Jechałem 50-60 km/h – często zeznają sprawcy wypadku. To zrozumiała linia obrony – nawet jeśli prędkość przejazdu była o wiele większa – tyle że w sytuacjach wątpliwych całkowicie nieskuteczna, zwłaszcza gdy w samochodzie odpalił choć jeden airbag lub uruchomił się choćby jeden napinacz pasów bezpieczeństwa. Rzeczywisty przebieg wypadku, a także to, co działo się na kilka sekund przed nim, zapisane są bowiem w sterowniku pojazdu.

Układy zapisujące dane o wypadku (Crash Data) producenci zaczęli stosować mniej więcej w 2004 r., najpierw w pojazdach premium. Stopniowo funkcje zapisu takich danych trafiały do tańszych aut, a gdzieś od 2012 r. stosuje się je niemal powszechnie. Nie są to informacje, które można odczytać czy wymazać w serwisie za pomocą zwykłego komputera diagnostycznego. Służą do tego specjalne urządzenia, które podpina się (tak jak zwykły komputer diagnostyczny) do gniazda OBD, ale dane można też odzyskać w warunkach laboratoryjnych z podzespołów wymontowanych z samochodu.

Wasze pojazdy pamiętają do 5 sekund sprzed kolizji: są to zmiany prędkości w osi wzdłużnej, poprzecznej i pionowej, zmiany prędkości i kąta skrętu kierownicy, głębokość wciśnięcia pedałów hamulca i gazu, kolejność uruchomienia urządzeń pirotechnicznych, wartość przeciążeń itp. Bardziej „wypasione” auta (ale bez przesady – mówimy o zwykłych „beemkach”, nie o Rolls-Royce’ach) wiedzą więcej: w przednich fotelach montowane są wagi, które służą do tego, żeby prędkość napełniania airbagów dopasować do masy ciała pasażera lub kierowcy.

Można zatem określić, czy pojazdem kierowała drobna kobieta, czy jej mąż cięższy o, dajmy na to, 20 kg. Specjaliści bez trudu odczytują dane o zapięciu pasów bezpieczeństwa, a w niektórych autach także o ustawieniu fotela, lusterek, kierownicy itp. Da się też sprawdzić, czy w aucie ktoś podmienił sterownik, a jeśli tak – kiedy miało to miejsce. Oczywiście, ekspertyza nie kosztuje 500 zł, dlatego zamawia się ją w wypadkach wątpliwych albo o wyjątkowo dużej wadze.

Nie ma zatem powodu, żeby wypadek badać przez rok, miesiącami przesłuchiwać świadków czy zlecać opinie biegłych działających na oko, szczególnie jeśli chodzi o ważne wypadki – jak np. lądowanie w rowie prezydenckiej limuzyny na autostradzie (prawie rok temu!). Chyba że świadomie przeciąga się sprawę z nadzieją, że jakoś sama ucichnie, albo się chroni kolegów.

Jakby co, zainteresowanym instytucjom podpowiemy, kto w Polsce świadczy usługi rekonstruowania wypadków na podstawie zapisów czarnych skrzynek (tak się to powinno nazywać, ale producenci aut specjalnie się tym nie chwalą), choć oczywiście informacje o usługach tego rodzaju nie są ściśle tajne – wystarczy zajrzeć do internetu.

Naszym zdaniem

Sprawcom wypadków radzę: jeśli naciągacie rzeczywistość w swoich zeznaniach, róbcie to z umiarem. Wasze auto to potencjalny donosiciel – zezna, jak było naprawdę, niczym na spowiedzi świętej.