Citroën C8 – van 7-osobowy, przestronny, nieźle wyposażony i niedrogi. Egzemplarz z 2007 roku wyposażony w 2-litrowy silnik benzynowy i automatyczną skrzynię biegów wyceniono na 19,8 tys. zł. Dodatkowy atut to niski przebieg, zaledwie 99 tys. km.

Mało tego: sprzedawca w komisie w Lesznowoli ma na to papiery! Kupujesz zatem auto może nie nazbyt oszczędne w kwestii zużycia paliwa, ale za to stosunkowo bezpieczne technicznie, czyli coś za coś. Okazja?

Sprzedawca – zdawało się – nie chciał mieć przed nami tajemnic. Proszę pana: auto było uderzone tyłem, delikatnie. Takim je kupiliśmy, potem naprawiliśmy. Przyślę panu zdjęcia, niech pan zostawi adres. A, zaraz, może są na komputerze kolegi – o, proszę bardzo, oto one.

Na zdjęciach widać auto „trafione” centralnie w tylny zderzak, faktycznie niezbyt mocno. Uszkodzony zderzak, klapa, być może także tylne wzmocnienie. Proszę pana – tłumaczył handlarz – nie ma co się zastanawiać, czy to robione w ASO czy poza ASO. W takim serwisie autoryzowanym biorą np. za nowe części, dopisują do rachunku, a klepią i łatają stare; potem ja te nowe kupuję na Allegro, czasem to w stodole lepiej robią niż w ASO.

– A ten samochód był naprawiony w stodole czy w ASO? – dopytujemy, ale z grzeczności na odpowiedź nie czekamy. Pytanie nie wzięło się znikąd: samochód straszy tylnymi oponami w dziwnym rozmiarze, gumy wytarte do łysiny tak bardzo, że od razu szuka się śladu „strzału” w tylną oś auta. Niezależnie od tego, w co ten samochód oberwał, nie malował go raczej zawodowy lakiernik, a jeśli tak, to robił to na „odwal się”. Nawet bez użycia miernika widać ślady srebrnej farby na czarnej listwie tylnego lewego błotnika, zacieki na klapie, pasie tylnym. W bagażniku bałagan i trzeci, poniszczony rząd foteli z innego kompletu.

Niestety, auto ma za sobą więcej „dzwonów”. Gołym okiem widać fatalną jakość malunku na całym prawym boku pojazdu – niedotartą szpachlę pod lakierem, zacieki na krawędziach elementów, odstające listwy. Malowano także przedni zderzak (też z zaciekami) i ktoś wyrwał klapkę osłaniającą gniazdo ucha holowniczego.

W tej kwestii handlarz sprzedał nam standardową opowieść: My malowaliśmy tył auta, co do reszty, to ja nie wiem. Może coś tam było podmalowywane, przez tyle lat to wiadomo, że coś tam mogło być, ale na pewno nic wielkiego nie było. Niestety, choć auto nie jest zajeżdżone, z zewnątrz prezentuje się słabo: trudno nie zauważyć, że ma za sobą co najmniej dwa „dzwony” lub choćby dwie kolizje i dwie paskudnej jakości naprawy blacharsko-lakiernicze.

I nie mówimy o „podmalowaniu” klamek, z których standardowo schodzi farbka – mówimy o niedotartej szpachli na drzwiach i błotnikach. W środku (to już chyba kwestia jakości modelu) znajdujemy wysiedziany fotel kierowcy, wylany wyświetlacz, miejscami startą farbkę z przycisków, ogólnie jednak – jak na ten model – jest nieźle – nic nie jest wyrwane czy wskazujące na wysoki przebieg.

Ślady wandalizmu widać tylko w bagażniku, w którym fotele trzeciego rzędu są porysowane, a nawet poryte; dodatkowo nie pasują kolorystycznie do reszty auta – najprawdopodobniej pochodzą z innego kompletu. Samochód nie jest w superstanie, jak twierdzi handlarz, zdecydowanie wymaga też inwestycji (choćby nowe opony).

Warto dopłacić kilka tys. zł do egzemplarza bezwypadkowego i w naprawdę dobrym stanie, jednak trzeba przyznać, że większość C-ósemek stojących w komisach to auta jeszcze gorsze – niskie notowania modelu nie biorą się znikąd. Ale z drugiej strony, krótkowidz zacieków nie zauważy.