Patrick Arnaud to naprawdę fajny gość. Gdy wydawał nam prototypowego Citroëna Cactusa M, powiedział: Koniecznie pojedźcie nim na plażę. Musieliśmy się upewnić, czy na pewno dobrze go zrozumieliśmy. Unikatem w miejsce, gdzie można ubrudzić auto piachem i solą? Tak. Mało tego, za prototypem podąża cenny klasyk z muzealnych zasobów – Méhari.

Styl tego duetu zobowiązuje. Chce się wrzucić na luz, założyć japonki lub espadryle, słomkowy kapelusz, szorty kąpielowe i udawać surfera. Zaczepiony przez nas designer Cactusa M Jean-Arthur Madeleine przyznał, że ten pojazd ma być nową interpretacją plażowego buggy: Zastanawialiśmy się, czego potrzebują surferzy podczas dwudniowego wypadu na spot.

Madeleine niegdyś pracował dla BMW w Kalifornii, działał także w Tesli i często odwiedzał plażę w Malibu, lokalną mekkę deskarzy. Dlatego stworzył wodoodporny samochód. Obicia foteli i kokpitu wykonano z neoprenu, czyli pianki noszonej przez surferów w chłodniejsze dni. Kwiatowy wzór nawiązuje oczywiście do hawajskiej stylistyki, a z wykładziny dywanowej na podłodze zrezygnowano. Powierzchnię podłogi tylko polakierowano i uzbrojono w odpływy wody. Dzięki temu po plażowej imprezie można po prostu umyć kabinę myjką ciśnieniową – zachwala Jean-Arthur i gładzi dłonią kokpit.

Zobaczcie, użyliśmy podobnych materiałów wewnątrz i z zewnątrz. To tworzy efekt przenikania, nawet kabriolety czegoś takiego nie mają – dodaje. Styliści często rozwodzą się nad ograniczaniem do minimum, dążą do puryzmu, podczas gdy świat motoryzacji zmierza w dokładnie innym kierunku.

Wystarczy spojrzeć na Méhari i widać to aż zbyt dobitnie, a to właśnie nim inspirowali się twórcy Cactusa M. Egzemplarz ze zbiorów muzealnych pochodzi z 1969 r. i każdym sapnięciem chłodzonego powietrzem boksera przypomina o pokrewieństwie z „kaczką”. 600-centymetrowy silnik byłby dzisiaj znów na czasie i z turbodoładowaniem miałby zapewne o wiele więcej niż oryginalne 28 KM. Z drugiej strony dziś doceniamy uroki wszystkiego, co slow.

Méhari nie przyspiesza, czuć po prostu, że coraz chłodniejszy wiatr owiewa twarz. To auto ma wbudowany work-life-balance i miało go na długo, zanim to pretensjonalne określenie zaczęło robić w pewnych kręgach karierę. Podobno Méhari służyło także jako towarzysz rajdów. Jak to jednak możliwe? Nasz muzealny eksponat dość szybko ugrzązł w piasku i potrzeba było trzech silnych mężczyzn, żeby uwolnić auto z wąskimi oponami „135-kami”. Napęd 4x4 i reduktor miały tylko nieliczne Méhari z późniejszego okresu produkcji (można je rozpoznać po kole zapasowym na masce).

Cactus ma napęd tylko na 2 koła, teoretycznie ma też jakieś symulatory blokad dyferencjałów, działające na podstawie czujników ESP, ale w piachu jest to równie przydatne, jak 19-calowe niskoprofilowe opony. Na asfalcie jednak ten unikat udowadnia, że jest bliski wersji seryjnej. Nowy 6-stopniowy „automat” działa lepiej niż skrzynia, którą znajdziemy w Cactusie z zamkniętym nadwoziem.

W kabinie szaleje wiatr, tak samo jak w Méhari. W starym Citroënie jednak można było położyć szybę. Chyba tylko po to, żeby podczas jazdy móc się posilić muchami, które wpadają do buzi... Czy rynek jest już gotowy na crossovery z otwieranym dachem? Wszyscy pamiętamy Pluriela, który w gruncie rzeczy był samochodem łączącym w sobie cechy kilku aut, ale nie zrobił dużej kariery. Nissan na zamorskich rynkach oferował Murano Cabrio, a w przyszłym roku w salonach ma się pojawić Range Rover Evoque, ale to nie są konkurenci Cactusa M.

Z technicznego punktu widzenia to auto byłoby do zrobienia, pytanie: czy surferzy udaliby się po nie do salonu Citroëna? Jak na razie po zwykłego Cactusa nie ustawiają się kolejki, więc szanse na produkcję kabrioletu są raczej niewielkie. Tymczasem na plaży zaczęło padać. Inni producenci kazaliby nam już dawno zabierać foremki i chroniliby swoje show cars przed deszczem. Ale nie Citroën. Pozwolono nam dokończyć sesję i przy okazji przetestować wodoodporność kabin obu aut.

Citroen Cactus M - nasza opinia

Potrzeba odwagi, żeby dziś produkować seryjnie taki pojazd, jak Cactus M. Zachęcamy Citroëna do tego, bowiem ten model jak żaden inny wyraża ducha marki. Jest prosty, oryginalny, po prostu inny. W latach 1968-87 powstało aż 144 tys. sztuk Méhari. Takiego sukcesu Francuzi raczej już nie powtórzą, ale po przejażdżce oboma modelami wiemy, że Cactus M byłby jego godnym następcą.