Przeliczając na nasze, litr oleju napędowego w Niemczech, niedaleko od polskiej granicy, oscyluje wokół 10 zł za litr. Benzyna jest tańsza, ale zaledwie o kilkadziesiąt groszy na litrze. Jeszcze drożej jest na stacjach zlokalizowanych przy autostradach. W tej sytuacji nie dziwi gwałtowne zainteresowanie samochodami na prąd, który — oczywiście — też nie jest za darmo.
Nie jest za darmo, ale nagle okazało się, że ładowanie samochodu elektrycznego, nawet na szybkiej ładowarce przy autostradzie, nie musi być droższe od tankowania benzyny czy diesla. Nie bez znaczenia jest i to, że w krajach na zachód od Polski ładowarki są powszechnie dostępne i nie trzeba nawet specjalnie planować trasy.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Tak wojna z Iranem napędza sprzedaż samochodów na prąd
Gdy ceny tradycyjnych paliw przekraczają magiczną barierę 2 euro za litr, kierowcy zaczynają myśleć o alternatywieAlexander Fedosov / Shutterstock
W Niemczech, według mobile.de, liczba zapytań o używane samochody elektryczne spływających do dilerów z miesiąca na miesiąc wzrosła o 66 proc.
Agencja Reutera cytuje przedstawicieli różnych platform sprzedażowych działających w Europie — od krajów skandynawskich, przez Belgię i Holandię aż do Francji: wszyscy zauważają, że nagle wzrosła liczba zapytań albo wręcz transakcji związanych z używanymi samochodami elektrycznymi. Dlaczego używanymi? Bo są dostępne od ręki w przeciwieństwie do nowych samochodów, na które niejednokrotnie trzeba czekać po kilka miesięcy.
Podobny trend miał miejsce w 2022 r. po zwyżce cen paliw spowodowanej napadem Rosji na Ukrainę. Okazuje się, że tym impulsem, który skłania ludzi do przemyślenia swoich wydatków paliwowych, jest przekroczenie magicznej bariery 2 euro za litr.
Tesla Model 3 – zdjęcie ilustracyjneleszczem / Shutterstock
Oczywiście rośnie też sprzedaż nowych elektryków, jeśli są dostępne. W marcu 2026 r. sprzedaż Tesli w Norwegii była wyższa niż w analogicznym okresie 2025 r. o 178 proc.
Sytuację wykorzystują także importerzy samochodów elektrycznych z Chin, np. we Francji trwa kampania marki MG w mediach społecznościowych prowadzona pod hasłem: "być może to czas, by przemyśleć sposób korzystania z samochodu".
Czy zainteresowanie używanymi elektrykami wzrosło?
Już za ok. 60 tys. zł można kupić mało używany, choć niekoniecznie długodystansowy samochód elektrycznyŹródło: Auto Świat
W rozsyłanej kilka dni temu informacji przeznaczonej dla mediów Otomoto mówi o "marcowym przełomie w elektromobilności", o którym ma świadczyć 19-proc. wzrost zapytań o samochody elektryczne w porównaniu z lutym. Natomiast w porównaniu z marcem 2025 r. ten wzrost wynosi już tylko 12 proc. Jednocześnie spadać ma zainteresowanie samochodami wyposażonymi w silniki Diesla.
To wszystko prawda, problem w tym, że porównywanie obecnej sytuacji, zwłaszcza na rynku wtórnym, z sytuacją sprzed paru miesięcy, trochę mija się z celem. Niedawno zakończył się bowiem program wsparcia zakupu, a lepiej powiedzieć: nabycia samochodów elektrycznych, który przez wiele miesięcy praktycznie blokował obrót używanymi samochodami na prąd. Zwłaszcza w przypadku tańszych modeli kupno używanych aut miało znikomy sens w sytuacji, gdy można było kupić, a raczej "nabyć" (to ogromnie ważna różnica, o tym dalej) nowy samochód współfinansowany przez państwo.
W każdym razie nie jest tak, że używane samochody elektryczne są w Polsce rozchwytywane, a ceny nagle gwałtownie wzrosły. Ofert sprzedaży jest coraz więcej, bo rynek się rozwija, ceny pozostają atrakcyjne. Coraz częściej ceny używanych aut na prąd — modeli, które w swoim czasie były wyraźnie droższe od benzynowych odpowiedników — są takie same jak ceny samochodów spalinowych.
Peugeot e-208Maciej Brzeziński / Auto Świat
Czy w Polsce zabraknie używanych samochodów na prąd?
W tym miejscu trzeba zauważyć, że tradycyjnie rozumiana sprzedaż samochodów elektrycznych w Polsce wcale tak bardzo nie wzrosła za sprawą programu "NaszEauto", choć program pozwolił na wyraźny wzrost "rejestracji" samochodów na prąd. Rzecz w tym, że dofinansowany był nie tylko zakup samochodu, lecz także jego wynajem długoterminowy. W tym ostatnim przypadku koszt wynajmu jest z grubsza równy przewidywalnej 2-letniej utracie wartości samochodu, a więc jest on znacznie niższy od wartości całego samochodu.
Państwo, dopłacając 30-40 tys. zł do tej operacji, w niektórych wypadkach pokrywało grubo ponad połowę wartości transakcji. Był to wręcz wymarzony interes dla osób chcących bez większych zobowiązań wypróbować, jak się jeździ samochodem elektrycznym, a potem go po prostu oddać.
Z punktu widzenia dilera taka transakcja jest doraźnie bardzo korzystna, ale w dłuższej perspektywie jest to pakowanie się w kłopoty. Rządowe wsparcie rynku samochodów elektrycznych miało też, i będzie miało wielki wpływ na rynek aut używanych w przyszłości. Najogólniej rzecz ujmując: używanych samochodów elektrycznych nie zabraknie, a nawet wkrótce będzie ich za dużo.
Paliwa drogie, a używane samochody będą tanie jak nigdy wcześniej?
Jaka naprawdę jest sytuacja na rynku używanych samochodów elektrycznych, opowiedział nam — oczywiście anonimowo — przedstawiciel jednego z dużych dilerów, który "upchnął" z pomocą rządowego programu dopłat dużą liczbę elektryków.
Bardzo odważnie skorzystaliśmy z programu "NaszEauto", wypuszczając na rynek ok. 200 samochodów elektrycznych. Problem w tym, że zaledwie kilka z nich zostało rzeczywiście sprzedanych. Prawie wszystkie poszły w wynajem lub leasing i — co za niespodzianka — prawie wszystkie poszły w wynajem 2-letni. Taka konstrukcja oferty była najbardziej opłacalna dla klientów, bo w tym układzie największą część kosztów brało na siebie państwo. Teraz, poniewczasie, trochę przestraszyliśmy się własnej odwagi, bo te wszystkie samochody wrócą do nas prawie w jednym momencie. I trudno będzie je sprzedać.
Ten sam handlowiec tłumaczy, że nieustającym problemem samochodów elektrycznych, zresztą problemem wywołanym przez wszystkie programy wsparcia dla nabywców aut elektrycznych, jest wysoka utrata wartości. Choćby nawet jazda takim samochodem była darmowa, koszt pozostaje wysoki, choć — faktycznie — niższy, gdy ktoś kupuje "używkę". Największym kosztem jest utrata wartości nowego samochodu. Lekkie odbicie rynku spowodowane drożejącymi paliwami rzeczywiście widać na horyzoncie, ale to nie jest rewolucja.
Problem w tym — mówi R. — że sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie, a ludzie nie myślą długoterminowo, tylko tu i teraz. Gdy benzyna podskoczyła do 8 zł za litr, nagle wielu właścicieli benzyniaków zaczęło interesować się prądem. Teraz mamy zniżkę na pylonach i wracają wątpliwości na zasadzie: "To ja się jeszcze zastanowię". Tymczasem na wysokich cenach paliw najbardziej "korzystają" samochody hybrydowe, które po prostu mało palą.
Z popytem na auta elektryczne jak z instalacjami LPG?
Ceny paliw we wtorek 31 marcaŹródło: Auto Świat / Krzysztof Słomski
To może nie jest idealne porównanie, bo samochody elektryczne to w coraz większym stopniu nasza przyszłość, a LPG w motoryzacji to "pieśń przeszłości", ale dobrze oddaje naszą zmienną rzeczywistość i zachowania niektórych kierowców. Gdy niemal z dnia na dzień ceny paliw — głównie benzyny i diesla — wzrosły o 1,5 zł na litrze i więcej, a ceny LPG miały w tym czasie "dłuższe zawahanie", niemal z dnia na dzień w mediach społecznościowych, na różnych grupach motoryzacyjnych, pojawiły się pytania i dyskusje związane z montażem instalacji LPG.
Gdy litr benzyny kosztuje 7,80 zł, a litr autogazu 3,30 zł, posiadanie auta na gaz wydaje się sposobem na "oszukanie systemu". Na szczęście dla większości zainteresowanych inwestycją w instalację LPG sytuacja "na pylonach" zmieniła się szybciej, niż trwa umówienie wizyty w warsztacie: dziś średnia cena litra autogazu to ok. 3,70 zł, za to benzyna kosztuje nie więcej niż 6,21 zł za litr. Nagle, z dnia na dzień, jazda na LPG przestała się aż tak bardzo opłacać.
Nieprzewidywalna zmienność sytuacji na rynku paliwowym to podpowiedź, aby do wszelkich radykalnych zmian w swoim garażu podchodzić z chłodną głową. Jeśli komuś pasuje auto na prąd, jeśli ktoś ma własny garaż i tanią energię elektryczną, prawdopodobnie "wejście w elektryka" wyjdzie mu na dobre. Ale kupno samochodu na zasadzie "jakoś to będzie" to chyba nie jest dobry pomysł.
Większość ludzi zdaje sobie z tego sprawę i w polskich warunkach skok cen paliw raczej nie przełoży się na gwałtowne przejście Polaków na elektromobilność. To jednak nie jest takie proste.