• Wątpliwości budzi przebieg wybranego przez nas samochodu
  • Stan faktyczny, jak to często bywa w przypadku aut z ogłoszenia, nie ma zbyt wiele wspólnego z opisem
  • Krótko mówiąc, kolejny raz mamy niestety do czynienia z typowym autem z komisu

Używane samochody segmentu premium zawsze cieszyły się dużym wzięciem. No bo tak: płacisz stosunkowo mało, a w zamian dostajesz elegancko wykonany i – często – dobrze wyposażony pojazd, najlepiej z napędem na tył lub 4x4. A że przebieg zazwyczaj wysoki? Że środek brzydko zniszczony i prestiż już lekko nie ten, co kiedyś? Trudno, coś za coś. Poza tym, uczynni handlarze, zdając sobie sprawę z pewnych niedoskonałości swoich „prestiżowych perełek”, wychodzą kupującym naprzeciw. Po kilku chwilach licznik pokazuje już wartości niekłujące po oczach, wnętrze klei się od środków nabłyszczających, a lakier lśni blaskiem po świeżo wykonanej polerce. Wtedy można sporządzić ładne ogłoszenie i czekać, aż klienci spragnieni niedrogiego samochodu klasy premium zaczną walić drzwiami i oknami. 

Tak też było z nami, bo gdy tylko ujrzeliśmy ogłoszenie sprowadzonego z Włoch BMW 325i E91 z 2005 r. z pięknym czarnym lakierem, z jasnym kremowym środkiem i... instalacją LPG, to od razu zrozumieliśmy, że musimy ten samochód obejrzeć. I ten opis: „(...) auto warte swojej ceny, samochód z takim przebiegiem i wyposażeniem to prawdziwa perełka. Auto bezwypadkowe, wszystkie szyby oryginalne, łącznie z przednią. Samochód nie wymaga wkładu finansowego, po wymianie oleju, przeglądzie zawieszenia oraz innych podzespołów”. Cóż, patrząc po zdjęciach, trudno się nie zgodzić – „trójka” prezentuje się ładnie, sportowe skórzane fotele naprawdę robią robotę i nie przeszkadza nawet brak dużego ekranu nawigacji (to element niezwykle pożądany przez osoby celujące w E90/91!). Przebieg rzędu 116 tys. km wydaje się dość niski jak na rocznik tego BMW, ale skoro sprzedający w treści ogłoszenia utrzymuje, że stan licznika potwierdza prowadzona do końca książka serwisowa, to jak tu nie uwierzyć?

Głuchy telefon?

Dla formalności jeszcze dzwonimy, lecz pod podanym w ogłoszeniu numerem telefonu nikt się nie zgłasza. Na szczęście pod drugim odbiera osoba podająca się za wspólnika właściciela rzeczonej „trójki” i udziela nam wyczerpujących informacji na temat samochodu. Są papiery na przebieg, auto bezwypadkowe, nowa butla LPG ze świeżą homologacją, ogólnie świetny stan auta. „Tak, można w razie czego wracać na kołach, będą tzw. tablice komisowe. No, wspólnik przez jakiś czas nim jeździł, ale nie rejestrował w Polsce, korzystał z włoskich numerów”. Czyli zapewne z takich wydrukowanych na zapleczu. Mówiąc krótko, klasyka gatunku. Na szczęście akcyza już opłacona, więc potencjalnemu kupującemu zostaje tylko wizyta w wydziale komunikacji. A nam nie zostaje nic innego, niż wsiąść do auta i wyruszyć w kierunku Zamojszczyzny.

Po dość męczących 250 kilometrach w końcu docieramy na miejsce i musimy uczciwie przyznać, że z daleka nasze 325i robi wrażenie. Jest co prawda lekko przykurzone, ale to dlatego – że jak się miało potem okazać – już dość długo stoi. Cena na kartce za szybą to 29 900 zł, ale już w internecie to o 1000 zł mniej. „Musieliśmy trochę obniżyć” – wyjaśnia wspólnik właściciela. Ciekawe czemu?

Ktoś poprawiał lakier. Tylko po co?

Oględziny zaczynamy od lakieru i miny dość szybko zaczynają nam rzednąć. Odpryski na masce i zderzaku to norma w 14-letnim aucie, gorzej, że najwidoczniej nasi już tu byli i dość brzydko wykonali polerkę. W słońcu widać tzw. swirle i hologramy, znacznie psujące efekt. To jeszcze pół biedy, bo gdyby się uprzeć, można wykonać tzw. pełną korektę lakieru, która – z dużym prawdopodobieństwem – sprawi, że hologramy znikną. Gorzej, że auto miało niewielką szkodę na prawym boku, która została naprawiona wręcz fatalnie. Na tylnych drzwiach straszy tzw. skórka pomarańczy (niechlujnie nałożony lakier, czyżby sprej z puszki?), pod spodem bez trudu da się zauważyć szpachlę. Miernik lakieru potwierdza – wartości między 300 a prawie 900 mikronów. Tylny zderzak spasowano kiepsko, nie licuje z błotnikiem, na dodatek też był lakierowany i widać na nim tzw. wtręty, czyli punkty brudu pod farbą. Czy to przekreśla auto? Absolutnie nie, ale po sprzęcie opisanym jako „perełka” i wcale nie takim tanim – „trójki” z 2005 r. potrafią kosztować dużo mniej! – spodziewalibyśmy się ciut ładniejszej aparycji.

Jak należało się spodziewać, komisant zrzuca to na karb włoskiego pochodzenia BMW: „bo tam oni nie szanują aut”. Niemiłego obrazu całości dopełniają fatalnie podrapane felgi oraz całkowicie zużyte opony. Mimo jeszcze stosunkowo młodego wieku (2014 r.) gumy są sparciałe i pocięte od krawężników, co z kolei sprawia, że część ogłoszenia, mówiąca o braku wkładu finansowego, właśnie przestała być aktualna. Hamulce z przodu i z tyłu mają spory rant, też już raczej długo nie pociągną. Wisienką na torcie są tylne lampy oklejone czerwoną folią – to znany motyw w E91, chodzi o to, by poprawić wygląd samochodu, który – zdaniem części fanów BMW – bez tego nie jest taki, jaki być powinien. Samo oklejenie, jeśli jest ładne i spełnia normy, nie stanowi problemu, sęk w tym, że tu ktoś przypomniał sobie w ostatniej chwili o światłach cofania i nożykiem do tapet wyciął odpowiednie okienko. Bez dwóch zdań – czuć rękę fachowca!

Ładne wnętrze. Tylko z daleka...

Pora zajrzeć do środka. I tu historia się powtarza: z daleka wnętrze jest ładne, przy bliższym poznaniu – brzydkie. Pomijamy już fakt, że nie działa zamek w prawych przednich drzwiach, czyli mamy kolejny wkład finansowy. „A jeszcze wczoraj działało” – dziwi się wspólnik właściciela. Najbardziej rozbrajają jednak detale maskujące duży przebieg, bo przypuszczamy – i o tym za chwilę – że widoczne na zegarach 116 000 km to raczej fikcja.

A zatem po kolei. Panel do sterowania szybami po stronie kierowcy został oklejony... czarną taśmą, która miała przykryć porysowany plastik. Folię docięto nożykiem, co oznacza, że z daleka wszystko wydaje się w porządku, zaś z bliska kłuje w oczy tandetą. Taką samą metodą ktoś poprawiał uchwyt do zamykania drzwi i trzeba przyznać, że całość wygląda wprost tragikomicznie. Owszem, wiemy, że zwłaszcza w E90/91 z początku produkcji niektóre materiały były średnio trwałe i brzydkie, ale po niecałych 120 tys. km po prostu nie miały prawa się tak zużyć. Fotel kierowcy to standardowo przetarty boczek, zniszczenia widać też w fałdach siedziska. Ale chyba nad skórzaną tapicerką ktoś trochę popracował, bo jest miękka i miła w dotyku – to na pewno plus.

Kierownica nie wygląda na obszywaną, jednak przycisk do uruchamiania i gaszenia silnika jest lekko zużyty, nie działa też wyświetlacz radia. Wnętrze schowka w podłokietniku sprawia wrażenie, jakby ktoś zamykał tam groźne zwierzę z ostrymi ząbkami. Butla LPG została elegancko zabudowana w bagażniku, co jednak oznacza, że kufer jest niemal o połowę mniejszy niż w każdym innym BMW serii 3 E91 bez instalacji LPG. Czyli teraz mamy do dyspozycji pojemność mniej więcej rodem z miejskiego hatchbacka. Ale są i plusy: samochód odpala od razu, równo pracuje, klimatyzacja chłodzi. Przynajmniej to zgadza się z opisem.

Włoskie? Niemieckie? Bez różnicy, i tak fałszywe

Podczas jazdy próbnej – włoskich numerów pasujących do dowodu rejestracyjnego nie ma, ale komisant wyciąga niemieckie (!) – humor trochę się nam poprawia, bo choć samochód wydaje się ospały i raz gaśnie przy dojeżdżaniu do ronda (wina LPG?), to przynajmniej zawieszenie i układ kierowniczy nie dają powodów do obaw. Pytamy jeszcze o książkę serwisową, bo w schowku jej nie ma. – „A, to wspólnik ma w domu, trzeba by ją dowieźć”. Szkoda, największy atut auta, i akurat niedostępny. Mamy jednak podejrzenia, że być może to nie przypadek, bo już w marcu 2015 r. nasza „trójka” miała podczas ostatniej wizyty w ASO 124 tys. km, a teraz – dziwnym trafem – na zegarach widnieje 116 tys. km. Mało profesjonalnie, bo jak już „cofać szafę”, to do wartości z grubsza zgodnej z tym, co można znaleźć w bazach danych. Wtedy można przecież powiedzieć, że przez cztery lata przebieg się nie zmienił, bo samochód tylko stał. A tak? Jeździł przez cztery lata na wstecznym? Ostrożnie oceniamy więc przebieg – głównie na podstawie zużycia wnętrza – na jakieś 200 tys. km z groszem, co oznacza, że gdzieś po drodze wyparowało solidne 100 tys. km.

Reasumując – samochód drogi, z tysiącem mniejszych i większych uchybień oraz z zafałszowanym przebiegiem, raczej niewart zakupu. – Ale przecież to stare auto za niewielkie pieniądze – powie ktoś – po co szukać dziury w całym? Ano po to, że opis niemal całkowicie mija się z prawdą, a to chyba dosyć ważna sprawa, prawda? Seria 3 E90/91 to wciąż fajne auto, dające dużo frajdy, tyle że coraz trudniej znaleźć sensowny egzemplarz, zwłaszcza w przypadku modeli przedliftingowych.