"Picie"

Mam w domu dwa automaty do gier Sega Rally, na których dwie osoby mogą ścigać się na rozmaitych torach rajdowych za kierownicą Lancii Delty Integrale albo Toyoty Celiki GT4. Automaty te były bardzo nowoczesne dziesięć lat temu i jak zauważyłem, wciąż pozostają ostatnim krzykiem techniki na niektórych lotniskach na północy kraju.

Rzecz jasna, ponieważ automaty stoją u mnie w domu i gra na nich nic mnie nie kosztuje, osiągam znakomite wyniki. Gwarantuję wam, że spokojnie bym was pokonał, nawet jeśli macie osiem lat lub jesteście twórcami specjalnego kodu, pozwalającego wytrawnym graczom zmienić swoje samochody z napędem na cztery koła w znacznie szybsze – tylnonapędowe. Jeśli mi nie wierzycie, dziesięć moich najlepszych czasów jest zapisanych w układzie pamięci, tkwiąc w nim niczym skupisko śladów po kulach na tarczy strzelniczej. Pierwsza ósemka jest identyczna. Kolejne dwa wyniki są gorsze zaledwie o tysięczne części sekundy.

A teraz powiem wam coś zabawnego. Kiedy siadam do gry po wypiciu tylko jednego małego kieliszka wina, nie potrafię zbliżyć się do mojego najlepszego rezultatu. Jestem wtedy znaczenie wolniejszy, czasem nawet o dwie dziesiąte sekundy.

Dziwna rzecz. Wypicie jednej lampki wina w żaden sposób nie sprawia, że czuję się inaczej. Jestem w stanie trafić palcem w czubek nosa, potrafię też wyrecytować cały łamaniec językowy o Peterze Piperze i bez problemu utrzymuję równowagę na jednej nodze. Zgodzi się z tym nawet nasz fanatycznie apodyktyczny rząd. Ale eksperyment z Segą pokazuje, że nawet pipetka alkoholu wpływa, i to wyraźnie, na szybkość reakcji ważącego sto kilogramów dorosłego mężczyzny.

Po dwóch butelkach wina i odrobinie tarninówki jest już praktycznie po mnie. Pewnego razu byłem tak wstawiony, że wykręciłem czas odbiegający od najlepszych o prawie pół sekundy. Innym razem, w trakcie pokonywania leśnego etapu rajdu, najzwyczajniej w świecie zasnąłem. Chciałbym zatem, żebyście nie mieli żadnych wątpliwości (zwłaszcza że czytacie to na stronie internetowej telewizji BBC, która dziś krytykowana jest dosłownie za wszystko) – absolutnie nie zamierzam sugerować, że alkohol nie wpływa na waszą zdolność do prowadzenia samochodu. Otóż wpływa. Koniec, kropka.

Lecz mimo to doszedłem do wniosku, że powinno się pozwolić siadać za kółkiem nawet tym, którzy narąbali się tak, że nie są w stanie zapanować nad własnymi jelitami.

 Foto: Insignis Media

A oto dlaczego: jako istoty ludzkie jesteśmy z natury stworzeniami stadnymi. Dobrze czujemy się w towarzystwie innych i boimy się samotników. Wyobrażamy sobie, zresztą słusznie, że osoby, które najbardziej lubią swoje własne towarzystwo, są w posiadaniu pokaźnej kolekcji noży i marzą o tym, by pewnego dnia wkroczyć do jakiegoś sklepu i wystrzelać wszystkich klientów.

Aby zaspokoić nasze pragnienie towarzystwa, świat pełen jest miejsc, w których ludzie mogą się gromadzić i miło spędzać czas. Mam na myśli puby, kluby, restauracje i tak dalej. W tego rodzaju przybytkach zwykle serwuje się alkohol, ponieważ tłumi on nasze zahamowania oraz wstydliwość, pomagając wprawić się w dobry nastrój. Wieczór z przyjaciółmi. Kilka drinków. Trochę śmiechu. Lepiej po prostu być nie może.

Ale po wszystkim musicie dotrzeć do domu i wtedy, dla odmiany, gorzej po prostu być nie może.

Skorzystanie z autobusu oczywiście nie wchodzi w grę, ponieważ – zakładając, że znajdujecie się w mieście – nie macie zielonego pojęcia, dokąd właściwie was zawiezie, a nawet jeśli uda się wam wsiąść do czegoś, co zdąża w mniej więcej właściwym kierunku, to ktoś zaraz zwymiotuje wam na spodnie, po czym dźgnie was nożem w serce za to, że zwróciliście mu uwagę.

Jeśli zaś jesteście poza miastem, możecie czekać na przystanku, ile tylko dusza zapragnie. I tak nic nie przyjedzie aż do samego rana, kiedy to będziecie już martwi z powodu hipotermii. W efekcie każdy, kto spróbuje skorzystać z autobusu, skończy pokryty wymiocinami i martwy albo po prostu martwy.

Taksówka? Tu także trzeba wprowadzić pewne rozróżnienie. W mieście jest mnóstwo firm taksówkarskich, które zawiozą was do domu pod warunkiem, że nie będzie wam przeszkadzało, jeśli po drodze padniecie ofiarą gwałtu. Natomiast na prowincji taksówek po prostu nie ma.

Tam, gdzie mieszkam, czyli w pobliżu małego targowego miasteczka w paśmie Cotswolds, mógłbym zadzwonić po taksówkę dziś o jedenastej wieczorem i ręczę, że przyjechałaby ona nie wcześniej niż w październiku. Nawet gdybym dziś wieczorem wyjątkowo mocno uderzył w gaz, to zapewniam, że do tego czasu zdążyłbym wytrzeźwieć na tyle, by móc prowadzić samemu.

Jeśli więc nie chcecie zostać zgwałceni ani zamordowani, jedynym sposobem na dotarcie do domu jest skorzystanie z własnego samochodu. Jeśli jednak tak zrobicie, to albo uderzycie w drzewo i zginiecie, albo zostaniecie zatrzymani przez policję. W tym drugim przypadku stracicie prawo jazdy oraz rodzinę, która pozostawi was na pastwę losu, bo nie będziecie mieć pracy, a więc i pieniędzy.

W rezultacie możecie albo pozostać w domu i kolekcjonować noże, albo wyjść z domu i nie pić. Wtedy jednak staniecie się nudni, wasi znajomi nie będą mieli ochoty więcej się z wami spotykać i ani się obejrzycie, jak będziecie samotnie siedzieć na strychu, ściągając z internetu zdjęcia poćwiartowanych psów i marząc o dniu, w którym z AK-47 w ręku stracicie nad sobą kontrolę.

Już wiele lat temu wymyśliłem rozwiązanie tego problemu. W skrócie przedstawia się ono następująco: jeśli wyszliście na miasto i wypiliście kilka drinków, macie prawo wrócić do domu samochodem, ale tylko pod warunkiem, że umieścicie na dachu samochodu migające zielone światło.

A teraz najlepsza część mojego pomysłu: jadąc z włączonym zielonym kogutem, podlegacie ograniczeniu prędkości do 15 km/h.

Tylko pomyślcie: kiedy będziecie nadjeżdżali wężykiem w kierunku trzeźwych osób (pieszych bądź kierowców), zauważą oni wasz zielony sygnał i będą wiedzieli, że jesteście pijani i że powinni trzymać się od was z daleka.

A ponieważ będziecie jechali wyjątkowo powoli, zapewnicie im dość czasu na to, by zdążyli się przygotować. A nawet jeśli po drodze wjedziecie w drzewo lub przystanek autobusowy, spowodujecie tylko niewielkie szkody.

Dzięki systemowi zielonych świateł dotrzecie więc do domu bez narażania się na gwałt czy zamordowanie; co więcej, następnego dnia wasz samochód będzie stał przed waszym domem, a nie przed oddalonym o trzydzieści kilometrów wiejskim pubem.

Moja koncepcja zakłada coś jeszcze. Jeśli zostaniecie przyłapani na jeździe po pijaku bez zielonego koguta na dachu, policyjny kat z miejsca strzeli wam w głowę. Skoro rząd zgadza się wprowadzić sprawiedliwy i rozsądny system, umożliwiający wam bezpieczną podróż do domu własnym samochodem, to absolutnym minimum, na jakie musicie się zdobyć, jest przestrzeganie jego zasad. Tych, którzy tego nie zrobią, należy od razu zabijać.

I podobnie, każdemu, kto z zielonym kogutem na dachu będzie poruszał się z prędkością przekraczającą 15 km/h, zostanie wsadzona na łeb brązowa papierowa torba, po czym zostanie on stłuczony na miazgę. Skoro jest się na tyle trzeźwym, by pamiętać o zielonym kogucie i wsadzić kluczyk do stacyjki, to jest się też wystarczająco przytomnym, żeby trzymać się limitu prędkości. Nie ma tu miejsca na wymówki.

Jestem przekonany, że wprowadzenie mojego systemu zmniejszyłoby drastycznie liczbę zamykanych pubów – obecnie średnio co cztery godziny likwidowany jest kolejny. Wierzę też, że ludzie byliby bardziej skłonni wychodzić wieczorami z domu, co uczyniłoby nasz kraj szczęśliwszym, bardziej cywilizowanym miejscem. To z kolei zmniejszyłoby prawdopodobieństwo powtórzenia się wydarzeń z Hungerford .

Choć mój pomysł jest w oczywisty sposób pozbawiony wszelkich wad, to niestety istnieją trzy powody, przez które nigdy nie zostanie wcielony w życie. Po pierwsze, rząd nie zwykł pozwalać ludziom na coś, czego wcześniej zabraniał. Nie było jeszcze nigdy takiego zakazu, który kiedykolwiek zostałby zniesiony. Po drugie, bez przepisów zabraniających prowadzenia pod wpływem alkoholu zmniejszyłyby się dochody fiskusa z mandatów. Po trzecie wreszcie, im więcej jest osób, którym można zabronić korzystania z dróg, tym lepiej dla szeroko nagłośnionej rządowej kampanii na rzecz likwidacji straszliwej plagi, jaką jest obecność dwutlenku węgla w górnej warstwie atmosfery.

Szkoda.