• Dziś trudno uwierzyć, jak męczącym, długim i absurdalnym procesem było kupno nowego samochodu w PRL. Zobacz, co cię ominęło
  • Choć na dostarczenie Polskiego Fiata 126p czekało się przeważnie całymi latami, a jego zakup często pochłaniał oszczędności życia, to odbiór samochodu był nierzadko niesamowicie stresujący i zmieniał się w pokaz refleksu oraz determinacji
  • W drugiej połowie lat 70. wprowadzono możliwość odebrania Polskiego Fiata 126p w ciągu kilku tygodni, ale kosztowało to więcej niż samo auto

W 1982 r. pani C otrzymała jedną z najlepszych wiadomości w swoim życiu: na loterii wygrała Syrenę 105L. Co z tego, że wówczas nawet w biednym PRL ten model uchodził za namiastkę samochodu. Namiastka, nie namiastka, ale była. Po odbiór nieoczekiwanego szczęścia pani C udała się do Polmozbytu, czyli państwowej spółki zajmującej się sprzedażą aut. Towarzyszył jej krewny, który miał być pierwszym kierowcą tego samochodu. Niestety, okazało się, że nagrodą dojechali tylko za bramę Polmozbytu. Już kilka metrów za nią pani C przestała być właścicielką lśniącej nowością Syreny 105L.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo:

Tuż za bramą na panią C czekał bowiem… nie, nie złodziej, ale kontrahent. Z miejsca zaproponował jej odkupienie Syrenki – za gotówkę, którą miał przy sobie. Okazało się, że ten człowiek wystawał pod bramą Polmozbytu, licząc, że któryś ze świeżo upieczonych właścicieli nowego auta zechce mu je odsprzedać. Z panią C się udało, a zwyciężczyni loterii też była zadowolona, bo Syrenę sprzedała z zyskiem. Zresztą i tak nie miała prawa jazdy.

Przeczytaj także: Porównałem bazowe i topowe wersje aut premium. Jak bardzo się od siebie różnią?

I nie jest to scena z komedii Stanisława Barei, ale autentyczna sytuacja. Bo w 2023 r., kiedy każdy dealer marzy o sprzedaniu ci nowego auta, warunki zakupu samochodu w PRL wydają się kompletnie nieprawdopodobne i wręcz nie do uwierzenia. Zresztą oceń sam/-a.

Zakup auta w PRL: książeczka oszczędnościowa

No więc nie, nie wchodziłeś do imponującego salonu sprzedaży w szkle, metalu i drewnie, w którym sprzedawca zasypywał cię uprzejmościami, a każdy samochód tylko czekał na twoje pieniądze. Było inaczej. Tak inaczej, że aż trudno uwierzyć.

Pierwszą, najpopularniejszą metodą był system przedpłat, który wystartował 5 lutego 1973 r. Chętny na Polskiego Fiata 126p musiał założyć w PKO (Powszechna Kasa Oszczędności) specjalną książeczkę oszczędnościową F, po czym wpłacał na nią kwotę początkową – później systematycznie powiększaną o kolejne raty – oraz deklarował, kiedy będzie gotów odebrać samochód. Pierwszą możliwą datą był 1 stycznia 1977 r. Tym samym na niezbyt nowoczesny mikrosamochód trzeba było czekać prawie cztery lata – i to w najlepszym przypadku.

Dziś w Polsce na luksusowego Lamborghini Urusa czeka się dwa lata i trzy miesiące.

Przeczytaj także: Znane samochody pod zaskakującymi markami. Jest również polski akcent

W oddziale PKO w warszawskiej rotundzie w ciągu trzech pierwszych godzin – między 7. a 10. rano – założono aż 715 książeczek F. Niestety, wraz z rozkręcaniem się produkcji "malucha" czas oczekiwania na jego odbiór wcale się nie skracał i w latach 80. także wynosił z reguły 4-5 lat.

Fiat 126p Foto: Fiat Auto Poland
Fiat 126p

Wszystkiemu winna była zbyt mała podaż. Z czasem wprowadzono zresztą regularne losowania wśród posiadaczy książeczek F, które wskazywały, kiedy pan X może odebrać Fiata 126p. Moi rodzice wylosowali 1985 r. – tym samym samochód odebrali aż trzy lata później, niż pierwotnie zakładano.

W drugiej połowie lat 70. władze wprowadziły opcję pozwalającą odebrać nowy samochód w ciągu kilku tygodni, nazywaną najpierw "sprzedażą komercyjną" (swoją drogą, piękny termin), a później "sprzedażą ekspresową". Za tę usługę trzeba było dodatkowo dopłacić 70 tys. zł. Cały Fiat 126p był wówczas o tysiąc złotych tańszy.

A za to wszystko dostawało się samochód z gwarancją na… sześć miesięcy.

Zakup auta w PRL: Pewex i talony

Drugą metodą był Pewex. Albo Pol-Mot lub wcześniej bank Polska Kasa Opieki. Tam można było odebrać nowy samochód niemal od ręki, ale oczywiście był haczyk – i to poważny: w tych placówkach nie przyjmowano złotówek. Honorowano jedynie dewizy, najlepiej dolary USA lub marki niemieckie. Sęk w tym, że handel nimi w PRL był mocno ograniczony. Osoby fizyczne między sobą mogły to robić legalnie dopiero od grudnia 1988 r. A nawet jeśli rodzina z zagranicy przelała ci na konto górę dolarów, to z banku i tak nie mogłeś ich podjąć. W okienku dostawałeś równowartość dolarowego przelewu w tzw. bonach PeKaO, którymi mogłeś płacić w Peweksie, ale już na Zachodzie były bezwartościowe. Tak czy inaczej, kupno nowego auta za dewizy było wyjściem dla nielicznych.

Przeczytaj także: Brytyjska marka MG debiutuje w Polsce. Nie uwierzysz, ile kosztuje bogato wyposażony SUV

Trzeci sposób to talon, czyli jeden z największych przedmiotów pożądania w PRL. Miałeś talon, dostawałeś nowe auto prawie od razu i to za złotówki. Niestety, talony były trudno dostępne. Co do zasady mieli je dostawać najlepsi pracownicy, w praktyce bywało z tym raczej różnie. Zdarzało się, że talony rozdawano po znajomości lub członkom PZPR, najważniejszej partii PRL. Szaremu Kowalskiemu zostawała więc książeczka oszczędnościowa F i kilkuletnie czekanie.

W PRL samochód można było kupić także giełdzie (zdjęcie z 1972 r.), ale tylko używany. Na dodatek mógł być nawet 2-krotnie droższy od fabrycznie nowego. Foto: Narodowe Archiwum Cyfrowe
W PRL samochód można było kupić także giełdzie (zdjęcie z 1972 r.), ale tylko używany. Na dodatek mógł być nawet 2-krotnie droższy od fabrycznie nowego.

A nie, zaraz, był też czwarty sposób. Wśród posiadaczy książeczek oszczędnościowych, którzy regularnie zasilali je odpowiednimi kwotami, losowano nowy samochód. Biorąc pod uwagę liczbę książeczek i aut w puli, szanse na szczęśliwy traf były minimalne. Z drugiej strony, znajomy usłyszał kiedyś rozmowę dwóch pań w autobusie PKS – jedna z kobiet utrzymywała, że w ciągu trzech lat wylosowała trzy Syreny.

Zresztą problem z odebraniem nowego samochodu to jedno. Zupełnie inną kwestią były szalone ceny.

Ceny nowych aut w PRL: od Syreny do Polskiego Fiata 125p

Pod koniec lat 70. najtańszy był Polski Fiat 126p. Uczestnicy systemu przedpłatowego mogli go kupić za 69 tys. zł. Znacznie mniej zaawansowana technicznie Syrena 105 kosztowała już 94 tys. zł, a najtańszy Polski Fiat 125p – 167 tys. 700 zł. Cena Wołgi GAZ-24, czyli modelu klasy wyższej, wynosiła 220 tys. zł. Jak to się miało do płac?

Przeczytaj także: Auta marzeń PRL-u z FSO. Szybsze od Ferrari, dłuższe niż Mercedes klasy S

Nie da się tego jednoznacznie porównać, ponieważ średnie krajowe są zawsze podawane w wartościach brutto, ale jeśli przymknie się na to oko i obliczy, ile pensji trzeba było wydać w PRL na nowy samochód, to biorąc pod uwagę, że przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w sierpniu 2023 r. wynosiło dokładnie 7368,97 zł, to dziś Polski Fiat 126p powinien kosztować minimum 110,6 tys. zł, Syrena 105 – 150,7 tys. zł, Polski Fiat 125p – co najmniej 268,9 tys. zł, a Wołga 352,7 tys. zł.

Warszawa M20 Foto: ACZ / Auto Świat
Warszawa M20

To zresztą i tak grosze w porównaniu z cenami z końca lat 50., kiedy Syrena kosztowała równowartość dzisiejszych… 414,8 tys. zł, Warszawa M20 691,4 tys. zł, a Simca Vedette – prawie milion zł. Dla jasności: Simca Vedette nie była superluksusową limuzyną, tylko autem tej samej klasy co Warszawa M20.

Zresztą pod koniec lat 50., żeby w ogóle kupić samochód osobowy na prywatny użytek, trzeba było mieć zgodę władz. Ten męczący proces zaczynał się od złożenia podania, które przeważnie rozpatrywano już po… 2-3 latach.

A jak kupno nowego samochodu za czasów PRL wyglądało w praktyce? Swoje historie opowiedziało mi kilka osób, które osobiście przeżyły tę udrękę (litery, pod którymi występują, nie mają nic wspólnego z ich inicjałami).

Kupno samochodu w PRL: historia nr 1

Pan D był przekonany, że marzenie o własnym samochodzie spełni się już lada moment. Właśnie dostał termin odbioru Polskiego Fiata 126p – raptem pięć lat po założeniu książeczki F. Niestety, po kilku minutach na parkingu pełnym fiacików pan D już wiedział, że marzenie mu ucieka.

Odbiór pojazdu wyglądał następująco. Na plac z samochodami wpuszczono jednocześnie wiele osób i kto pierwszy podszedł do danego auta, ten zaklepywał je dla siebie.

Ogólnie dramat, bo wydawało się oszczędności życia i trzeba było błyskawicznie się decydować, do jakiego Fiata 126p podejść. Poza tym klient nie miał żadnego wpływu na wybór koloru – po prostu brał to, co akurat trafiło na plac. No i nie było pewności, że samochód, przy którym się stanęło, jest wolny od braków bądź usterek.

Trasa Łazienkowska; Warszawa; 1974 r. Foto: Grażyna Rutowska/NAC / Narodowe Archiwum Cyfrowe
Trasa Łazienkowska; Warszawa; 1974 r.

Na szczęście tego dnia samochodów było więcej niż nabywców. Pan D do wyboru miał Fiaty 126p w zaledwie trzech kolorach. Białe wyglądały odpychająco – stały na placu wystarczająco długo, żeby pokrył je kurz i pył. Z kolei turkusowe były piękne, ale krążyły plotki, że "maluchy" w tym kolorze rdzewieją już w fabryce. Pozostały piaskowe, ale przy wszystkich stali już ich przyszli właściciele. Rad nierad, pan D zaczął oglądać białe 126p. Niestety, każdy miał jakąś usterkę. Rozczarowany poprosił o przydzielenie innego terminu odbioru.

Za drugim razem pan D zastosował fortel. Nie przyszedł sam, ale z dwiema innymi osobami – tak, aby każda stanęła przy jednym samochodzie, a potem wybrali z nich najbardziej rokujący egzemplarz. I znowu była bieda z kolorami – w hali wystawiono tylko piaskowe, zielone i cieszące się fatalną renomą turkusowe. Zresztą wokół "malucha" narosły też inne teorie spiskowe – mówiono, że egzemplarze z czarno-srebrzystym logo Polskiego Fiata były lepiej wykonane niż też z czerwonym emblematem.

Pan D wybrał w końcu jeden z trzech piaskowych fiacików. Marzenie się spełniło, tyle że po pięciu latach.

Kupno samochodu w PRL: historia nr 2

Pan E nie był za szczęśliwy, kiedy dostał termin odbioru Fiata 126p na styczeń. Do stycznia nie zdążyłby bowiem postawić garażu, w którym chciał trzymać wymarzony samochód — a tamta zima drugiej połowy lat 70. okazała się wyjątkowo śnieżna i agresywna.

Szczęśliwie udało mu się przełożyć odbiór auta na maj. Z nowym terminem od razu ruszył do urzędu po zezwolenie na budowę garażu. I tu się zaczęły kolejne schody: pan E dowiedział się, że nie dostanie takiego zezwolenia, ponieważ... nie ma samochodu.

Przeczytaj także: W PRL-u marzył o nich każdy. Auta z Zachodu, przy których bladły Polonezy, Warszawy i duże Fiaty

W końcu nadszedł maj, a z nim odbiór fiacika. Halę wypełniały "maluchy" w brudnoburych kolorach, nic więc dziwnego, że jedyny czerwony Fiat 126p aż kłuł w oczy. Do tego stopnia, że musiała interweniować Milicja Obywatelska.

Okazało się, że czerwonego "malucha" od razu zaklepał sobie jeden z odbierających, a żeby dodatkowo podkreślić swój wybór, zwyczajnie wsiadł do środka. Widząc to, obsługa hali podeszła stanowczym krokiem i kazała mu opuścić samochód, twierdząc, że czerwone cudo jest już zarezerwowane dla innego klienta. Jegomość w środku nie chciał o tym słyszeć: miał przyjść po odbiór Fiata 126p właśnie tego dnia i wybrać z samochodów stojących w hali, więc przyszedł i wybrał — a nawet wsiadł do środka. Kiedy obsługa ponownie zaapelowała o opuszczenie pojazdu, klient zaryglował się w nim od wewnątrz, uchylił szybę i przez nią nawiązywał dalszą komunikację.

Widząc, że apele nie przynoszą wymiernych efektów, obsługa wezwała Milicję Obywatelską. Niestety, pan E nie pamięta już, jak się zakończyła ta interwencja, ponieważ miał większe zmartwienia.

Okazało się, że "maluchy" w hali mające inny kolor niż czerwony dzielą się na dwie kategorie: te z odklejającą się podsufitką (która zaległa na tylnej szybie) i te z niedokładnie dopasowanymi pokrywami bagażnika bądź silnika. Wolnych od wad egzemplarzy zwyczajnie nie było, a pytanie o rabat z powodów niedoróbek w realiach PRL było zbędną fatygą. Pan E uznał, że łatwiej uporać się z podsufitką niż kwestiami nadwoziowymi, więc wybrał pierwszy feler.

Dwa lata później pojechał Fiatem 126p do znajomych mieszkających w oddalonym o kilkaset kilometrów mieście. Kiedy podjechał pod blok gospodarzy, ze zdumieniem spostrzegł, że wszystkie samochody zaparkowano tak, jakby wjeżdżały w ścianę bloku — przerwa między nią a pojazdami była minimalna. Pan E przytomnie zachował większy odstęp, a na drugi dzień poznał tajemnicę takiego parkowania, kiedy się okazało, że w nocy ukradziono mu reflektor. Lokalsi znali zagrożenie, więc ustawiali samochody tak, aby nie dało się z nich wymontować nawet kierunkowskazu.

Kupno samochodu w PRL: historia nr 3

Pan L zaczął marzyć o Polskim Fiacie 126p w 1973 r., kiedy w rodzinnym mieście na specjalnym pokazie nie tylko zobaczył go na własne oczy, ale nawet się nim przejechał – jako pasażer. Tak się złożyło, że do własnego fiacika wsiadł… 16 lat później, czyli w 1989 r.

Samochód odebrał kilka lat po założeniu książeczki F. Termin ustalono mu w wyniku losowania. Pod Polmozbytem stawił się już przed szóstą rano – na miejsce dojechał pierwszym międzymiastowym autobusem. Na szczęście obok zamkniętych o tej porze drzwi Polmozbytu nikt jeszcze nie stał, więc po dłuższym oczekiwaniu jako jeden z pierwszych wszedł na salę z "maluchami".

Szału nie było – do wyboru miał jedynie trzy kolory. Zdecydował się na biały. Kiedy uruchomił już swojego Fiata 126p, od razu wiedział, co musi zrobić tuż po opuszczeniu bram Polmozbytu. Wskaźnik paliwa pokazywał, jak to określił pan L, "głęboką rezerwę".

Kupno samochodu w PRL: historia nr 4

Nawet w Peweksie nie było lekko. Kiedy państwo N stawili się tam po odbiór Fiata Uno w kolorze kawy z mlekiem, okazało się, że drzwi samochodu "zdobi" lekkie wgniecenie. Sprzedawca wprawdzie zaproponował rabat, ale był on śmiesznie niski. Ku jego zaskoczeniu, państwo N byli tym zachwyceni. Oczywiście, Fiata Uno też odebrali.

Kupno samochodu w PRL: historia nr 5

Pan T miał farta – i to potrójnego. Termin odbioru Polskiego Fiata 126p wyznaczono mu na sierpień 1982 r., zaledwie 15 miesięcy po założeniu książeczki F. Tymczasem okazało się, że jest jeszcze lepiej – samochód był gotów już w listopadzie 1981 r. Pan T czekał więc śmieszne siedem miesięcy.

Na dodatek okazało się, że trafił mu się świetnie wyposażony "maluch", z regulowaną częstotliwością pracy wycieraczek i uchylanymi bocznymi tylnymi szybami. Poza tym za auto zapłacił 131,6 tys. zł. A w sierpniu 1982 r. – kiedy pierwotnie wyznaczono odbiór – cena Fiata 126p wzrosła. Pan T zaoszczędził więc prawie 34 tys. zł. Tak to w PRL można było kupować.

Materiał powstał dzięki współpracy z partnerem - Narodowym Archiwum Cyfrowym, którego misją jest budowanie nowoczesnego społeczeństwa świadomego swojej przeszłości. NAC gromadzi, przechowuje i udostępnia fotografie, nagrania dźwiękowe oraz filmy. Zdigitalizowane zdjęcia można oglądać na nac.gov.pl.