California to staromodny grand tourer z najlepszymi tradycjami Skaczącego Konia i silnikiem zamontowanym z przodu.

Nie byle jakim silnikiem!

454-konny, 4,3-litrowy, 8-cylindrowy motor rozpędza auto do „setki” w około 3,9 s. Zważywszy na to, że wszystkie produkowane przez najbliższe dwa lata modele są już zarezerwowane, Ferrari jest pewne, iż przetrwa obecny kryzys finansowy lepiej niż rywale, tacy jak Bentley czy Aston Martin.

Koncern liczy na to, że nabywcy Californii będą większymi podróżnikami niż ci, którzy zdecydowali się na F430, i wykorzystają możliwości, jakie daje nowy model, czyli np. przewożenie dwójki dodatkowych pasażerów. Wnętrze wykończono kremową skórą, zszytą z doskonałą precyzją.

Miejsca w środku jest wystarczająco, nawet dla wysokich osób, ale jeśli mierzysz powyżej 183 cm, może zabraknąć ci przestrzeni dla nóg. Po naciśnięciu guzika aluminiowy dach produkcji Webasto wykonuje 14-sekundowy „taniec”, a auto przemienia się z rasowego coupé w marzenie niejednego Kalifornijczyka – seksowne cabrio.

Ze schowanym dachem mamy do dyspozycji 240 l wolnego miejsca w bagażniku (360 l, gdy wolimy podróżować wersją coupé), a to wystarczająco dużo, by zmieścić dwie weekendowe walizki.

California łatwo się prowadzi i cudownie wygląda

Wlot powietrza na masce i boczne skrzela przypominają Spidera na bazie 250 GT, co było zamierzonym posunięciem Ferrari, które w ten sposób pragnie zdobyć żeńską część populacji klientów.

Zmiana przełożeń łopatkami pod kierownicą odbywa się bez najmniejszej straty czasu i ciągu, a w trybie automatycznym biegi przekładają się tak miękko, że siedząca na miejscu pasażera dziewczyna może spokojnie malować swoje usta. Auto poradzi sobie z wszelkimi miejskimi zakamarkami i parkowaniem – to wszystko dzięki układowi sterowania, automatycznie dostosowującemu szybkość pojazdu do wykonywanego manewru.

Nie dajmy się zwieść wrażeniu, że Ferrari zamiast kolejnego sportowego auta zaprojektowało komfortowe autko dla kobiet. Wystarczy przełączyć przy kierownicy manettino na sportowy tryb jazdy i już mechanizm zmiany biegów zostanie „wyostrzony”,podobnie jak czułości pedału gazu, układu hamulcowego oraz sztywność zawieszenia.

W mgnieniu oka California przygotowana jest do zdobywania autostrad z zawrotną szybkością, a atmosferę podkręca w tle pomruk rasowych 8 cylindrów.

Wibracje przenikają bezpośrednio z silnika do kabiny, a moment obrotowy jest tak niesamowity, że bez kontroli trakcji opony po prostu spaliłyby się.

Standardowe hamulce ceramiczne są bardzo skuteczne, nawet jeśli czucie pedału nie jest tak dobre, jak przy tradycyjnych, stalowych tarczach. Układ kierowniczy ma za mocne wspomaganie.

Nie zmienia to jednak faktu, że przyjemności prowadzenia tego auta nie można porównać z niczym. Przy największych prędkościach ten włoski model jest mocny jak skała i inspiruje pewnością siebie, a cieszący się jazdą kierowca nie poczuje nawet najmniejszego przeciągu w kabinie.California jako nazwa auta została pierwszy raz użyta przez Ferrari w latach 60. i odnosiła się do serii pięknych dropheadów. Teraz jest próbą wzniecenia na nowo płomiennych wspomnień i emocji właściwych dla legendarnego modelu.

Nowy samochód nie będzie najtańszym Ferrari, zresztą nawet określenie „tani” nie nadaje się do jego opisu. Cena Californii wyniesie około 176,2 tys. euro.

Jest to jednak wyjątkowe auto, które pozwala na żwawą i dyskretną jazdę, gdy tylko tego chcesz. To także staromodny grand tourer, który powinien przypaść do gustu każdemu z wystarczającą ilością euro na koncie.