Handlarze często się mylą, co – jak wiadomo – jest przypadłością ludzką i trudno w większości przypadków od razu przyjmować, że mamy do czynienia z cynicznym oszustem. Naprawdę w ogłoszeniu jest, że ten samochód ma 160 tys. przebiegu? Pracownik się musiał pomylić, to się nie zdarza! Nawet w Polsce takie samochody przejeżdżają więcej, a ten sprowadzony z Holandii – 260 tysięcy na szafie to i tak mało, to okazja!

To właśnie jeden z bardziej subtelnych trików, mających zachęcić klientów do obejrzenia na własne oczy oferty komisu. W czasach, gdy używanych samochodów jest więcej niż kupujących, przebije się tylko ta oferta, która jest lepsza od innych. A samochody, wiadomo, jakie są – trudno o wyjątkowy egzemplarz. Dlatego pracownicy komisów często mylą się w ogłoszeniu o jedną cyferkę – zamiast 360 tys. km przebiegu wpisują 260 lub 160. Tymczasem każdy, kto przejechał choć kilkadziesiąt km, by zobaczyć auto, obejrzy je i rozważy zakup, nawet jeśli stan licznika nie zgadza się z deklarowanym w ogłoszeniu.

Niejeden będzie nawet wdzięczny, że handlarz nie cofnął licznika, choć przecież mógł. Inna sprawa, że jeśli w ogłoszeniu jest 150 tysięcy km, a na placu 250, to wcale nie znaczy, że auto nie przejechało jeszcze więcej... Zresztą w ogłoszeniach można napisać wszystko, szczególnie gdy umieści się pod spodem dopisek, że nie jest to oferta, ale jedynie informacja, przepraszamy za możliwe błędy i pomyłki, o szczegóły proszę pytać naszego handlowca.

Handlarze mylą się więc także w odniesieniu do: wersji silnika i skrzyni biegów (np. który klient wie, jak odróżnić automatyczną skrzynię biegów Tiptronic od awaryjnej przekładni Multitronic w Volkswagenie – automat to automat), wyposażenia, rocznika (rok modelowy to prawie to samo co rok rejestracji, a jednak oferta wydaje się atrakcyjniejsza cenowo od konkurencyjnej) itp.

Auto serwisowane

Zauważyliście, że prawie każdy samochód oferowany do sprzedaży przez komisy jest „serwisowany w ASO”? Jeśli to dla was ważne, dzwońcie przed przyjazdem z pytaniem: kiedy miał miejsce i gdzie ostatni udokumentowany serwis? Przy okazji dowiecie się, czy auto ma książkę serwisową. Czy prawdziwą – to osobne pytanie. Tak czy inaczej powyższe kwestie można z góry ustalić przez telefon: należy pytać o to, co wydaje się oczywiste, i nawet wtedy, gdy wynika to z treści ogłoszenia: jaki auto ma przebieg, czy ma kwity potwierdzające serwisowanie (niech sprzedawca weźmie je do ręki i poczyta szczegóły), jaki jest jego rok produkcji, skąd pochodzi itp.

Auto bezwypadkowe

Jeśli szukacie samochodu, pewnie wiecie już, że większość ofert mówi o pojazdach „bezwypadkowych”. Dochodzimy do momentu, gdy rozmowa telefoniczna niewiele nam pomoże. Wypadek wypadkowi nierówny, otarcia błotnika czy stłuczka parkingowa to rzecz nieistotna, jakość naprawy – jeśli miała miejsce – jest taka, że (według handlarza) nie ma się do czego przyczepić.

Ocenę faktycznego stanu auta każdy musi zorganizować we własnym zakresie. Rada: nabywca samochodu nie powinien sam oceniać auta, które chce kupić, gdyż nie jest w stanie zrobić tego racjonalnie. Im bardziej zmęczony jest oglądaniem kolejnych „perełek”, tym łatwiej nie tyle o błąd, lecz o przyjęcie oczywistych wad za nieistotne.

Tymczasem auta w złym stanie blacharskim można podzielić umownie na co najmniej dwie grupy: pierwsze to takie, które mają za sobą poważny wypadek czy kolizję, ich porządna naprawa była nieopłacalna, lecz pomimo to ją wykonano – tanim kosztem, bo na handel. Z reguły bierze się do tego używane części zamienne lub wręcz wymienia „ćwiartkę”, co samo w sobie nie jest jeszcze naganne, gorzej, że robi się to często bez użycia profesjonalnych narzędzi, używając mnóstwa szpachli, lepiąc jak tylko się da poszczególne części, łatając wiązki instalacji elektrycznej, które powinny być wymienione na nowe.

W efekcie widoczne punkty korozji pojawiają się na aucie już po pierwszej zimie, a co do problemów elektronicznych, to... nikt nigdy już ich całkiem nie usunie. Druga grupa to auta, które nie były nawet rozbite zbyt mocno – to pojazdy po stłuczkach pobieżnie naprawiane w polskich lub jeszcze w tureckich warsztatach. Niewiarygodne, jak źle polakierowane i poskładane bywają samochody podczas przygotowywania do sprzedaży!

Samochód zadbany

„Zadbany” to słowo, które w komisie oznacza co innego, niż nam się wydaje. Przez dbałość o auto rozumiemy niezbyt intensywne użytkowanie samochodu, usuwanie na czas wszelkich usterek, regularne mycie, czyszczenie wnętrza, odkurzanie, garażowanie itp. W komisie stopień zadbania nie zależy od tego, jak ktoś postępował z samochodem przez lata, lecz jedynie od tego, do jakiego stanu wizualnego dało się doprowadzić samochód za pomocą intensywnych zabiegów odmładzających.

Co ważne, ładny wygląd to rzecz względna: lakier zdarty maszyną polerską do podkładu to dla sprzedawcy nie jest wada, o ile auto błyszczy i wygląda przyzwoicie na zdjęciach. Krzywo wklejone szyby, ślady po paście polerskiej, wieloletnie zaniedbania serwisowe to nie problem – na 10 klientów 9 się zorientuje, ale ktoś w końcu kupi. A w ogóle to samochód nie jest nowy i nie kosztuje tyle, co nowy – no tak, czy nie?

Samochód niepicowany na sprzedaż

W żargonie handlarzy to samochód, który został do sprzedaży przygotowany profesjonalnie. Dotyczy to głównie młodych samochodów, które dużo kosztują i opłaca się w ich przypadku wydać nawet tysiąc lub dwa tysiące zł na porządne mycie, polerowanie i tuszowanie usterek.

Firm, które zajmują się tzw. detailingiem, przybywa, ich usługi nie są tanie, ale jedynie fachowiec rozpozna, że ktoś nad autem solidnie popracował, by zatrzeć ślady wandalizmu. Żadnych resztek pasty czy białego pyłu w zakamarkach – kompromitujące pozostałości prac są profesjonalnie usunięte, co nierzadko zajmuje drugie tyle czasu co zasadnicza usługa.

Jakiś problem? W sumie nie – to miło, że ktoś doprowadził auto do porządku, pod warunkiem jednak, że samochód jest również mechanicznie zdrowy. Sęk w tym, że jeśli samochód wymaga zaawansowanego detailingu, to dlatego, że był źle traktowany przez byłych użytkowników, co często oznacza także jego średnią kondycję techniczną.

Rada: drogi, ładny samochód należy koniecznie oddać do oceny fachowcom i nie mogą być to fachowcy z sąsiadującej z komisem albo poleconej przez sprzedawcę stacji kontroli pojazdów! Jeśli nie macie w pobliżu zaufanego serwisu, jedźcie do ASO – przy zakupie auta warto im zapłacić; przy okazji sprawdzą też jego historię serwisową!

Samochód z niskim przebiegiem

3-letni Volkswagen Passat z dieslem ma zwykle na liczniku 100-120 tys. km i nikogo to nie dziwi. 6-letni pojazd ma już za sobą 150-160 tys. km, 8-10-letni – 200 tys. km, a 15-letni i starszy – często znów mniej niż 200 tys. km! Oszustwa licznikowe to rzecz powszechna, a handlarzy wspomagają importerzy, utajniając dane serwisowe dotyczące aut swojej marki.

Choć już większość producentów ma bazy danych, z których wynika, kiedy ostatni raz samochód pojawił się w warsztacie dilerskim, to jednak nie chcą się tym dzielić. A to często pouczająca lektura: nawet jeśli 8-letnie dziś auto ostatni raz w ASO było w wieku 4 lat, to i tak często jego faktyczny przebieg był już wówczas wyższy niż dzisiejszy stan licznika, a ostatni wpis jest tylko wyceną nierealizowanej, bo zbyt drogiej naprawy powypadkowej!

Wystarczy jednak mieć znajomego w serwisie, by dojść do prawdy. Ci handlarze, którzy nie lubią wpadek, sami dokładnie sprawdzają, jakie informacje o danym egzemplarzu dostępne są w systemie, po to, by dostosować tworzoną historię do tego, co przypadkiem mogłoby trafić w ręce klienta. Wielu jednak nie zawraca sobie tym głowy, a jakby co, to udają, że kupili auto z wcześniej cofniętym licznikiem.

Czasami zdarzają się i takie historie, jak w jednym z radomskich komisów, gdzie oglądaliśmy Chryslera sprowadzonego ze Szwajcarii: w ogłoszeniu widniał przebieg 160 tys. km, zaś na liczniku – prawie 3 razy tyle! Handlarz bez mrugnięcia okiem sprawę wyjaśnił: Podwyższyliśmy stan licznika na potrzeby wyceny w urzędzie celnym. Jutro przyjdzie gość i ten licznik cofnie do „prawdziwego” stanu. Wygląda więc na to, że przyszliśmy po auto za wcześnie, nie zostało ono jeszcze przygotowane do sprzedaży.

Samochód, którym można wracać na kołach...

...to teoretycznie pojazd po pierwsze, sprawny, a  po drugie, mający komplet niezbędnych papierów, zarejestrowany w Polsce lub niewyrejestrowany za granicą. Niestety, takie pojazdy w komisach stanowią mniejszość, dominują auta z zagranicy – ze Szwajcarii, z Niemiec, Danii, Holandii, wyposażone w nowiutkie numery wydrukowane w garażu za budką handlarza. Oryginalne zostały oddane w rodzimym wydziale komunikacji.

Nie ma problemu: handlarz na miejscu drukuje niemieckie tablice rejestracyjne na wyposażone w podrobione znaki legalizacyjne, może zaoferować krótkoterminową polisę OC zgodną z numerem VIN auta. Pan jedzie powoli i pan dojedzie – nic się nie stanie. A gdyby jednak? Auto jest niezarejestrowane, nie może poruszać się po drogach, w razie kontroli policyjnej zostanie odholowane na parking depozytowy na koszt właściciela. Tablice i dowód rejestracyjny muszą być oryginalne!

Samochód z fakturą

O tym, że dostaniecie fakturę z zaniżoną kwotą sprzedaży, dowiecie się najwcześniej, gdy spytacie o szczegóły transakcji, a najpóźniej, gdy dojdzie do rozliczenia – to nie wyjątek, to norma! Wie Pan, ja tu muszę fakturkę napisać na trochę niższą kwotę, bo wie Pan, podatki... Ale dla Pana to nie problem, i tak Pan nic nie płaci w urzędzie skarbowym, z tą fakturką od razu idzie pan rejestrować samochód.

W ten sposób handlarz zdejmuje sobie z głowy kłopot nie tylko z podatkiem, którego nie zapłaci (nie wykaże zysku), lecz także kwestię ewentualnej reklamacji. Dziś godzicie się na niższą fakturę (kto by się nie zgodził, mając już zaplanowany wyjazd nowym autem – alternatywą jest rezygnacja z zakupu lub wyraźny wzrost ceny), a jutro okazuje się, że ktoś dobrze zamaskował złożenie jednego samochodu z dwóch, choć ten miał być bezwypadkowy.

Co na to handlarz? Dobrze, możemy wycofać się z umowy, przyjmiemy auto z powrotem, oddamy pieniądze. To ile tam jest na fakturze? Co, zapłacił Pan więcej? Jakie więcej?! Heniek, ty coś o tym wiesz, że ten Pan zapłacił więcej?

Samochód z pewnego źródła

Najgorsze, co może się nam przytrafić, to kupno samochodu pochodzącego z kradzieży. Sprawa jest wówczas prosta: nawet jeśli kupiliśmy go w dobrzej wierze i zapłaciliśmy prawdziwymi pieniędzmi, nie jest to nasz samochód. Komis, oczywiście, odpowiada przed nami finansowo, niemniej często to tylko firma-krzak zarejestrowana na bezdomnego.

To, że w danym miejscu widzimy komis od lat, o niczym nie świadczy! Jeden plac często wynajmuje kilka osób i często się one zmieniają. Inną kosztowną wpadką jest zakup auta, które importer (czyli handlarz) kupił w cenie netto, a następnie odsprzedał, nie doliczając do ceny podatku VAT. Urzędy skarbowe mają pięć lat na ściągnięcie należności (z odsetkami karnymi!) i jeśli nie znajdą importera – a zwykle nie znajdują, bo to trudne – zgłoszą się po pieniądze do nabywcy.

To kolejny powód, by kupować samochód nie od pośrednika, lecz od właściciela, a jeśli już od pośrednika, to takiego, który nie zniknie z dnia na dzień. A to, że od handlarza taniej? Nieprawda, jest drożej, bo samochody oferowane w komisach są – najczęściej – gorsze, bardziej zajeżdżone. Komis to nie miejsce dla osoby, która kupuje używane auto, choć się na tym nie zna! Uwaga! Ze wszystkimi opisanymi powyżej problemami można się spotkać również w komisach przy autoryzowanych salonach dilerskich!