• Sprawą naszej czytelniczki po raz pierwszy zajmowaliśmy się w lipcu 2018 roku. Już wiemy, czym skończyła się kilkuletnia walka o zwrot auta niezgodnego z umową
  • Ten materiał to bardzo dobry przykład na to, że z nieuczciwymi sprzedawcami używanych aut nie stoimy na przegranej pozycji
  • Sąd nakazał sprzedawcy samochodu zwrócić cenę pojazdu, pokryć wszystkie koszty związane z jego posiadaniem oraz weryfikacją stanu technicznego
  • Więcej takich tematów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

"Auto jest w idealnym stanie technicznym i wizualnym, z oryginalnym przebiegiem, do końca serwisowane w ASO Audi. Jest możliwość sprawdzenia na miejscu w Lubinie w serwisie Audi historii pojazdu. Sprzedaję, bo pilnie potrzebuję gotówki" – kusił sprzedawca przedstawiający się jako prywatny użytkownik niebieskiego Audi A4 z bogatym wyposażeniem i trzylitrowym dieslem pod maską. Z czasem okazało się, że sprzedawca ma firmę zajmującą się handlem używanymi samochodami, a jednak ten egzemplarz postanowił kupić i sprzedać jako osoba prywatna.

Dalsza część tekstu pod materiałem wideo

I handlarz, i osoba prywatna odpowiadają z tytułu rękojmi

Czy rzeczywiście niebieskie Audi było prywatnym samochodem sprzedawcy, czy też jego właściciel uznał, że tego rodzaju pojazdu bezpieczniej jest pozbyć się poza firmą? Tego już się nie dowiemy. Faktem jest, że przepisy dotyczące rękojmi faworyzują konsumentów (osoby fizyczne korzystające z towarów i usług oferowanych przez firmy) i dochodzenie roszczeń przez takie osoby jest stosunkowo proste, a w każdym razie prostsze niż w konfrontacji dwóch firm czy też dwóch osób fizycznych. Jednak nie każdy zdaje sobie sprawę, że rękojmia za wady towaru działa także wtedy, gdy osoba fizyczna kupuje np. samochód od innej osoby fizycznej. Co mówi o tym Kodeks cywilny?

I uwaga:

Sprawdzenie auta w serwisie – okazało się to nie takie proste

Nasza czytelniczka, która postanowiła kupić niebieskie Audi A4 3.0 TDI, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie potrafi sama ocenić, w jakim stanie jest samochód. Początkowo miała zamiar – tak jak to sugerował sprzedawca w ogłoszeniu – pojechać z samochodem do autoryzowanego serwisu i tam zamówić usługę sprawdzenia samochodu. W korespondencji SMS-owej sprzedawca zaczął jednak kręcić: "Nie za bardzo chce mi się jeździć po serwisach. Lepiej byłoby i taniej, i na pewno szybciej zamówić rzeczoznawcę na Otomoto, który przyjedzie i zrobi to samo w 30 minut. A nie pół dnia! Ewentualnie niech pani przyjedzie, pojedziemy razem na stację diagnostyczną. Terminy w Audi to minimum tydzień".

Stanęło na tym, że kupująca zdalnie umówiła wizytę w zwykłym pobliskim warsztacie, żeby sprzedający nie miał za daleko. O umówionej godzinie podjechał on niebieskim Audi do serwisu, auto zostało zbadane, zaś informację o wynikach oględzin warsztat przesłał kupującej, która też zapłaciła za usługę sprawdzenia samochodu przed kupnem. Z raportu warsztatu wynikało, że wprawdzie samochód był malowany z przodu, ale w sumie nic mu nie dolega. Niczego niepokojącego nie stwierdził też diagnosta na stacji kontroli pojazdów.

Rękojmia to nie gwarancja, ale i tak chroni kupującego

Jeszcze o tym, czym różni się sprzedaż konsumencka od zwykłej: otóż jeśli kupujemy samochód w komisie czy w salonie, sprzedawca odpowiada za jego wady, choćby i napisał na umowie, że nie odpowiada. Jedyne, co zwalnia go od odpowiedzialności z tytułu rękojmi, to wyraźne poinformowanie klienta o wszystkich jego wadach w taki sposób, żeby klient nie mógł się wyprzeć, że został poinformowany. A gdy umowę podpisują dwie osoby fizyczne, odpowiedzialność z tytułu rękojmi mogą umownie skrócić lub wykluczyć, co jednak nie działa, gdy mamy do czynienia z oszustwem.

Sprzedawca: Napiszmy trochę mniej na umowie. Proszę!

Zanim jednak doszło do finalizowania transakcji, sprzedawca grzecznie prosił o wpisanie do umowy nieco niższej kwoty niż rzeczywiście zapłacona. Kto kupował samochody w "tanich" komisach, ten wie, że taka prośba jest wręcz rutynowa, czasem od zgody kupującego zależy, czy da się trochę zbić cenę. Z punktu widzenia sprzedającego ważne są dwie sprawy: po pierwsze, im niższa kwota wykazana na fakturze, tym niższy dochód sprzedawcy – często zerowy. To oznacza niższy (lub zerowy) podatek. Druga rzecz to ewentualne roszczenia kupującego: jeśli zapłacił 30 tys. zł, a na umowie ma 25 tys. zł, to jeśli zechce oddać samochód i odzyskać pieniądze, może liczyć tylko na 25 tys. zł. "Tyle dostałem – mówi handlarz – i tyle zwracam przelewem na konto". W przypadku zwykłej umowy kupna sprzedający teoretycznie nie ma interesu w zaniżaniu wartości przedmiotu, chyba że auto ma krócej niż pół roku i kupił je taniej, niż sprzedaje – wtedy bowiem różnica jest jego dochodem podlegającym opodatkowaniu. Albo gdy chce się zabezpieczyć przed roszczeniami kupującego na zasadzie opisanej wyżej.

W tym przypadku sprzedawca był tak nieostrożny albo bezczelny, że o zaniżenie kwoty prosił SMS-em. Kupująca wprawdzie zorientowała się, że taka opcja jej się nie opłaca i wolałaby zapłacić cały należny podatek (2 proc. wartości pojazdu), ale ostatecznie dała się przekonać. Pożałowała tego już wkrótce.

Grzeczna prośba sprzedawcy - zaniżmy trochę cenę Foto: Auto Świat
Grzeczna prośba sprzedawcy - zaniżmy trochę cenę

A na niemieckiej umowie... "powypadkowy"

Ponieważ auto było rejestrowane w Polsce po raz pierwszy przez naszą czytelniczkę, urzędnik w wydziale komunikacji zażądał umowy polskiego sprzedawcy z niemieckim komisem. Handlarz niechętnie udostępnił tę umowę i... w tym momencie przestało być przyjemnie. Okazało się, że kupił samochód nie od osoby prywatnej, jak twierdził, tylko w komisie. Co więcej, na fakturze z komisu było wyraźnie napisane: "Unfallauto, fur Export". Znaczy: auto powypadkowe, do wywiezienia z kraju.

Pojazdy, które czekają w niemieckim komisie na klienta z karteczką "nur fur Export", to samochody z różnymi wadami, to auta, których Niemiec nie sprzeda innemu obywatelowi tego kraju, ponieważ wie, że jeśli to zrobi, będzie miał kłopoty. Niemiecki wymiar sprawiedliwości bardzo poważnie traktuje kwestię ochrony konsumenta. Można kupić taki samochód tylko pod warunkiem zrzeczenia się rękojmi i pod warunkiem wywiezienia pojazdu z Niemiec.

Faktura "tylko na eksport" Foto: Auto Świat
Faktura "tylko na eksport"

Cena 4 tys. 700 euro na niemieckiej fakturze (wówczas była to równowartość ok. 20 tys. zł) też sugerowała, że raczej były to pozostałości samochodu niż pełnowartościowy pojazd. Handlarz: "Proszę się nie przejmować, cenę wpisano pod akcyzę". W domyśle: została zaniżona.

Na niemieckiej fakturze samochód miał też nieco wyższy przebieg niż w rzeczywistości. Handlarz w rozmowie z klientką powiedział: "Tak na umowie wpisali. Co na mojej umowie, to moja sprawa".

Nowa właścicielka już w tym momencie wiedziała, że zapłaciła ponad 40 tys. zł za 10-letni powypadkowy samochód, który, aby jeździć, wymaga dużych inwestycji.

Audi "wypasione", ale nie aż tak idealne, jak miało być...

Wady Audi – gdzie nie spojrzysz, to problem Foto: Maciej Brzeziński / Auto Świat
Wady Audi – gdzie nie spojrzysz, to problem

Gdy kupująca odebrała swój samochód, szybko przekonała się, że nie jest on zupełnie sprawny. Auto trafiło do warsztatu, bo "źle się prowadziło", no i klimatyzacja niby działała, ale trochę "na pół gwizdka". Okazało się, że problemów jest całkiem sporo: lekko "przekoszone" podwozie w połączeniu z niedokładnie ustawioną geometrią zawieszenia to prawdopodobnie przyczyna nieprzyjemnego "prowadzenia się" samochodu. To, że auto miało malowany przód, to jedno, drugie – że wymieniono w nim szereg elementów, w tym szybę, lampy i m.in. elementy instalacji nagłaśniającej, a na niektórych wstawionych częściach zatarte były numery seryjne.

Widzieliśmy ten samochód. Był naprawiony "na sprzedaż"

Oglądaliśmy ten samochód. Z naszą czytelniczką umówiliśmy się pod garażem podziemnym, w którym parkowała auto, mieliśmy czas i na poszukiwanie śladów naprawy powypadkowej, i na podłączenie się do sterownika w poszukiwaniu zapisanych śladów kolizji. Na spotkanie przyszliśmy ze specjalistą od rekonstrukcji wypadków na podstawie zapisów w elektronice pojazdów.

Okazało się, że w aucie doszło w przeszłości do uruchomienia zabezpieczeń pirotechnicznych, że ma ono sporo części od innego samochodu (w tym przednie reflektory), że ma ślady demontażu deski rozdzielczej. W tym kontekście nie dziwiło nas już, że sprzedawca radził swojej klientce, aby w kwestii podłączenia wzmacniacza pojechała do dobrego elektronika, ale raczej nie do ASO. Wyglądało na to, iż sam nie był pewien, czy pochodzące z innego samochodu elementy mają w pełni legalne pochodzenie.

Nasza ocena samochodu: pomimo udziału w kolizji/wypadku nie byłby nawet zły, gdyby ktoś dobrze go poskładał. Gdyby użyto części o udokumentowanym pochodzeniu i bez zatartych numerów seryjnych. Gdyby ktoś zmontował deskę rozdzielczą tak, aby nie było widać majstrowania – czyżby przy poduszkach powietrznych? Samochód zrobiony był jednak "po handlarsku" – najniższym możliwym kosztem, a zatem bez jakiejkolwiek gwarancji, że np. w razie kolejnego wypadku zadziałają poduszki powietrzne. Co do niedziałania różnych podzespołów, to wynikało to z ich nieprawidłowego podłączenia – pochodziły z innego samochodu i aby działały poprawnie, należało "przedstawić" je sterownikowi pojazdu. Do tego trzeba mieć odpowiednie oprogramowanie i umiejętności. Niestety, testy wykazały także uszkodzenie instalacji elektronicznej, co uniemożliwiło dokładne określenie kosztów naprawy przed jej rozpoczęciem.

Zasugerowaliśmy zwrot samochodu na podstawie rękojmi.

Byle do bramy, a potem się nie znamy

Sprzedawca nie miał zamiaru ponownie stać się właścicielem niebieskiego Audi. Czuł się pewnie: "wkręcił" swoją klientkę w zaniżenie kwoty na umowie, wystąpił w transakcji nie jako zawodowy handlarz, tylko jako osoba prywatna. Co mu można zrobić?

Sugerowaliśmy naszej czytelniczce, aby zaczęła od wizyty w urzędzie skarbowym. Nie miałoby to sensu, gdyby nie fakt, iż sprzedawca w SMS-owej korespondencji zostawił ślady zaniżenia kwoty na umowie. Gdyby ich nie było, mógłby się wszystkiego łatwo wyprzeć – słowo przeciwko słowu. Kupująca skontaktowała się z urzędem i przyznała się do zaniżenia kwoty na umowie. Pomaga w tym "czynny żal" – winowajca dobrowolnie przyznaje się do winy i jeśli zrobi to, zanim urząd sam dowie się o wykroczeniu czy przestępstwie, może zadowolić się dopłatą brakującej kwoty podatku i poprzestać na pouczeniu winowajcy. Ewentualny mandat jest najniższy jak to możliwe. Zadziałało, a jakie konsekwencje poniósł w efekcie nieuczciwy sprzedawca, to wiedzą tylko on i jego urząd skarbowy.

Teraz pozostało tylko napisać pozew

"Nie odważyłabym się sprzedać samochodu w takim stanie – mówił nasza czytelniczka, uzasadniając swoją decyzję o złożeniu pozwu o zapłatę. – Musiałabym napisać, że samochód jest powypadkowy i zepsuty. A co zrobić z podejrzeniem, że może on mieć części pochodzące z nielegalnego źródła? Gdyby kiedyś coś wyszło na jaw, to ja miałabym kłopoty!".

Ponieważ sprzedawca nie zareagował odpowiednio na pisma przedsądowe, właścicielka Audi A4 zleciła prawnikowi napisanie pozwu. Domagała się zwrotu ceny zakupu samochodu, zwrotu wszelkich kosztów związanych z autem, zwrotu kosztów sądowych i odsetek.

Tymczasem po przejechaniu nie więcej niż 1000 km samochód trafił na miejsce postojowe, na którym pozostał przez cztery lata.

Pandemia wydłużyła postępowanie

Wśród złych wiadomości była i taka, że sąd nie zgodził się na przyjęcie pozwu w miejscu, gdzie znajdował się przedmiot sporu. Sprawa trafiła do sądu właściwego dla miejsca zamieszkania sprzedawcy. Przy okazji okazało się, że polecany w tej miejscowości prawnik nie mógł przyjąć tej sprawy, ponieważ... już zgłosiła się do niego druga strona sporu, czyli sprzedawca. Sąd stwierdził też, że nie wystarczą mu dokumenty zgromadzone przez nową właścicielkę samochodu i zdecydował o powołaniu biegłego. Potem przyszła pandemia. Decydująca rozprawa odbyła się, uwaga, w grudniu 2022 r. To cztery i pół roku od transakcji.

Przeczytaj także: Chciał zaoszczędzić na zakupie używanego auta. Na naprawy wydał ponad 20 tys. zł

Sąd: sprzedawca ma zwrócić cenę pojazdu, koszty i odsetki

Nasza czytelniczka przyznaje, że choć "przygotowana była do zajęć", to jednak dochodzenie sprawiedliwości wymagało czasu, pieniędzy i jednak oznaczało spory stres. Po pierwsze, zdecydowała się nie korzystać z samochodu, który kupiła. Po drugie, nie chciała "sprzedać problemu" innej osobie, zatem przez ponad cztery lata niebieskie auto zajmowało jej miejsce postojowe. Po trzecie, zapłaciła za szczegółową weryfikację stanu samochodu, zapłaciła też koszty sądowe oraz prowizję prawnika, który ją reprezentował.

Opłaciło się. Sąd nakazał sprzedawcy samochodu zwrócić cenę pojazdu, pokryć wszystkie koszty związane z jego posiadaniem oraz weryfikacją stanu technicznego. Zasądził też na rzecz powódki zwrot kosztów postępowania. Wszystko razem to kwota rzędu 100 tys. zł. Sprzedawca powinien zwrócić kwotę ponad dwukrotnie wyższą od tej, którą uzyskał ze sprzedaży. Ale...

Pojawia się pytanie: skoro rozprawa odbyła się na początku grudnia 2022 r., dlaczego o "szczęśliwym zakończeniu" piszemy dopiero pod koniec stycznia 2023 r.? Ponieważ... w grudniu 2022 r., po czterech latach, zapadł wyrok dopiero w pierwszej instancji.

Aby już nie generować kosztów i nie tracić czasu (ale też zmniejszyć swoje ryzyko), nasza czytelniczka zaproponowała pozwanemu układ: niech zwróci koszty zakupu pojazdu oraz wszelkie inne koszty, które poniosła, a w zamian ona zrezygnuje z odsetek. Ostateczna kwota, jaką zapłacił sprzedawca to 70 tys. zł.

"Najbardziej się jednak cieszę nie z tych pieniędzy, które mi zwrócił, tylko z tego, że w ubiegłym tygodniu przyjechał po ten samochód i go zabrał. Co za ulga!".

Ładowanie formularza...