Niemiecka kuchnia jest pożywna, sycąca i często bywa tłusta. Gorzej z wyrafinowaniem – golonka w piwie czy jägerschnitzel (mniej więcej odpowiednik naszego schabowego, tyle że zazwyczaj z sosem z pieczarek lub – rzadziej – z leśnych grzybów) zaspokoją nawet największy głód, ale jedzenie tak ciężkiej strawy dzień w dzień może przysporzyć żołądkowych problemów.

Dlatego po takim obżarstwie chętnie spoglądamy w stronę kuchni włoskiej, francuskiej albo jakiejś bardziej egzotycznej.

W latach 80. ubiegłego wieku Mercedesowi nie można było zarzucić, że produkuje nietrwałe auta. W123, popularnie nazywane u nas „beczką”, było wzorcem niezawodności. Co innego technika. Stuttgarcka recepta na długowieczność była prosta: materiały o dobrej jakości i skrupulatny montaż.

Nowinki techniczne i bogate wyposażenie były wówczas obcymi pojęciami w Mercedesie – za wiele elementów, które inni producenci oferowali w standardzie, Stuttgart kazał sobie słono płacić. Z drugiej strony nic w tym dziwnego – skoro na Mercedesa W123 trzeba było czekać miesiącami, bo fabryka nie nadążała z realizacją zamówień, i to mimo wyposażeniowej mizerii, to czy inny producent na miejscu „gwiazdy” nie zrobiłby tak samo?

Ale czy dziś „beczka” nadal jest taka dobra? Postanowiliśmy przeprowadzić test z pełnymi pomiarami, żeby się o tym przekonać.