Niektórzy go uwielbiali, inni tylko "szpanowali" i polerowali po każdym użyciu. Polska armia w końcu zrezygnowała z jego usług, zresztą po kilku wpadkach z minami-pułapkami. Wszystko wskazuje na to, że i ta ikona motoryzacji, także zejdzie z motoryzacyjnego firmamentu. Ale czy odciśnie trwały ślad w historii motoryzacji?Czy GM uśmierci Hummera?Hummer to bolid przybytku i próżności - tak mawiają niektórzy, ale parkowanie w podziemnym garażu Hiltona czy opery w Genewie nobilituje jego kierowcę. Wykorzystywany głównie jako lekki pojazd transportowy US Army zapisał się złotymi zgłoskami w annałach historii. Niestety, nie polskiej.Dlaczego więc GM planuje zaprzestania produkcji, czynników jest kilka: galopujące ceny ropy naftowej, paliwożerność, duża awaryjność i problematyczna zwrotność w warunkach odbiegających od pola bitwy. Dziś off-roadowe giganty rodem z Japonii oferują znacznie więcej, są przy tym ekonomiczne, ekologiczne i bardzo zwrotne (Mitsubishi Pajero, Toyota Land Cruiser czy Nissan Patrol).Historia w pigułceHUMMER narodził się pod koniec lat siedemdziesiątych, gdy US Army ogłosiła przetarg na dostawę samochodów terenowych. Założenie było proste - HMMWV (High Mobility Multipurpose Wheeled Vehicle), co oznaczało pojazd odporny na ataki nieprzyjaciela, nadający się do transportu lotniczego i mający wszechstronne zastosowanie. Do konkursu stanęły trzy firmy: Chrysler Defence, Teledyne Continental oraz AM General Corporation. Wybór padł na konstrukcję AM General. I tak narodził się HUMMER. Seryjna produkcja rozpoczęła się w 1985r., koncern AMC wyprodukował kilka wersji. Ale jak to zwykle bywa, wojskowe zabawki pożądaja prawdziwi mężczyźni. Dla nich powstały wersje cywilne H1, H2 i ostatnia H3 w 2005 r. (produkowana zresztą w... Kaliningradzie).Ikona motoryzacji dzielnie walczyła podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej, dodała prestiżu i splendoru US Army. Dziś jest wykorzystywana (w najnowszej wersji) w Iraku i Afganistanie przez piechotę i komandosów Stanów Zjednoczonych. W zasadzie bolid jest odpowiednikiem kultowego jeepa - Humvee, który karierę w US Corps rozpoczął jeszcze w 1989 roku (inwazja na Panamę). Kierowcy rzadko spoglądali w tylne lusterko i nie szukali najtańszych stacji paliwDlaczego, bo to typowy "King of Road" i swoimi gabarytami i mocą silnika odbierał śmiałkom ochotę dalszej rywalizacji w każdej sytuacji. W mieście, niestety, jest nieporęczny i bardzo nieekonomiczny. Ale jego właściciele nie zwracają na to uwagi, za to ta piękniejsza część populacji - zupełnie odwrotnie, lgnie jak pszczoły do ula. I to jest magia Hummera. Znamy takich, co w Polsce jadą tym kolosem po beczułkę Heinekena! Magia Hummera pojawia się sama, nic nie trzeba robić, wystarczy go mieć. Podobne "zasady" obowiązywały w świecie biznesu i polityki. Przypomnijmy tylko te spektakularne i zajmujące czołówki największych światowych mediów, jak dwa magiczne słowa - Arystoteles Onassis. Daleko mu było do charyzmy przystojnego Gregory Peck'a, ale miliardy dolarów na koncie miały piorunującą siłę oddziaływania, ba, uwiodły samą Marię Callas i Jacqueline Kennedy. Gubernator Kalifornii już roni łzyTrudno dziś jednoznacznie stwierdzić, jaki wpływ Hummera odciśnie na stylistach za 3-5 lat. Wszystko jednak wskazuje, że tylko "małe" jest piękne. Dziś modny "downsizing" i galopujące ceny paliw zmuszają koncerny do poszukiwania "złotego środka". Hummer, już przestał nim być. Ale, powiedzmy szczerze, przyczyniły się do tego quasi off-roadowe konstrukcje: Porsche (Cayenne 4.5 S turbo ) i Volkswagena (Touareg 5.0 V10TDI).Aczkolwiek są tacy, którzy będą opłakiwać Hummera jak gubernator Kalifornii (czytaj: wielki Arnold Schwarzenegger) czy Mariusz Dominator Pudzianowski. Bossowie polskiej armii na pewno nie uronią łzy i już szukają następców z Rawicza (TUR w tej sytuacji ma duże szanse).