Jest piękny, słoneczny dzień – właśnie w takie dni kierowcy lubią mocno wciskać gaz. Za ciężarówką jedzie kilka samochodów. Ich kierowcy cierpliwie czekają, aż TIR pokona wzniesienie, aby zabrać się do jego wyprzedzania. Niestety, prowadzący srebrne auto postanawia być szybszy od innych.

Kolumna aut znajduje się w połowie wzniesienia, kiedy srebrny sedan rozpoczyna wyprzedzanie. Widać, że ma bardzo mocny silnik, bo rozpędza się w zawrotnym tempie. Jego kierowca wyprzedza kompletnie „w ciemno”, nie może przecież widzieć, czy zza wzniesienia nie nadjeżdża inne auto.

Kiedy wyprzedza TIR-a, na liczniku jest już grubo ponad 150 km/h. Jakimś cudem z przeciwka nic nie jechało. Udało się! Kierowca z zadowoleniem i uśmiechem stwierdza: „Ja to jednak jestem niezły. Ci leszcze muszą się wlec pod górę, a ja już śmigam dalej!”.

Z pewnością wśród znajomych zdarzyło Ci się spotkać kogoś, kto twierdzi, że bez ryzyka nie ma zabawy, i opowiada takie właśnie historie ze swoich przygód na drogach. Tylko że nawet ten, kto zawsze ma szczęście, albo swoją ryzykowną jazdą zmusza przerażonych innych kierowców do zjechania na pobocze, może w końcu natrafić na sytuację, z której nie będzie już wyjścia.

Foto: Auto Świat
Takie skutki kolizji to jeszcze nic. Gdyby doszło do zderzenia czołowego przy wysokiej prędkości, auto zmieniłoby się w kostkę złomu.

Powyższa historia mogła mieć inny scenariusz. Kiedy kierowca srebrnego auta wyprzedzał, z drugiej strony, w odległości około dwustu metrów, jechał w przeciwnym kierunku inny samochód. Wystarczyło więc, żeby srebrne auto rozpoczęło wyprzedzanie chwilę później…

Wyobraź sobie ten sam słoneczny dzień. Tę samą kolumnę samochodów. To samo srebrne auto z niecierpliwym kierowcą rozpoczyna niebezpieczne i nieprzepisowe wyprzedzanie pod górę. Prędkość tego samochodu rośnie w szalonym tempie. Wyprzedził jedno, drugie, trzecie auto… Kiedy zbliża się do TIR-a, na liczniku jest już 160 km/h. W tym momencie na szczycie wzniesienia pojawia się inny samochód, jadący w przeciwnym kierunku z prędkością około 100 km/h.

Kierowca srebrnego, wyprzedzającego auta z przerażenia zdążył tylko wbić palce w kierownicę i zdjąć nogę z gazu. Ten jadący z przeciwka chciał się ratować ucieczką na pobocze, ale nie zdążył. Huk, dym, dziesiątki odłamków. Oba samochody w ułamku sekundy niemal przestają istnieć.

Srebrne auto przełamuje się na pół. Jego silnik ląduje na polu kilkadziesiąt metrów dalej, razem z pogniecionymi elementami przodu nadwozia. Tylna część trafia w jeden z wyprzedzanych samochodów, który gwałtownie hamuje, jego kierowca traci panowanie nad pojazdem i ląduje w rowie. Kierowca TIR-a odruchowo odbija w prawą, a zaraz potem w lewą stronę.

Naczepa i ciągnik wpadają w poślizg, suną w poprzek jezdni w gryzącym dymie z opon, aż do zatrzymania. W naczepę uderzają jadące w tym samym kierunku pozostałe samochody. Auto, które zderzyło się czołowo ze srebrnym, wyprzedzającym samochodem, zaczyna płonąć.

Foto: Auto Świat
Symulacja zderzenia czołowego samochodów przy niewielkiej prędkości daje do myślenia. A gdyby oba te auta jechały 120 km/h?

Czy zderzenie dwóch pojazdów może wywołać aż tak daleko idące skutki? Jeżeli jest to zderzenie czołowe, to niestety odpowiedź brzmi „tak”. A to dlatego, że energia takiego zderzenia jest gigantyczna. Energia kinetyczna samochodu rośnie z kwadratem jego prędkości. Oznacza to, że jeżeli jedziesz 50 km/h i przyspieszysz do 100 km/h, czyli prędkość wzrośnie dwukrotnie, to energia kinetyczna wzrośnie czterokrotnie.

Jeżeli weźmiesz także pod uwagę, że prędkości jadących z przeciwka aut sumują się w przypadku zderzenia czołowego, to okaże się, że w opisanej wyżej historii suma tych prędkości to… 260 km/h. Żeby lepiej wyobrazić sobie, jak silne jest to uderzenie, pomyśl, co by było, gdyby auto pędzące 260 km/h uderzyło w zaparkowany inny samochód. Zostałaby z nich miazga, a elementy nadwozi i ciężkie podzespoły wylądowałyby daleko od miejsca zdarzenia.

Takie zderzenie ma siłę wybuchu. To miażdżąca siła, z którą systemy bezpieczeństwa w rodzaju poduszek powietrznych nie mają żadnych szans. Dlatego szanse na przeżycie pasażerów podczas czołowego zderzenia pędzących aut są znikome.

Tutaj napiszemy coś, co z pewnością nie wszystkim się spodoba, ale prawa fizyki podpowiadają, że jeżeli duże i ciężkie auto zderzy się czołowo z mniejszym i lżejszym, to pasażerowie luksusowej limuzyny będą mieli większe szanse na przeżycie, niż ich „przeciwnicy” w aucie miejskim.

A to oznacza, że hasło często powtarzane przez tych, którzy uważają, że ograniczenia prędkości są dla frajerów: „Mam duże i drogie auto więc czuję się bezpiecznie” nie jest pozbawione sensu.

Foto: Auto Świat
W wyniku zderzenia przy dużej prędkości często dochodzi do naruszenia integralności karoserii. Pasażerowie mają nikłe sanse przeżycia.

Nie chcemy tutaj w żadnym przypadku namawiać właścicieli dużych samochodów do niebezpiecznie szybkiej jazdy, za to z pewnością chcemy zasugerować im, że to ich wspaniałe, wielkie auto, nie tylko dobrze się prezentuje, ale również może wyrządzić ogromne szkody pasażerom mniejszego samochodu, który zderzy się czołowo z luksusową limuzyną.

Musimy jednak przyznać, że dotykamy tutaj skomplikowanej tematyki zderzeń samochodów i tak naprawdę nie ma stuprocentowo jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: czy lepiej zderzyć się z większym, czy z mniejszym pojazdem.

Jest tak dlatego, że duże auto może mieć też długą i miękką strefę zgniotu, która przy zderzeniu łagodniej wytłumi energię kinetyczną mniejszego auta, jadącego z przeciwka. To jednak dotyczy idealnej sytuacji, kiedy to oba auta jadą dokładnie naprzeciw siebie i dojdzie do centralnego uderzenia, a ich energia kinetyczna jest podobna (czyli ten mniejszy i lżejszy pojazd musiałby poruszać się z większą prędkością).

Kłopot w tym, że przy znacznej różnicy mas samochodów, jadących z podobnie wysoką prędkością, ten lżejszy w przypadku zderzenia czołowego zostaje dosłownie „zmieciony” z jezdni, albo kompletnie zgnieciony, bo struktura nadwozia nie wytrzymuje tak dużych obciążeń.

Chcielibyśmy, aby czytelnik wyniósł z tego artykułu świadomość, że pędzące auto jest niczym półtoratonowy „pocisk” wystrzelony z działa. I fakt, że w dzisiejszych, dobrze wyciszonych i komfortowych samochodach prędkość nie robi większego wrażenia, nie zmieni tego, że pojazd ma ogromną energię kinetyczną.

I dobrze jest przewidywać bieg zdarzeń na drodze tak, żeby w razie potrzeby móc tę energię bezpiecznie wytracić. A zderzenie czołowe to jeden z najbardziej ryzykownych, o ile w ogóle nie najbardziej niebezpieczny z możliwych, sposobów wytracenia tej energii.

Jesteśmy ciekawi Twojej opinii - czy zdajesz sobie sprawę z ryzyka, jakie niesie za sobą manewr wyprzedzania, i starasz się to ryzyko minimalizować nawet wtedy, gdy się spieszysz? Co czujesz, kiedy widzisz innego kierowcę wyprzedzającego nieprzepisowo? Czy zdarza Ci się uciekać na pobocze, żeby uniknąć czołowego zderzenia z niebezpiecznie wyprzedzającym samochodem? Zapraszamy do komentowania!