Połowa października, poniedziałkowy wieczór. Jesteśmy na lekko zapomnianej przez świat stacji paliw pod Krakowem. Mija druga godzina oczekiwania, więc zaczynamy się powoli niecierpliwić. Owszem, punktualnie o umówionej porze (czyli kilka minut po godz. 21) zadzwonił telefon. Wjeżdżamy już do Krakowa, niedługo będziemy – uspokaja głos, jak się później okazało, należący do przewodnika naszej wycieczki.

Ów pan – nazwijmy go Romkiem – wraz ze swoim partnerem w interesach – niech będzie to Marek – co tydzień organizują wyjazdy do Niemiec i pomagają swym klientom sprowadzić auto. Tak przynajmniej wynika z opisu „aukcji” pana Romka zamieszczonej na Allegro.pl. A więc czekamy i pokrzepiamy się myślą, że chyba jednak warto jeszcze kilka minut wytrzymać, bo internauci oceniający firmę pana Romana są wręcz zachwyceni poziomem świadczonych usług.

W komentarzach czytamy m.in., że wyjazd był udany, samochód, który kupiłem, spełnia moje oczekiwania i jestem bardzo zadowolony z pomocy, jakiej udzielił mi Pan Roman. Pełen profesjonalizm! Szczerze polecam! Na razie z tego profesjonalizmu zrobiło się spore opóźnienie, ale w końcu są. Oto na stację podjeżdża czerwony VW T4 Caravelle, wyposażony w... biksenony. Nieźle.

Foto: ACZ / Auto Świat
Wycieczka po auto do Niemiec. Ładnie?

Potrzebujemy pomocy, wybieramy firmę

Pomysł na wyjazd zrodził się w naszych głowach kilka tygodni temu. Pewna osoba zapytała nas niezobowiązująco, jakie rodzinne auto w cenie do 20 000 zł powinna wybrać. I że może warto w związku z tym sprawdzić, co słychać u naszych zachodnich sąsiadów. Cóż, tak się składa, że kilka miesięcy temu odwiedziliśmy niemieckie place, komisy oraz giełdy i przekonaliśmy się na własne oczy, że za Odrą okazji zbyt wiele już nie ma, ale przy odrobinie szczęścia nadal da się coś ciekawego upolować.

Tym razem nie pojedziemy sami, lecz zwrócimy się po pomoc do profesjonalistów. Możemy wyłożyć 4000 euro, a jak się trafi superokazja, to nawet i 5000. Celujemy w kombi klasy średniej: Audi A4 B6 (najchętniej quattro), BMW E46 lub VW Passata B5. Wybraliśmy kilka firm i zaczęliśmy dzwonić. Np. Mirek z Zielonej Góry nie korzysta z usług zaprzyjaźnionych („konkretnych”) komisów i nie ma umów z niemieckimi (czyt. „tureckimi”) komisami.

Nie jeździmy w konkretne miejsca. Tak to można na grzyby jeździć, jak ktoś dobrym grzybiarzem jest. Z kolei przedsiębiorstwo z Augustowa nie chciało się zgodzić na wyjazd 2 osób (jedziemy we dwóch, bo co dwie pary oczu to nie jedna, poza tym mamy przy sobie gotówkę): to nie jest wycieczka, żeby brać z sobą dziewczynę. Uspokajam, że bez dziewczyny dwa dni wytrzymam, ale chcę wziąć kolegę, bo interesuje się takimi wyjazdami i jak mu się spodoba, chętnie sam się wybierze.

To zainteresowanie będzie go kosztować 300 zł – próbuje zniechęcić mnie rozmówca – i proszę pamiętać o prowizji. Dzwonimy dalej i prawie dogadujemy się z firmą z Podkarpacia, jednak w ostatniej chwili wychodzi na jaw, że wyjazd ma zahaczyć o Berlin (a tam byliśmy niedawno). Wycofujemy się i tak trafiamy na pana Romka, który uspokaja nas, że broń Boże do Berlina nie jedzie, bo tam sami Polacy.

Foto: ACZ / Auto Świat
Same perełki...

Jadą dwie osoby, ale płacimy jak za jedną

Z przyjemnością odpalamy ogłoszenie pana Romka, w którym czytamy m.in., że (pisownia oryginalna) „moja pomoc (...) obejmuje: tłumaczenie (biegła znajomość języka w mowie i piśmie), pomoc przy zakupie samochodu, negocjacja cen, sprawdzenie stanu technicznego i wizualnego samochodu (czujnik lakieru), sprawdzenie kompletu dokumentów, załatwienie spraw urzędowych (tablice, wymeldowanie pojazdu, zakup ubezpieczenia)”.

Żadnej umowy, rzecz jasna, nie podpisujemy. Wszystko odbywa się „na gębę”. To, że w Polsce przewożenie osób bez uprzedniego wydania im biletu jest zabronione i surowo karane, zwykłym amatorom takich usług nie przeszkadza, a więc nam też nie. Cena za wyjazd to 500 zł, niezależnie od tego, czy wybiera się jedna osoba, czy dwie. Większość firm, z którymi rozmawialiśmy, żądała więcej. Punkt dla pana Romka.

Jak się okazało, niemal dwugodzinne opóźnienie na starcie to też nie do końca wina organizatorów. 500 zł piechotą nie chodzi, więc do ostatniej chwili czekali na dwóch pasażerów dosiadających się w Krakowie. Nic to, przecież w końcu jedziemy.

I mamy wrażenie, że kierowca – pan Marek – to ta sama osoba, z którą rozmawialiśmy, ale nie dobiliśmy targu ze względu na Berlin. Auto (VW Caravelle) też się zgadza. Czyżby od piątku aż tak bardzo pozmieniały mu się plany? Rozmyślania przerywa nam jednak nieco nonszalancki styl jazdy Marka. Pisanie SMS-ów w trakcie jazdy, puszczanie kierownicy przy 120 km/h (trzeba telefon podłączyć, bo z tego wszystkiego pada bateria), niezapięte pasy... I śmiesznie, i straszno.

Nikt nie mówi niczego na temat celu wycieczki ani przewidywanej godziny dojazdu. Po prostu ruszamy i jedziemy, a pan Romek wyjmuje poduszkę i układa się do snu. Fachowiec – wie, że trzeba się wyspać. Zajmujemy się więc poznawaniem współtowarzyszy podróży i przy okazji bacznie obserwujemy Marka. Ten skupił się na jeździe i nie wysyła już SMS-ów. Oprócz nas i organizatorów na pokładzie siedzą cztery osoby: Piotr, Paweł, Mateusz i Tadeusz.

Dwaj pierwsi jadą po Audi A3 1.9 TDI, wiozą ze sobą jakieś 3000 euro. Mówią wprost, że nie znają się na silnikach, ale liczą na pomoc pana Romka, bo przecież na Allegro.pl czytali pozytywne komentarze. Jest gwarancja, że każdy wróci własnym autem – cieszą się chłopcy. Tadeusz i Mateusz to chyba bliska rodzina. Nie mówią, jaki mają budżet, ale wspominają o Audi A4 B7 1.9 TDI. Poprzedni wóz pana Tadeusza (A4 2.5 TDI) okazał się nieco za szybki i ciężko było nadążyć z płaceniem mandatów. Przed trzecią nad ranem docieramy do Zgorzelca.

Auto się tankuje, my idziemy na papierosa, lecz nagle zza naszych pleców wyrasta pan Romek i z pewną nieśmiałością pyta, czy przypadkiem nie moglibyśmy się już teraz rozliczyć za wyjazd. Jak to – myślimy sobie – nigdzie jeszcze nie dojechaliśmy, nic nie kupiliśmy, a już mamy płacić? No, bo jakieś euro bym sobie wymienił – tłumaczy Romek. Nie mamy wyjścia. Wypłacamy z bankomatu 500 zł i ruszamy dalej.

Po 10 minutach od przekroczenia granicy zatrzymuje nas patrol niemieckiej drogówki. Rutynowa kontrola: świecenie latarką po oczach, pobieżne sprawdzenie schowków, rzut oka na dowody osobiste. Ponieważ nikt z nas nie jest poszukiwany listem gończym, możemy ruszać dalej. Całe zdarzenie działa na pasażerów orzeźwiająco, zaczynamy rozmawiać. Sprawdzali, czy przemyt Rumunów nie leci – żartują Piotr z Pawłem. A Tadeusz z Mateuszem opowiadają, jak to swego czasu kupowali A4 2.5 TDI i kombinowali z zaniżeniem wartości. Wiadomo, akcyza dla aut o pojemności ponad 2000 ccm jest bardzo wysoka...

Do Norymbergi docieramy rano o 7:30. Na początek – ku naszemu zaskoczeniu – kierujemy się jednak nie w stronę komisów, ale do miejscowego wydziału komunikacji. Tam odbiera nas zaufany człowiek Romka, zbiera nasze dowody osobiste i znika w środku. Urząd jest czynny tylko do 12:30, a my już będziemy w komisach – tłumaczy Marek. A tak od razu dostaniecie tablice i ubezpieczenie. Gdy potem trafi się auto, nie będziecie musieli czekać do jutra, aż znów otworzą wydział, tylko pojedziecie prosto do domu.

Mniej przyjemnie robi się, gdy nasz dobroczyńca z torbą pełną tablic wywozowych wychodzi z urzędu. 110 euro poproszę – mówi. Sporo, pół roku temu za takie same blachy zapłaciliśmy w Berlinie nieco ponad 70. Z jednej strony trudno odmówić naszym organizatorom dobrych chęci, z drugiej – zastanawiamy się, skąd tak duża różnica w cenie. I jeszcze jedno: odtąd uczestnicy wyjazdu są już pod wielką presją, by wrócić na kołach. Dotąd wydali już po 1000 zł, głupio wracać bez niczego. Tadeusz martwi się, co zrobi z tablicami, jak nie kupi auta, ale nie dostaje odpowiedzi. Organizatorzy snują za to opowieść o tym, że kiedyś Niemcy to dopiero było eldorado. Zakładało się w zasadzie dowolne tablice, dane mogły być nawet na pana z budki – wzdycha Marek.

Foto: ACZ / Auto Świat
Biuro właśnie otwarto!

Bułgarzy i Rumuni

Rozpoczynamy tour po norymberskich komisach. Najpierw czekają na nas dość eleganckie przybytki (czyt. „nieprzypominające typowego śmietnika”), ale żaden z uczestników wyprawy nie znajduje niczego interesującego. Piotr i Paweł są zszokowani wysokimi cenami, myśleli, że w Niemczech jest taniej. Tadeusz z Mateuszem pokazują wydruki z mobile.de – tam znaleźli mnóstwo „A4-ek” w założonym budżecie, a tu ani widu ani słychu.

My dłużej zawieszamy oko tylko na dość ładnym BMW E46, ale okazuje się, że to wersja 320i/ 170 KM, a więc z silnikiem R6 o pojemności 2.2 l. Odpada ze względu na akcyzę. Szybki spacer po przyległych komisach też nie przynosi rezultatów. W jednym z nich na widok auta z polskimi tablicami elegancko ubrany Arab krzyczy przez pół placu: „Dzień dobry, ku**a!”.

Romek z Markiem podejmują zaskakującą decyzję: jedziemy do Monachium. Zbliża się południe, a tu kolejne 160 km do pokonania! Norymberga to przecież duże miasto i na pewno moglibyśmy zostać dłużej. Czyżby organizatorzy nie mieli dobrze rozpracowanych adresów? A bo tu, w Norymberdze, sami Rumuni i Bułgarzy się kręcą, oni tu całe rodziny nasprowadzali, te komisy to straszny śmietnik – Romek z Markiem rozwiewają jednak nasze wątpliwości.

W stolicy Bawarii meldujemy się dość późno, po uczestnikach wycieczki widać pierwsze oznaki niezadowolenia. Głównie siedzimy w aucie, a mieliśmy po komisach chodzić – martwią się Piotr z Pawłem. Zajeżdżamy na ulicę Bodenseestrasse, przy której mieszczą się place prowadzone głównie przez Niemców arabskiego i tureckiego pochodzenia. Teren jest duży, więc grupa się rozdziela i zaczynamy poszukiwania.

Odnotowujemy fakt, że Roman – zamiast nam doradzać – chwilowo rozsiadł się przed budką z frytkami. Tadeusz z Mateuszem wypatrzyli Seata Leona 2.0 TDI/140 KM z 2005 r. z przebiegiem ok. 170 tys. km. Cena? Niecałe 5000 euro. Szybkie oględziny i nasi przewodnicy, widząc chwilę słabości Mateusza, wydają werdykt: kupować! Po chwili bierzemy do ręki papiery szarego Leona i robi nam się smutno. Pierwszy właściciel: wypożyczalnia Europcar. Kod silnika: BKD. Czyli nagminne problemy z pękającymi głowicami i nietrwałymi pompowtryskiwaczami. Przy zimnym rozruchu Leon dymi na szarobiało – pierwszy objaw niesprawnej głowicy... Mamy nadzieję, że Mateusz jednak dojechał do domu.

Dlaczego nasi fachowcy pozwolili klientowi kupić auto z dużym przebiegiem, silnikiem bardzo wysokiego ryzyka i na dodatek dymiące na biało? Niewiedza czy chęć pozbycia się balastu? To prawda, z zewnątrz auto prezentuje się ładnie i nadal może się podobać, ale naszym zdaniem to zbyt mało. Książka serwisowa jest – cieszy się Roman, no a poza tym to chyba 1.9 TDI... (!!). Lekko zestresowani całym zamieszaniem kontynuujemy obchód komisów, w jednym z nich trafiamy nawet na interesujące nas auto – Audi A4 B6 1.9 TDI quattro – ale pojazd okazuje się złomem, na dodatek sprowadzonym z Włoch. Niedziałające podnośniki i urwana podsufitka (handlarz spieszy wyjaśnić, że we Włoszech świeci słońce i podsufitka oderwała się od gorąca) to i tak nic wobec ogólnego zużycia.

Coraz bardziej rozczarowani i poirytowani ruszamy w dalszą drogę. Organizatorzy dostali cynk, że w położonym nieopodal komisie stoi Audi A4 B7 1.9 TDI z 2006 r. za 7300 euro – coś dla Tadeusza. Na miejscu okazuje się, że rzeczona „A4-ka” faktycznie jest godna uwagi. Nasi przewodnicy wyjmują czujnik lakieru. Na lewym boku Audi ma brzydko zrobioną zaprawkę (szpachla), ale szkoda nie była duża. Przebieg 195 tys. km potwierdza (najpewniej autentyczna) książka serwisowa.

Wady? Audi naprawiano głównie w sieci tanich serwisów A.T.U., a ostatnią wymianę napędu rozrządu przeprowadzono w Stambule (!). Właściciel komisu wyjaśnia, że autem jeździł jego rodak, a rozrząd wymienił przy okazji spędzania urlopu w rodzinnych stronach. Markowi i Romkowi udaje się stargować cenę o 150 euro, choć negocjacje łatwe nie są. Koniec końców Tadeusz płaci 7150 euro, zakłada tablice i szykuje się do drogi powrotnej.

W ostatniej chwili Marek wykazuje się przytomnością umysłu i sprawdza, czy numer nadwozia z dowodu rejestracyjnego zgadza z tym, co wybito na nadwoziu „A4-ki”. Jest OK, ale to nie koniec przygód pana Tadeusza, bo nagle Marek dochodzi do wniosku, że skoro ojciec z synem kupili już drugie auto, to organizatorom należy się kolejne 500 zł. Mówiąc oględnie, drobny zgrzyt. Ostatecznie do kieszeni Marka trafia 300 zł i Tadeusz z synem odjeżdżają w kierunku polskiej granicy.

Tymczasem Romek ma dla nas dobre wieści, bo w miejscowości Rosenheim (60 km w stronę granicy z Austrią) zlokalizował Audi A4 1.9 TDI quattro dla nas i „A3-kę”, idealną dla chłopaków. Po drodze kierownik wycieczki utwierdza nas w przekonaniu, że 1.9 TDI to dobry wybór. To Audi ma 250 tys. km przejechane i drobną wgniotkę na tylnej klapie, ale te auta się dobrze trzymają, zwłaszcza 1.9 TDI. Jak takie do kraju przywoziłem, to nawet nie cofałem licznika – przyznaje z rozbrajającą szczerością. Gdy dojeżdżamy do Rosenheim, zaczyna zmierzchać, ale to nie problem, pędzimy obejrzeć „A3-kę”.

Niestety, Piotr i Paweł szybko przekonują się, że przynajmniej na tym wyjeździe Romek nie ma dobrej ręki. Auto jest całe poorane kluczem (gwoździem), a z tyłu ma jedną lampę od wersji przed-, a drugą – od poliftingowej. Rzutem na taśmę wpadamy jeszcze do komisu oferującego „A4-kę”, ale na widok poobijanego i pordzewiałego rzęcha ulatniamy się jeszcze szybciej, niż się zjawiliśmy. Pora na nocleg, ale humory uczestników wycieczki są dalekie od ideału. My się jako tako trzymamy, bo co prawda auta dla znajomego nie znaleźliśmy, ale widzieliśmy i słyszeliśmy już wiele ciekawego.

Za to Piotr z Pawłem w zasadzie pozbyli się złudzeń i są gotowi zrezygnować z Audi A3 1.9 TDI na rzecz czegokolwiek, co jako tako będzie się nadawało do jazdy. Głupio stracić niemal 1000 zł, który do tej pory zainwestowali... Za nocleg w hotelu wskazanym przez Romka zapłaciliśmy 25 euro od osoby, w sumie niewiele. Rano zaczynamy objazd komisów położonych w Rosenheim. Romek z Markiem wożą nas po smutnych placach przypominających złomowiska.

Organizatorzy wykazują nieco więcej zaangażowania, ale to w sumie nic dziwnego – mają jeszcze swoje biznesy do załatwienia i wciąż czterech marudzących klientów na głowie. Oglądamy VW Golfa IV TDI z ładnym wnętrzem i przednimi nadkolami przeżartymi na wylot. One wszystkie tak mają – tłumaczą przewodnicy. W jednym z komisów na słońcu wygrzewa się grupka ciemnoskórych mężczyzn. Patrzcie, jakie sk**ńskie nieroby – czujny jak zawsze Marek nie szczędzi dobrego słowa. W krzakach, nieco na uboczu stoi srebrny Seat Ibiza II. Wiadomo o nim tyle, że mieści się w budżecie Piotra i Pawła (2500 euro), ma uszkodzenia po gradzie, silnik TDI o mocy 75 KM (nie podano pojemności) i jest zapuszczony jak nieszczęście.

Romek zapewne zdaje sobie sprawę, że to nieudana wersja 1.4 TDI, ale początkowo próbuje odwrócić uwagę chłopców: Może to 1.9 TDI? Był też taki silnik SDI, bez turbiny – zachęca. Fachowcy patrzą na zardzewiały układ hamulcowy. Ja to bym w jeden dzień ogarnął, drucianą szczotką rdzę zdjął, a potem polakierował zaciski i bębny, np. na zielono. Zawsze tak robię. Grad? Marek nie widzi problemu. Wgniotki się wyciągnie, przepoleruje i lakier będzie jak nowy – słysząc to, Piotr z Pawłem zaczynają się łamać. Wreszcie pojawia się właściciel komisu, wyjmuje z teczki ogromny pęk kluczyków samochodowych, wynajduje właściwy i wpuszcza nas do środka. Odpalamy silnik, trzycylindrowe TDI chodzi jak sieczkarnia, na dodatek na cyferblacie widnieje przebieg 202 000 km, świecą się niemal wszystkie możliwe kontrolki, więc Piotr odpuszcza.

Foto: ACZ / Auto Świat
Fachowiec przy pracy

Auto znajdujemy sobie sami

Jedziemy do Dachau, gdyż w jednym z tamtejszych komisów zlokalizowaliśmy (my, nie organizatorzy!) rokujące BMW serii 3 E46 z 2004 r. Cena 4300 euro jest nieco niższa od średniej, ale ryzykujemy. Na miejscu okazuje się, że trzeba czekać na właściciela, więc dokładnie oglądamy „beemkę” z zewnątrz. Tu wgniotka, tam ryska, na drzwiach kierowcy niewielki rdzawy purchel, ale mamy wrażenie, że coś z tego będzie. Nikt tu niczego nie picował, auto jak jeździło, tak trafiło do komisu.

Romek wyjmuje czujnik i oznajmia, że malowany był lewy tylny błotnik, coś też było kombinowane przy drzwiach. Gdy się oddala, wyciągamy własny miernik. Romek się nie pomylił, naprawiano te elementy, o których wspomniał. Jego uwadze uszły natomiast drobne wgniecenia na dachu (grad?). Gdy pojawia się właściciel komisu, oglądamy wnętrze. Pytam Marka, czemu szyberdach się nie otwiera do końca. To tak jest w tym modelu, wszystkie E46 tak mają – oznajmia z miną eksperta.

Ekspert nie wie, niestety, że wina leży po stronie rolety przeciwsłonecznej – wystarczy wsunąć ją z powrotem w prowadnice i gotowe, dach otwiera się do końca. Cud! Wnętrze naszej „trójki” wygląda adekwatnie do przebiegu (220 tys. km potwierdzone wydrukami z TÜV-u i wyglądającą autentycznie książką serwisową) i jest nieźle wyposażone, brakuje w zasadzie tylko lepszych foteli, ale wszystkiego mieć nie można. Za naszą sugestią Romek pyta sprzedawcę o czerwone tablice, tzw. komisowe. Są na miejscu, więc możemy odbyć jazdę próbną.

W aucie nic nie puka ani nie stuka, dynamika jest akceptowalna, więc jesteśmy prawie zdecydowani. Komisant nie chce za bardzo negocjować ceny, bo twierdzi, że nasi przewodnicy dzwonili do niego i powiedzieli, że zgodzą się na 4200 euro. Kiepsko, jesteśmy pewni, że jeszcze ze stówkę byśmy urwali. W międzyczasie Piotr z Pawłem biorą na cel stojącego w tym samym komisie VW Golfa IV GTI z przebiegiem 200 tys. km.

Auto leży w ich zasięgu finansowym i wyraźnie im się podoba. Czarny lakier, co prawda tu i ówdzie podrapany i zniszczony ręką lakiernika kowala, najwyraźniej wywiera na nich wrażenie, do tego duże alufelgi z nowymi (chińskimi) oponami. Marek z Romkiem mówią, że co prawda coś tam było blacharsko kombinowane, ale raczej nic poważnego... No i silnik 1.8 T/150 KM – niezłe osiągi gwarantowane. Chłopcy, zmęczeni poszukiwaniami, dobijają targu, montują tablice i ruszają w drogę.

Epilog. Po rozwiązaniu drobnych problemów finansowych – okazało się, że przekroczyliśmy dzienny limit wypłat na karcie – ruszamy „beemką” w stronę Zgorzelca. Romek z Markiem co prawda oferowali pożyczkę, ale uprzejmie podziękowaliśmy. Cieszymy się, że w końcu odjechali załatwiać swoje sprawy. Wieziemy za to ze sobą dowód osobisty jednego z chłopaków.

Piotr był tak roztrzęsiony podczas podpisywania umowy, że zostawił dokumenty w komisowej kserokopiarce. Dzięki temu zbiegowi okoliczności po kilku dniach spotykamy się ponownie. Dowiadujemy się, że w drodze do Polski Golf „wypił” cały olej i zawiadomił o awarii silnika. Już na miejscu okazało się, że ubytek środka smarnego to wina uszczelniacza wału. Niestety, wyszło też na jaw, że auto miało poważną kolizję, a podłoga bagażnika była spawana. Gdzie były oczy naszych ekspertów?

Foto: ACZ / Auto Świat
Szczęśliwy właściciel i jego „trójka”