Powodów jest wiele. Legendarni kierowcy, którzy tutaj startowali. Niesamowite położenie wokół niemieckich gór Eifel. 20 kilometrów ciasnych i zdradliwych zakrętów. No i wreszcie różnice wzniesień. Wszystko to powoduje, że po dwóch okrążeniach jesteś mokry, po kolejnych 5 ręce bolą jak przy kopaniu rowu, a po kolejnych 6 masz ochotę na następne.

Moją przygodę z Nordschleife rozpocząłem od 220 konnego VW Scirocco. Niewiele? Pierwsze kółko jadę z Peterem, instruktorem. Ma mi „zdradzić” w których miejscach uważać, gdzie zwolnić, w którym miejscu dohamować, a gdzie wcisnąć pedał gazu do oporu. Wbrew pozorom takich miejsc jest tutaj sporo.

Z wczorajszego objazdu trasy niewiele pamiętam. Jechaliśmy autobusem, tak, tak po Nordschleife autobusem. Takim wycieczkowym. Jego kierowca musiał się nieźle napędzać, żeby pokonać wzniesienie „zielonego piekła”. Kulminacyjnym punktem „wyprawy” było piesze zwiedzanie karuzeli. To jeden z zakrętów Nordschleife, którego spadek wyprofilowany jest ostro ponad 35 stopni. Jak twierdził „przewodnik”, zawodowy kierowca DTM,który zna tutaj każdy centymetr toru, dwie płyty z kilkudziesięciu na karuzeli pamiętają jeszcze czasy przedwojenne.

Teraz do tego miejsca mamy jeszcze kilka kilometrów, a nasz przejazd dawno już przestał przypominać okrążenie zapoznawcze. W końcu to, że momentami nawierzchnia jest mokra, wiem od pierwszego zakrętu. A gdzie leży nowy asfalt? Nie robi mi różnicy, bo nie mam porównania. To ważna informacja, ale dla stałych bywalców Nurburgringu. Ja uczę się Nordschleife od podstaw.

Zza naszych pleców nagle wyskoczyło czerwone Ferrari 430. Instynkt wziął górę. Peter zamiast dokończyć opowiadanie o kolejnych trudnych partiach toru rozpoczął pościg. Zacisnąłem zęby. Ponad 500-konne Ferrari na prostych może i oddalało się od naszego VW, ale wystarczyła seria zakrętów i czarnego konia z tylnego spoilera widziałem ostro i wyraźnie. Jazda z dużą prędkością po ciasnych zakrętach w odległości kilkudziesięciu centymetrów od innego auta nie jest czymś normalnym. Nim się obejrzałem, Ferrari zostało w tyle. Uśmiech na twarzy Petera mówił wszystko. - Teraz twoja kolej kolego.

Żeby było śmieszniej, tym razem instruktor nie jedzie ze mną na prawym fotelu. Jedzie innym autem za mną, a uwagi słyszę w radiu. - Nie hamuj, za wcześnie, tutaj na ślepo - spokojny głos Petera nie zdradza emocji, tylko wydaje polecenia. 20 kilometrów przelatuje bardzo szybko.

Po jednym okrążeniu zostaje na torze sam. Peter zjeżdża do paddocku. Obok mnie chmara wściekłych Porsche, Ferrari i McLarenów. O podczepieniu się za którymś z nich nie ma mowy.

Żeby poznać tor i zacząć czerpać przyjemność z jazdy trzeba na nim spędzić godziny. Kręcić kółka, zmieniać opony i lać benzynę. Jak powtarzał Peter warto złapać swój własny rytm, swoje tempo. Dopiero później można koncentrować się na poprawianiu czasu.

Dwa pełne dni na pętli Północnej to nie lada gratka. Gdybym przyjechał tutaj na jazdy "turystyczne" (jedno okrążenie kosztuje 27 euro, cztery 100 euro) pewnie spinałbym się, żeby je najlepiej wykorzystać. A tak mogę pozwolić sobie na przerwę, pogawędkę z instruktorem i innymi kierowcami. A jak spadnie ulewny deszcz, zjechać do boksu i poczekać na lepsze warunki i nie martwić się, że czas się kończy. Do tego jest szansa, że za chwilę zmienię Scirocco na coś innego. Może mocniejszego?

Po jednym dniu spędzonym na Pętli Północnej, wiem, że tu wrócę. Z każdym kilometrem jest ciekawiej, szybciej i przyjemniej. Wiem, dlaczego uczestników imprezy Gran Turismo, z którymi jeździmy na torze, z każdym rokiem przybywa. To nie tylko świetna zabawa, ale i niesamowita nauka jazdy.

Toyota Auris Hybrid - Gran Turismo 2014

P.S. Nasz operator Michał, też miał swoje pięć minut na Nurburgringu. Z tylnego fotela miał filmować moje poczynania. Peter, instruktor, postanowił jednak z naszego wozu transmisyjnego – Toyoty Auris Hybryd wycisnąć ostatnie soki. Czy to dobry samochód na taki tor? Oczywiście nie! I choć do rekordu toru Toyota nawet się nie zbliżyła, z Peterem za kierownicą wyprzedziła Porsche 911, a Michała przyprawiła o mdłości.