W teorii niby wszystko się zgadza: wiek z reguły od 3 do 5 lat, wysoki, ale udokumentowany przebieg, skrupulatnie prowadzona książka serwisowa, całkiem zachęcające ceny. Ale wystarczy podejść bliżej, by czar prysł: tu dziura, tam plama, na masce ślady po kamieniach i owadach, felgi zszarzałe od dawno nieczyszczonego pyłu z klocków hamulcowych.

Z takim obrazem auta poleasingowego często stykamy się w polskich komisach – może więc za granicą będzie lepiej? Pora przyjrzeć się, jak wygląda w Niemczech handel autami, którym nikt nie cofał liczników i nie naprawiał ich najniższym kosztem. Czasem lepiej przepłacić, niż kupić złom! Do wyprawy za granicę przekonał nas fakt, że coraz częściej w naszych komisach trafialiśmy na auta pofirmowe z Niemiec, Holandii czy Francji.

Wysoki, ale w 100 proc. prawdziwy, autostradowy przebieg, bogate wyposażenie, żaden element niemalowany – zachęcają liczne ogłoszenia. Polscy handlarze bacznie śledzą wewnętrzne aukcje, na których zachodnie banki wyprzedają samochody poflotowe, ale od pewnego czasu „firmówki” w Niemczech dostępne są też dla klientów indywidualnych. Wsiadamy zatem w auto i ruszamy. Kierunek: Hanower, Dorfmark i Berlin.

Kraj docelowy wybraliśmy nieprzypadkowo, bo Niemcy leasingiem stoją. To widać np. na placu firmy ALD w miejscowości Dorfmark, położonej w połowie drogi między Hanowerem a Hamburgiem: rzędy takich samych modeli ustawionych koło siebie ciągną się niemal po horyzont. Auta mniej i bardziej zużyte, ale jeśli się znasz, to coś dobrego znajdziesz bez problemu. Statystyki sprzedaży z ostatnich kilku lat mówią o tym, że tylko niewielka część samochodów jest u naszych zachodnich sąsiadów rejestrowana na osobę prywatną.

Reszta przypada na firmy, banki, przedsiębiorstwa. Po kilku latach kończy się umowa leasingowa i z flotą trzeba coś zrobić. Najbardziej zajeżdżone egzemplarze często trafiają prosto w ręce zagranicznych handlarzy, a te w lepszym stanie technicznym są licytowane na aukcjach i (lub) lądują w którymś z tzw. outletów.

I w takie miejsce jedziemy. W mglisty, wczesnolutowy poranek oprócz nas na placu ALD Automotive na przedmieściach Hanoweru nie ma zbyt wielu klientów, więc możemy spokojnie przyjrzeć się wystawionym tu okazom. Pierwszy wniosek nasuwa się już po kilku chwilach: jeśli chcecie kupić tu pojazd, musicie pogodzić się z ograniczonym wyborem marek, silników i kolorów nadwozia.

Tak samo zresztą jak w Polsce. Dostępne są głównie kombi segmentów C i D z dieslem pod maską, widać też vany (Fordy S-Max, Galaxy) i SUV-y (Ford Kuga). Kolory? Flotowe, czyli: czarny, biały, srebrny, granatowy. Auta o żywszej barwie lakieru można policzyć na palcach jednej ręki.

Większość samochodów ma uchylone okna i zaparowane szyby – suszą się po praniu tapicerki. Dominują auta z lat 2010-12, przebiegi zawierają się w przedziale od ok. 80 do 150 tys. km. To pewnego rodzaju zaskoczenie, bo spodziewaliśmy się, że Niemcy trochę więcej korzystają ze swych pięknych autostrad. Jednak najbardziej zaskakują ceny. Przechadzamy się po alejkach i z każdym krokiem nasze oczy stają się coraz większe ze zdziwienia. Szybka kalkulacja, stwierdzamy, że większość wystawionych tu aut, owszem, może i wygląda całkiem nieźle, lecz jest za droga jak na polskie warunki.

Startujemy więc do drugiej rundy po placu, na celownik bierzemy głównie najtańsze egzemplarze. Może one też okażą się godne uwagi? Wybieramy: BMW 318d, Ople: Insignię 2.0 CDTI oraz Astrę 1.3 CDTI. Ford Mondeo 2.0 TDCi zaciekawił nas głównie ze względu na niski, jak na auto firmowe, przebieg. Wchodzimy do eleganckiego biura, sekretarka kieruje nas do jednego ze sprzedawców.

Bardzo uprzejmy Niemiec tureckiego pochodzenia objaśnia nam procedurę zakupu: cen negocjować nie można, płatność wyłącznie przelewem na konto (cała kwota), komis nie przyjmuje zaliczek ani rezerwacji na auta. Każdy kupujący – nawet obcokrajowiec – musi wykupić „gwarancję” (12-miesięczne ubezpieczenie od kosztów naprawy; 299-399 euro). Jazda próbna możliwa jest tylko w towarzystwie kogoś z niemieckim meldunkiem.

Zakup w cenie netto? Nie zawsze, a jeśli już, to tylko dla polskich firm z „unijnym” NIP-em. Może być konieczne wpłacenie kaucji! Ale są i dobre wieści: każde auto przed wydaniem klientowi trafia do serwisu, gdzie usuwane są ewentualne niesprawności.

W interesującym nas Fordzie Mondeo akurat szykował się przegląd, lecz miły sprzedawca zapewnił, że firma zaprowadzi auto do dilera i wykona go na swój koszt (!). Na koniec prosimy o udostępnienie dokumentacji Dekry – sprzedawca drukuje wszystko, co ma, w tym nawet... szczegółowy rachunek za naprawę blacharską, przeprowadzoną w BMW. Wysoka jakość usług – przynajmniej po części – usprawiedliwia więc wysokie ceny aut z oferty ALD.

Nie da się ukryć, że dostęp do danych zebranych przez rzeczoznawców to ogromna zaleta. Zarówno w Polsce, jak i za granicą każde auto z oferty firm leasingowych (nie dotyczy „prywatnych” komisów!) jest badane przez niezależnego rzeczoznawcę, który ocenia m.in. stan zużycia kluczowych podzespołów i karoserii. Z reguły wgląd do tych danych można uzyskać bez żadnego problemu, jednak nam w Niemczech raz odmówiono (punkt ALD Dorfmark), tłumacząc, że to dokumenty do użytku wewnętrznego.

Co ciekawe, polscy rzeczoznawcy Dekry wykazują się większą skrupulatnością niż ich niemieccy koledzy – raporty są bardziej szczegółowe. Drugiego dnia wyprawy zawitaliśmy do Berlina. Zainteresował nas komis Car Park & Buy, oferujący zarówno auta poleasingowe, jak i te po służbie w wypożyczalni Sixt. Na początek niemiłe rozczarowanie, bo handlowiec potraktował nas bardzo oschle i nie bardzo chciał pokazywać samochody.

Zdziwił się, że interesują nas modele, między którymi jest aż 6000 euro różnicy w cenie, nie chciał otworzyć wszystkich wskazanych przez nas pojazdów, a na koniec chciał nam wmówić, że jesteśmy handlarzami. W końcu nieco mięknie i łaskawie wpuszcza nas do dwóch aut, potwierdza też, że francuskie auto miało drobną naprawę blacharską. W Polsce najpierw zajrzeliśmy do prywatnego komisu handlującego autami poflotowymi z Europy, głównie z Włoch i... Grecji.

Ceny podane są jako netto i brutto. Pracownik komisu, wiedząc, że niektóre z jego aut zaliczyły konkretnego „dzwona”, odmawia udzielenia jakichkolwiek informacji na temat ich wypadkowości i stanu technicznego. Ja nic nie wiem – wyjaśnia – ale możecie pojechać do warsztatu i wszystko będzie jasne. Ubezpieczenie jest, trzeba tylko zapłacić kierowcy 50 zł i pokryć koszty paliwa, jeśli serwis jest daleko. Także i ten komis proponuje ubezpieczenie od kosztów naprawy.

Nasz ostatni przystanek to plac Raiffeisen pod Tarczynem. Stoją tu auta poleasingowe (flotowe) i powindykacyjne, wyłącznie z polskiego salonu, z potwierdzoną historią. I to chyba najlepsze miejsce, jakie odwiedziliśmy: ceny można negocjować, da się też zrobić rezerwację. Odpadają koszty związane z importem, nie trzeba kupować „gwarancji”, sprzedawcy udostępniają szczegółowe raporty Dekry do każdego auta.

Ceny? Przystępne, zwłaszcza jeśli wartości netto. Większość najładniejszych ofert pochodzi z windykacji – zostały odebrane za niepłacenie rat, często są to pojazdy młode, z niewielkim przebiegiem.

Auto po leasingu - nasza opinia

Obejrzeliśmy kilkadziesiąt aut, porównaliśmy ich ceny i stan techniczny. W Niemczech „służbówki” miewają niższe przebiegi, są też drogie. To z kolei sprawia, że import średnio się opłaca. Polecamy go tym, którzy będą mogli odliczyć VAT, a to wymaga zachodu i... nie zawsze jest możliwe. Polska oferta obejmuje auta pofirmowe oraz powindykacyjne. Zakup w kraju oznacza brak opłat związanych z importem, łatwiejsze odliczenie VAT-u. Stan aut to loteria: zarówno u nas, jak i za granicą można trafić na ciekawe oferty oraz złom.