Od początku tego roku sprzedawane jest CX-7 po liftingu. Nowości, jakimi okraszono karoserię, nie są rewolucyjne i trzeba być wnikliwym obserwatorem, by poznać model po modernizacji. Dodano trochę chromu, zmieniono obramowanie świateł przeciwmgielnych, powiększono tylny zderzak oraz spoiler.

We wnętrzu zmiany są również niewielkie. Oprócz innej kierownicy oraz nowego zestawu wskaźników kierowca może się cieszyć także z materiałów wykończeniowych lepszej jakości oraz większego ekranu komputera pokładowego.Gdy już zajmiemy miejsce w aucie, pochwalimy przestronność wnętrza. Szkoda tylko, że podróż odbywa się na fotelach, które nie dają wystarczającego podparcia z boku. Lepsza mogłaby być również widoczność do tyłu. Na szczęście w standardzie wersji Sport jest kamera cofania, która ułatwia parkowanie tyłem.

A co z częścią bagażową? Pod tym względem CX-7 nie ma powodów do dumy, bo konkurenci potrafią wygospodarować więcej przestrzeni na walizki.

Pod maską CX-7 pojawiła się nowość – ofertę silnikową poszerzono o 173-konnego diesla. Tym razem jeździliśmy wersją ze znanym z poprzedniczki doładowanym silnikiem benzynowym. Dzięki niemu Mzda potrafi sprawnie przyspieszać, ale pod warunkiem korzystania z górnego zakresu obrotów. Do 3 tys. obr./min prawie nic się nie dzieje. Dopiero po przekroczeniu tej granicy auto wystrzeliwuje z impetem do przodu, by już po 8,2 s osiągnąć „setkę”.

Co ważne, jazda SUV-em Mazdy wcale nie musi być okupiona nadmiernym spalaniem. Podczas testu potwierdziło się zużycie zakładane przez producenta. Mało tego – w mieście przy spokojnej jeździe udało nam się spalić o 2 l/100 km mniej niż obiecywane 14 l. Szkoda jednak, że właśnie przy delikatnym użytkowaniu pojawia się denerwujące zjawisko. Specyficzna praca pedału sprzęgła sprawia, że trzeba się przyzwyczaić, by udało się ruszyć CX-7 bez szarpnięć.

Mocnym punktem pojazdu jest sztywno zestrojone zawieszenie. Jeśli doda się do tego precyzyjny układ kierowniczy, to mamy już wszystko, co pozwala na pewne prowadzenie. Auta nie są w stanie wytrącić z równowagi ani gwałtowne manewry, ani dynamiczne pokonywanie łuków. Jest też napęd 4x4.

Wprawdzie jazda w terenie odpada, ale jego zalety docenimy na śliskim asfalcie. Przy dobrej przyczepności moment obrotowy jest przekazywany na przednie koła, ale gdy zaczną tracić przyczepność, 50 proc. momentu trafia do tylnej osi, co ułatwia ruszanie.

Podsumowanie - Mocny silnik, napęd 4x4 i atrakcyjny wygląd – muszę przyznać, że podoba mi się ten japoński SUV. Wprawdzie skazą na wizerunku jest odczuwalna słabość silnika w dolnym zakresie prędkości obrotowych i sposób działania pedału sprzęgła, jednak niedogodności te mógłbym autu darować, bo przyjemność z podróżowania zwycięża. A cena? No cóż, w tej klasie samochodów nigdy tanio nie było...