Jeszcze niedawno uznałbym, że konkurentem Niro jest hybrydowa Toyota Auris w wersji kombi, lecz teraz uznałbym, że bliżej jej do hybrydowego wariantu Toyoty C-HR. Dlaczego? To proste. Niro jest raczej crossoverem, a nie zwykłym samochodem kompaktowym. I jeśli zestawić je z niebanalnie narysowanym C-HR-em to okaże się, że Kia ma bardzo atrakcyjną cenę, a wnętrze równie funkcjonalne jak Toyota. Fakt, wygląda od niej mniej porywająco, ale o ile stylizacja to rzecz gustu to różnica w cenie na poziomie 20 tys. zł może już przemówić do nabywcy bardziej dobitnie.

Kia Niro - napęd to podstawa

Najważniejsze jest to, że Niro od podszewki powstała jako pojazd hybrydowy i wykorzystuje podwozie wspólne z Hyundaiem Ioniqiem. I wiecie co? Ten niewielki crossover jeździ naprawdę fantastycznie. I to nawet w trasie. Z hybrydowym systemem Toyoty mam ten problem, że nie lubię wycia silnika, które towarzyszy przyspieszaniu z pedałem gazu wciśniętym do podłogi. W taki sposób działa stosowana przez Toyotę przekładnia planetarna, która z punktu widzenia kierowcy działa jak skrzynia bezstopniowa.

Kia Niro

Kia stosuje zwykły, dwusprzęgłowy automat, co w trasie sprawdza się lepiej: silnik spalinowy podczas przyspieszania pracuje dość cicho, a gdy brak mu mocy wspomaga go jednostka na prąd. W sumie, benzyniak pracujący w oszczędnym cyklu Atkinsona jest naprawdę świetnie wyciszony i przy spokojnej jeździe jedynym momentem, gdy go wyraźnie usłyszymy jest uruchomienie go. Przy prędkości rzędu 100-120 km/h układ hybrydowy pracuje zaś harmonijnie i można nawet powiedzieć, że czujemy się trochę jak w aucie z turbodoładowaną jednostką na benzynę.

A oszczędność? Cóż, nie liczmy specjalnie na jazdę o kropelce. Fakt, producent podaje, że na 16-calowych kołach Niro spala 3,8 l/100 km, ale to bajka. Realnie w trasie, jadąc 120-140 km/h musimy się liczyć z około 8 l/100 km. Mniej nie będzie. Zaletą hybrydy jest jednak to, że w mieście auto spali tyle samo. Jeśli nie będziemy żyłować crossovera wciskając do oporu albo gaz albo hamulec, to apetyt na benzynę – nawet w korkach – nie przekroczy granicy 8 l/100 km, a przy zwykłej jeździe może wynieść nawet o litr mniej. Jak na auto o mocy 141 KM – całkiem nieźle.

Kia Niro - jeździ jak Cee’d

Co więcej, Niro prowadzi się nie jak podwyższony crossover, lecz jak dobrze zrobiony hatchback. Choćby taki, jak kompaktowy Cee’d. Układ kierowniczy nie jest przesadnie mocno wspomagany, a Kia kiedyś raczyła nas takim pozbawionym czucia prowadzeniem. Na szczęście już tego nie robi. Na dobre własności jezdne ma też wpływ rozkład mas, a konkretnie fakt, że litowo-jonowe baterie ważące 33 kg oraz 45-litrowy zbiornik paliwa umieszczone są pod tylną kanapą, czyli nisko. To sprawia, że środek ciężkości jest w bardzo korzystnym miejscu.

Kia Niro

Zawieszenie też jest ustawione znakomicie jak na auto tej kategorii. To dość wysoki crossover, a jednak na zakrętach trzyma się drogi jak niezłe coupe. Z drugiej strony, niektórzy mogą mieć pewne zastrzeżenia, bo jednak Kia postawiła bardziej na stabilność na drodze niż na komfort. Na równych nawierzchniach to nie problem, ale gry trafimy na drogi, które nie zostały wyremontowane za czasów III Rzeczpospolitej – pewnie nie będziemy zachwyceni. Może zatem należało dać użytkownikom Niro nieco więcej komfortu, bo przecież i tak ekscytacja jazdą nie jest priorytetem dla tych, którzy sięgają po hybrydowego crossovera.

Kia Niro - wnętrze bez fajerwerków

Tak jak stylizacja nadwozia, tak i kabina Niro jest raczej stonowana. W porównaniu z wspomnianą już, efektowną Toyotą C-HR, Kia wypada więc dość biednie. Nie znaczy to, że kokpit jest pod jakimkolwiek względem zły. Ergonomia jest bowiem bez zarzutu, a jakość tworzyw będących w zasięgu ręki – bardzo dobra. Gorzej z tymi, które znajdują się w dolnych partiach kokpitu, ale to normalne w samochodach tej klasy. Nie ma co spodziewać się cudów w całkiem dobrej hybrydzie za mniej niż 90 tys. zł.

Oczywiście w tej cenie nie otrzymamy auta z ładnie wkomponowanym w kokpit ekranem nawigacji. W podstawowym Niro jest dotykowy, 5-calowy wyświetlacz, za pomocą którego obsłużymy m.in. radio i komputer pokładowy. W wariancie za niemal 95 tys. zł mamy już jednak nawigację i 7-calowym ekranem, a w najdroższym – z 8-calowym. System ten działa szybko, obsługa jest intuicyjna, a mapy aktualne. Kupując Niro mamy bowiem dostęp do map TomTom oraz ich darmowej aktualizacji przez siedem lat. Plusik.

Kia Niro - czy warto ją kupić?

Tak, jeśli koniecznie chcemy mieć hybrydowego crossovera, a ważniejsza niż efektowny wygląd jest dla nas cena. Niro można mieć za 86,9 tys. zł, ale jeśli dodatkowe 20 tys. zł nie robi nam różnicy, pewnie lepiej sięgnąć po droższą lecz ładniejszą Toyotę C-HR, która jednak ma silnik niemiłosiernie wyjący w trasie podczas przyspieszania. Cóż, coś za coś.

Dane techniczne:

Pojemność skokowa i rodzaj silnika 1580 cm3, R4 benz. + elektr.
Moc 141 KM przy 5700 obr./min
Moment obrotowy 265 Nm przy 1000-2400 obr./min
Skrzynia biegów i napęd 6-biegowa DCT (automatyczna), napęd na przód
Prędkość maksymalna 162 km/h
Przyspieszenie 0-100 km/h 11,5 s
Spalanie 3,8 l/100 km (koła 16-calowe)
Cena od 86 900 zł