No dobrze, od razu na początku testu przyznamy się, że z tym niedotykaniem pedałów i kierownicy to nie do końca prawda. Dlaczego? Ponieważ nasz sprawdzian zaczęliśmy w ruchu miejskim w Warszawie, tam gdzie aktywny tempomat sprawdza się nie najlepiej. Zresztą nie do tego jest on przewidziany, co potwierdzają dodatkowo wpisy w instrukcji obsługi – nie należy używać tego urządzenia w ruchu drogowym o gęstym natężeniu. Jednak teoria teorią, a my postanowiliśmy to sprawdzić.

Początkowo szło całkiem nieźle, bo Mercedes zwalniał i przyspieszał, by utrzymywać bezpieczny odstęp od poprzedzającego samochodu. Jednak już zatrzymanie się na światłach, gdy jechaliśmy jako pierwsi, wystarczyło, żeby niezbędne okazało się użycie hamulca. W przeciwnym razie samochód zacząłby się rozpędzać do prędkości wybranej w tempomacie – przecież poprzedzające nas auto pojechało, po co więc mamy się zatrzymywać? Kolejna sytuacja to skręcanie. Mimo zaawansowanej techniki auto samo nie wjedzie w boczną uliczkę.

Mercedes klasy C - Pierwsze wnioski?

W mieście to urządzenie się nie przydaje. Zobaczmy teraz, jak spisuje się samochód z aktywnym tempomatem podczas jazdy po lokalnych drogach. Tu jest znacznie lepiej, bo nie trzeba skręcać w boczne uliczki, a zatem auto utrzymuje stałą prędkość lub jedzie za poprzedzającym pojazdem. Oczywiście, Mercedes sam przyspiesza i zwalnia, ale nie skręca na łukach. Trzeba robić to samemu. Jednak prawdziwy problem pojawia się, gdy dojeżdżamy do ciasnego zakrętu. Jeżeli nie mamy przed sobą żadnego samochodu, przygotowujemy się do pokonania zakrętu, zwalniając. Nadal jednak nie używamy nóg, tylko przesuwamy dźwigienkę tempomatu w dół, tym samym ustawiamy niższą prędkość i samochód zwalnia.

Podczas testu mieliśmy jedną nietypową i naszym zdaniem niezbyt miłą niespodziankę. Jedziemy za innym pojazdem, nasz Mercedes utrzymuje bezpieczną odległość, zbliżamy się do zakrętu i auto zwalnia, bo przecież jadący przed nami samochód też zwolnił, ale gdy zakręt się zacieśnia, pojazd jadący przed nami znika z pola widzenia tempomatu i Mercedes zaczyna przyspieszać. Oczywiście, w takiej sytuacji nie było wyjścia i musieliśmy hamować nogą. Nie było to niebezpieczne, ale na tyle nieprzewidywalne, że zbyt duże zaufanie do systemu może niepotrzebnie zaskoczyć kierowcę.

Zatem jedźmy wreszcie tam, gdzie aktywny tempomat czuje się najlepiej, czyli na autostradę. Ustawiamy prędkość 140 km/h, samochód się rozpędza i możemy teraz rozkoszować się zrelaksowaną jazdą. No dobrze – że Mercedes sam przyspiesza i zwalnia, już wiemy, a gdyby tak… puścić kierownicę? Proszę bardzo. Auto nadal prowadzi się samo, również na zakrętach. Naprawdę Mercedes „czyta” linie na jezdni i samoczynnie pokonuje każdy łuk. Jednak nie może to zbyt długo trwać.

Po kilkudziesięciu sekundach pomiędzy zegarami wyświetla się ikonka kierownicy z podświetlonymi na czerwono rękami. To ostrzeżenie o tym, że kierowca powinien ze względów bezpieczeństwa trzymać ręce na kierownicy. Postanowiliśmy jednak je zignorować. Ciekawe, co będzie teraz? Ikonka nadal się świeci, a do tego dochodzi dźwiękowe ostrzeżenie i – uwaga – tempomat przestaje utrzymywać tor jazdy, a to oznacza, że gdy znajdziemy się na zakręcie, samochód zacznie wyjeżdżać poza swój pas.

Mercedes klasy C - Oczywiście, jak każdy system, także i ten można oszukać

Widzicie na zdjęciu banany powieszone na kierownicy? Tak, to prawda, że pod koniec testu skończyły w żołądku prowadzącego, ale wcześniej posłużyły właśnie do oszukania systemu. Radzimy jednak tego nie robić i sami również po kilku minutach takiej jazdy powróciliśmy do trzymania kierownicy.

Zresztą takie prawidłowe prowadzenie z rękami na kierownicy wcale nie jest bezzasadne, bo także na autostradzie przydarzyło nam się niespodziewane zachowanie auta. W pewnym momencie utrzymujemy się za innym uczestnikiem ruchu, ale pomiędzy nas wjeżdża pojazd, którego kierowca zbyt gwałtownie zmienił pas ruchu. Niestety, w tej sytuacji nasz Mercedes nie przyhamował, jedynie na desce rozdzielczej pojawił się ostrzegawczy czerwony trójkąt i rozległ się dźwięk alarmowy. Nie było wyjścia i pierwszy raz po około 100 km od rozpoczęcia jazdy na autostradzie musieliśmy zahamować nogą. Taką sytuację mieliśmy jeszcze raz podczas naszej trasy.

Nie były to oczywiście jedyne przypadki, kiedy musieliśmy w ten sposób zmniejszać prędkość. Przecież na trasie do zachodniej granicy są bramki, na których należy się zatrzymać i pobrać bilet lub zapłacić za przejazd. Tu nie ma wyjścia i trzeba zahamować nogą. Testowanie aktywnego tempomatu za naszą zachodnią granicą jest łatwiejsze, gdyż w Niemczech na autostradach nie ma bramek. Jednak zatrzymań z tego powodu nie uwzględniliśmy w naszym teście, bo przecież system nie jest winien temu, że w Polsce w ten sposób płaci się za autostrady.

Nasz test pokazał, że w odpowiednich warunkach aktywny tempomat może być bardzo pomocny, ale stwierdzamy też, że nie można mu jeszcze w pełni zaufać.