Zostawiasz auto, a po godzinie odbierasz pięknie wyczyszczone, jakby nigdy nie opuściło salonu sprzedaży, ba — jakby nikt nigdy do niego nie wsiadł. Wydawałoby się, że nie ma prostszej usługi niż umycie samochodu. Pan Jacek (imię zmienione) ma inne zdanie. Prowadzi myjnię w mieście średniej wielkości i wie, że w tym fachu mało co jest proste.
Podniesiesz cenę o 40 zł, nazwą cię "zdziercą i złodziejem". Czyszczenie wnętrza może się skończyć testem na HIV. No i są zlecenia, których pan Jacek nigdy by się nie podjął.
A im dłużej opowiadał mi o kulisach tego biznesu, tym bardziej bledło moje przekonanie, że na tym świecie już nic mnie nie zdziwi.
Najpierw jednak musisz mieć pieniądze na start. Dużo pieniędzy.
Ile trzeba mieć, żeby otworzyć myjnię?
Najpierw musisz znaleźć odpowiedni lokal. Czynsz plus opłaty to ok. 10 tys. zł miesięcznie. Nie licząc separatora ścieków.
To obowiązkowe wyposażenie każdej myjni. Separator kosztuje ok. 60 tys. zł, ale to nie wszystko. Dwa razy w roku trzeba go poddać serwisowaniu. Cena usługi: ok. 6 tys. zł
Do tego dochodzi wyposażenie myjni, na czele z chemią, myjkami i wszystkimi "ściereczkaliami". Na dwa stanowiska trzeba przeznaczyć ok. 30 tys. zł. Miesięcznie.
Dlaczego na dwa? Bo myjnia z jednym stanowiskiem rzadko się opłaca.
I już się robi przeszło 100 tys. zł, a nie było jeszcze mowy o uiszczeniu podatków (w tym VAT-u), kupnie kasy fiskalnej (ok. 1500-3000 zł) i wydatkach na promocję.
Gorodenkoff / Shutterstock
Myjnia samochodowa (zdjęcie ilustracyjne)
— Najwięcej klientów mam dzięki tzw. poczcie pantoflowej — uważa pan Jacek. Tyle że najpierw musisz przekonać do siebie odpowiednio dużo osób, które będą cię polecać innym. A one muszą wiedzieć, że w ogóle istniejesz. Dlatego na starcie trzeba inwestować w banery, ulotki oraz reklamy na social mediach. I dawać zniżki. — Czyli przygotować się na to, że na początku myjesz po kosztach lub za półdarmo — doprecyzowuje pan Jacek.
Do tego wszystkiego trzeba doliczyć pensje dla pracowników. A te potrafią być zaskakująco wysokie. I to nie tylko w Warszawie.
Ile można zarobić w myjni?
Najczęściej 5-6 tys. brutto miesięcznie, choć pan Jacek dobremu pracownikowi płaci aż 6,5 tys. zł na rękę. Trzeba jednak pamiętać, że najczęstszą formą zatrudnienia w myjni nie jest umowa o pracę, ale umowa zlecenie.
Paradoksalnie, kiedy pytam pana Jacka o największe wyzwanie w prowadzeniu myjni, bez wahania odpowiada: znalezienie pracownika.
Owszem, zgłasza się sporo młodych ludzi, ale zapał prędko im przechodzi i szybko rezygnują. — Bo to bardzo duży wysiłek i ciężka praca na akord — tłumaczy pan Jacek. — Mycie nadwozia zajmuje z reguły 30-40 minut, wnętrza ok. godzinę, a dziennie myjesz nawet 10 aut.
— Czyli kondycja musi być? — pytam. — Zdecydowanie — odpowiada pan Jacek.
I jeszcze jedno. Zdziwisz się, ale trudno znaleźć pracownika bez nałogów. Takie skłonności szybko wychodzą na jaw — pan Jacek zatrudniał już delikwentów, którzy na jeden dzień znikali bez śladu. Bywało też, że wszelki kontakt z nimi urywał się na cały tydzień.
Z klientami też nie zawsze jest różowo.
Czemu myjnie podnoszą ceny?
— Zdzierca i złodziej — usłyszał pan Jacek od klienta, który się dowiedział, że mycie podrożało o... 40 zł. A drożeć, niestety, musi.
Drożeją bowiem prąd, woda i gaz. Rosną płace. Rosną ceny chemii. Te ostatnie przez wymogi unijne, nakazujące, aby środki czystości były coraz bardziej ekologiczne. — Sam płyn do usuwania żywicy z nadwozia w ciągu kilku lat podrożał z 30 do 100 zł za litr — podaje pan Jacek.
Jak w większości miejsc, także i w myjni jakość kosztuje. Lepiej umyte auto wymaga droższej chemii, a tę niemal w całości sprowadza się z zagranicy. Na szczęście te okoliczności rozumie coraz więcej klientów.
Są jednak i tacy, którzy chcą zniżki — albo wręcz darmowego mycia — sięgając po podstęp, kłamstwo i ordynarne cwaniactwo. Dlatego mycia samochodu pan Jacek wcale nie zaczyna od sięgnięcia po myjkę.
Jak klienci chcą wyłudzić darmowe mycie?
Dusan Petkovic / Shutterstock
Myjnia samochodowa (zdjęcie ilustracyjne)
— Pierwsze, co sprawdzam, to czy pod dywanikiem nie ma 100 zł — pan Jacek zaskakuje mnie kolejny raz podczas rozmowy.
Nadal się zdarza, że klient specjalnie zostawia banknot w tym miejscu — i to zazwyczaj bardzo starannie złożony — licząc, że pracownik myjni się na niego połasi. A podczas odbioru samochodu klient z nieskrywaną satysfakcją stwierdzi, że była stówa, a teraz nie ma. I "albo wzywam policję, albo nie płacę za mycie i odjeżdżam".
Wyjściem z sytuacji jest regulamin myjni, w którym zaznacza się, że "za rzeczy pozostawione w aucie myjnia nie ponosi odpowiedzialności". Monitoring też się przydaje. Najlepszym sposobem jest jednak właśnie sprawdzenie dywanika (albo innych newralgicznych punktów) i natychmiastowe zgłoszenie znaleziska klientowi — który, zaskoczony i zawiedziony, robi dobrą minę do złej gry, mamrocząc "o, to nie wiedziałem".
— Inna sprawa, że podczas czyszczenia taką stówę możesz po prostu wciągnąć odkurzaczem i nawet się nie zorientować — zaznacza pan Jacek.
Pewnego razu mojemu rozmówcy klient zarzucił, że po wyczyszczeniu wnętrza przestał działać ekranik w pokrętle klimatyzacji. — Jak mocno pan musiał w to nap...ać — nieelegancko pienił się właściciel sportowego samochodu. Kiedy pan Jacek odparł, że to niemożliwe, bo czyścił go wyjątkowo delikatnie, klient wyciągnął smartfona i pokazał mu filmik, na którym ekran działa. Przy czym ów filmik nakręcił... kilkanaście godzin wcześniej.
— Zapaliła mi się czerwona lampka, bo kto kręci filmiki wyświetlaczom. I to jeszcze tuż przed wizytą na myjni — opowiada pan Jacek. — Pomyślałem, że ekran popsuł się już wcześniej, a klient nakręcił filmik, kiedy akurat raz na kilkanaście prób wyświetlacz zadziałał. Potem przyjechał do mnie z niedziałającym ekranem, żeby wyłudzić pieniądze za rzekome uszkodzenie. Na dodatek dokładnie wiedział, ile kosztuje taka część i jej wymiana.
Kiedy pan Jacek zaproponował wynajęcie rzeczoznawcy na koszt klienta, temat w magiczny sposób zniknął, a pretensje się skończyły.
Pan Jacek zajmuje się również detailingiem. Zdarzało się, że podczas odbioru auta klient pokazywał starą rysę lub przetarcie — które sam zrobił na długo przed wizytą u mojego rozmówcy — po czym uparcie twierdził, że to sprawka detailera. — Mina im rzednie, kiedy proponuję, że możemy to sprawdzić na moim monitoringu albo pokazuję zdjęcia karoserii, które zrobiłem podczas przyjmowania samochodu — mówi pan Jacek.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo
Wspomina też historię, kiedy miał przygotować auto do sprzedaży, myjąc nadwozie i wnętrze oraz usuwając rysy. Zleceniodawca odbierał samochód ze znajomym, który bez większych wstępów huknął: "co to, k....a, jest?!"
I zaczął się awanturować. Że nie jest wypolerowane pod klamkami. Że nie uzupełniono ubytku lakieru na bocznych listwach — choć zgodnie z umową usługa w ogóle nie obejmowała tych czynności. "Nawet tego wam się nie chciało zrobić" gardłował, pokazując cztery mikroskopijne kropki na podsufitce. Był głuchy na argument pana Jacka, że nie dało się ich usunąć.
Na koniec zażądał zniżki. Panu Jackowi nie chciało się dłużej ciągnąć tej wymiany zdań, przystał więc na "łaskawą" propozycję rabatu.
A jakiś czas potem pojechał ze znajomym odebrać drogiego SUV-a, w którym zlecono zabezpieczenie podwozia. Pan Jacek spojrzał na nie i zdumiał się na widok aż tak ewidentnej fuszerki. Poradził znajomemu, żeby nie przyjmował samochodu i nakazał poprawki.
Obok drogiego SUV-a stał fachowiec, który tak nieumiejętnie zabezpieczył podwozie. Był nim ten sam mężczyzna, który wcześniej wymusił rabat u pana Jacka, zaczynając "negocjacje" od "co to, k...a, jest?!".
Pan Jacek ma przy tym zestaw zleceń, których nigdy się nie podejmie — choć wiele razy go o to usilnie proszono.
Najgorsze przypadki właściciela myjni
— Co najmniej raz w miesiącu zdarza się taksówkarz, który prosi, żeby usunąć z wnętrza pozostałości po pasażerach — pan Jacek krzywi się na samo wspomnienie. Jakie pozostałości? — Wymiociny lub mocz. Nigdy tego nie zrobię, a jestem w stanie dużo wytrzymać — zaznacza pan Jacek i sypie przykładami.
Pewnego razu podczas czyszczenia wnętrza coś go ukłuło w palec. To była igła. Pan Jacek musiał zrobić test na HIV. W autach sprowadzanych z USA dość często zdarzają się resztki liści marihuany i niedopałki jointów.
— Kiedyś trafił do nas samochód ze Stanów. Smród w środku był nie do opisania. Okazało się, że to od zaschniętej krwi, która pokrywała praktycznie każdy element wnętrza. Wietrzyliśmy pojazd dwa dni i dalej cuchnęło — wspomina pan Jacek. — Kiedy z zachowaniem wszelkich środków ostrożności zaczęliśmy myć auto, okazało się, że w bagażniku znajdowało się coś, czego nigdy nie widziałem i mam nadzieję już nigdy nie zobaczyć — mój rozmówca na chwilę milknie.
— Co to było? — pytam zaskoczony.
— Jakiś wielki kokon. Jak z horrorów. Od razu go spaliliśmy.