochodów.

Bo to nie jest wina marki samochodu. To jest kwestia psychiki kierującego. Tylko dlaczego kierowcy bywają skłonni do aż tak niemądrych zachowań? Czy kieruje nimi głód adrenaliny? A może nie potrafią powstrzymać się od rywalizowania, a każda „przegrana” rodzi w nich agresję?

W następnym materiale przeczytacie wywiad z kierowcami, którzy zgodzili się, pod warunkiem anonimowości, opowiedzieć nam, co nimi kieruje. Jedni starają się przestrzegać przepisów, ale czują się zastraszani przez piratów drogowych. Ci drudzy… Już niedługo zobaczycie, co nam powiedzieli!

A jakie są Wasze doświadczenia z agresją i głupotą na drogach? Czy sądzicie, że kultura jazdy zależy od ceny i klasy samochodu? Zapraszamy do komentowania.