• Straże gminne utraciły prawo do korzystania z fotoradarów w styczniu 2016 roku
  • W samej Warszawie zlikwidowano 27 fotoradarów
  • Pierwszeństwo pieszych i samochodów na przejściu reguluje zasada: „kto pierwszy, ten lepszy”

Jak to się stało, że straże gminne, którym ustawa o strażach gminnych z 1997 roku dała uprawnienia m.in. do kontrolowania ruchu drogowego w zakresie przekraczania przez kierowców dozwolonej prędkości, ostatecznie utraciły to prawo wraz z początkiem 2016 roku? Przypomnijmy.

Mandatowy budżet gminy

Pierwotną przyczyną kompromitacji strażnika gminnego (miejskiego) jako stróża porządku na drogach był fakt, iż wpływy z mandatów nakładanych przez strażników miejskich stanowiły dochód gminy. Innymi słowy: im więcej mandatów, tym bogatsza gmina. Oczywiście, nie każda gmina mogła skorzystać – podstawą powodzenia w interesie była droga tranzytowa prowadząca przez jej teren. Im więcej „obcych” samochodów przejeżdżało drogą prowadzącą przez wieś lub miasto, tym bardziej opłacało się utworzyć jednostkę straży. I powstawały straże gminne jak grzyby po deszczu, i choć ustawa o strażach gminnych przewidywała dla tych jednostek setki różnych zadań, w wielu jednostkach straży zajmowano się jednym: obsługą fotoradarów, wysyłaniem wezwań i wypisywaniem mandatów. Doszło do tego, że w wielu niedużych gminach dochody z fotoradarów liczone były i planowane w milionach zł i stanowiły zasadniczą część dochodów – np. w Kobylnicy w 2010 roku zebrano w ten sposób prawie 8,5 mln zł, a rok wcześniej niewiele mniej! A ponieważ w miarę jedzenia rośnie apetyt, niejednokrotnie w egzekwowaniu pieniędzy od kierowców posuwano się do naruszania prawa albo przynajmniej do działań nieetycznych i – z punktu widzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego – nieracjonalnych.

Pułapki na kierowców

Wyobraźcie sobie, że wjeżdżając do miejscowości, widzicie zieloną tablicę z jej nazwą i – umieszczony na tym samym słupie – znak ograniczający prędkość do, dajmy na to, 50 km/h. Jedziesz drogą gminną jak nakazuje rozsądek i prawo 50 km/h, mijając nieliczna zabudowania, po drodze widzisz różne znaki, dawno zapominasz o znaku na wjeździe umieszczonym pod zieloną tablicą. Wreszcie mijasz znak „koniec obszaru zabudowanego”, droga od dawna prowadzi przez pola, wciskasz gaz i rozpędzasz się do 90 km/h. Tymczasem na poboczu za drzewem, w praktyce w miejscu, gdzie ograniczenie prędkości jest bezzasadne, czają się strażnicy miejscy z fotoradarem na trójnogu – pstryk – i już wędruje do ciebie zaproszenie do przyjęcia mandatu na kwotę 300 zł lub więcej. Jak to? Ano tak: ograniczenie prędkości umieszczone pod znakiem z nazwą miejscowości obowiązuje na całym jej terenie, a nie tyko do końca terenu zabudowanego. To, że kontrola prędkości wykonywana przez strażników miejskich powinna ograniczać się do terenu zabudowanego, to... im nie przeszkadza.

Systemowe łamanie prawa

Przez lata korzystania z fotoradarów straże „fotoradarowe” wypracowały szereg metod na wyłudzanie od kierowców pieniędzy i oszukiwanie Skarbu Państwa: nakładano mandaty po terminie, gdy sprawy powinny trafiać do sądów; oferowano nakładanie mandatów bez punktów karych – za niewskazanie kierującego, odpuszczając jednocześnie kwestie przekraczania prędkości. Bez konsultacji z właściwymi organami przenoszono fotoradary w miejsca, gdzie można było uzyskać lepszy „utarg”. Gdy kierowcy odmawiali przyjęcia mandatu, rezygnowano z kierowania spraw do sądu – grzywny sądowe stanowią dochód Skarbu Państwa, a robota papierkowa jest kosztem w tym przypadku gminy. Gdy kierowcy ukarani mandatem zaocznym wpłacali pieniądze po terminie (mandat w takiej sytuacji wygasa), gminy i tak zachowywały te pieniądze jako swój dochód – oczywiście nielegalnie. Niejednokrotnie – o czym mówi wprost raport NIK-u z października 2011 roku – nakładano na kierowców mandaty za czyny niebędące wykroczeniami.

Foto: Piotr Czypionka / Auto Świat
Koniec 2015 roku – ostatnie wezwania i mandaty od straży miejskich

Zakres zainteresowań wielu straży gminnych – teoretycznie duży – w praktyce ograniczał się do kontroli prędkości. Wartość mandatów nakładanych na kierowców osiągała nawet 99,9 proc. (Kobylnica) czy 98,7 (Pelpin) wszystkich mandatów nakładanych przez strażników. W ocenie Najwyższej Izby Kontroli działania funkcjonariuszy straży spowodowały utratę zaufania obywateli do administracji publicznej.

Koniec świata straży gminnych

Foto: Auto Świat
Warszawski strażnik miejski przy pracy

W połowie 2015 roku rząd Ewy Kopacz postanowił o odebraniu strażom gminnym prawa do kontroli prędkości. Niemal natychmiast oprowadziło to do... likwidacji albo radykalnego odchudzenia wielu jednostek straży gminnych, które z dnia na dzień stały się niepotrzebne.

Odtąd kontrolą prędkości przy użyciu fotoradarów miał zajmować się Główny Inspektorat Transportu Drogowego. Ja to wyszło?

Krokodyle nie dają rady

Okazuje się (informuje o tym nowy raport NIK-u), że inspekcja Transportu Drogowego nie jest w stanie obsłużyć „urobku” i tak skromnej sieci „państwowych” fotoradarów i odcinkowych pomiarów prędkości. Z raportu NIK:

Fotoradary z powrotem do straży gminnych?

Prezydent Warszawy apeluje o „przywrócenie instalacji fotoradarów tylko po to, żeby stworzyć specjalny fundusz, który będzie służył poprawie bezpieczeństwa na drogach”. Ma być zupełnie inaczej niż kiedyś – bez naciągania prawa, fotoradary mają stawać tylko w miejscach, na które zgodzi się ITD. Proszę państwa – to już było! A ile już powstało funduszów służących ekologii czy bezpieczeństwu, na które w różny sposób składają się kierowcy!

Zresztą rozproszenie systemu fotoradarowego nie ma sensu nie tylko z powodu kompromitacji straży na polu dania o bezpieczeństwo ruchu drogowego. Po pierwsze, większość gmin zapłaci za fotoradar tylko wtedy, gdy można będzie na tym zarobić. Po drugie, po co komplikować system? Po to państwo tworzy automatyczny system nadzoru nad ruchem drogowym, by go rozwijać i doskonalić. Nie daje rady? To jak poradzi sobie z nadzorem nad strażami gminnymi kontrolującymi prędkość? I jeszcze pytanie retoryczne: czy warszawska straż miejska w czasach, gdy korzystała z fotoradarów, nie proponowała właścicielom aut mandatów za niewskazanie kierującego, odpuszczając – w razie jego uiszczenia – kwestię przekraczania prędkości?

Bezwzględne pierwszeństwo pieszego na przejściu?

Polskie przepisy w kwestii pierwszeństwa pieszego na przejściu dla pieszych są niejednoznaczne – tu prezydent Warszawy ma rację – być może warto je zmienić.

Zgodnie z Prawem o ruchu drogowym jest tak

Oznacza to w praktyce: kto pierwszy jest na przejściu dla pieszych – kierujący autem albo pieszy – ten ma pierwszeństwo! Z drugiej strony przekroczenie prędkości choćby o kilka km/h bezpośrednio przed przejściem dla pieszych – jeśli da się je udowodnić – traktowane jest przez sądy jako okoliczność silnie obciążająca kierowców. dzieje się tak na podstawie przepisu „Kierujący pojazdem, zbliżając się do przejścia dla pieszych, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność”.

Podobna sytuacja prawna dotyczy rowerzystów, którzy mają pierwszeństwo „znajdując się na przejeździe”. Z drugiej strony:

To jest przykład pierwszeństwa bezwzględnego – bez względu na to, kto pierwszy znajdzie się na przejeździe, to rowerzysta ma pierwszeństwo. To sytuacja dużo trudniejsza dla kierowcy niż wtedy, gdy chodzi o przepuszczenie pieszego – rowerzysta porusza się szybciej. Kierowcy nauczyli się, że – skręcając w prawo – muszą szczególnie uważać. Dało się? Dało! Oczywiście, pojawia się ryzyko, że w pierwszych miesiącach obowiązywania bezwzględnego pierwszeństwa pieszych na przejściu ofiar może być więcej.

Co mogą włodarze miast?

Samorząd może wprowadzać w miastach „strefy 30”, budować ronda w mieście i tak sterować ruchem, by było bezpiecznie i wydajnie – jego prawo, a nawet obowiązek. Ale fotoradary... zostawcie tam, gdzie są – w rękach GITD. Ten sprzęt nigdy nie miał w Polsce dobrej prasy i nigdy – a przede wszystkim za czasów „straży fotoradarowych” – nie służył poprawie bezpieczeństwa na drogach.