Szkoda całkowita to wyliczenie ubezpieczyciela, z którego wynika, że naprawa samochodu jest nieopłacalna. Stwierdzenie szkody całkowitej nie oznacza jednak tego, że auto nie nadaje się do naprawy ani nawet, że jest poważnie uszkodzone. Teoretycznie w przeciętnym kilkuletnim samochodzie wystarczy uszkodzić dwie drogie felgi, zderzak i parę listewek, a także zakwalifikować do wymiany lampy, błotniki i trochę detali, by koszt naprawy przy użyciu oryginalnych części wyniósł np. 27 tys. zł.

Jeśli według katalogu cały samochód wart jest mniej niż koszt jego naprawy (a można go dość dowolnie kształtować, szczególnie w teorii), ubezpieczyciel stwierdza, że naprawa jest nieopłacalna. Wówczas określa, ile wart jest samochód przed naprawą (np. 25 tys. zł) i wypłaca poszkodowanemu różnicę pomiędzy wartością auta sprzed szkody i  „wraku”. Jeśli w wirtualnej aukcji ktoś zaoferuje za uszkodzone auto np. 20 tys. zł, poszkodowany otrzymuje na rękę 5 tysięcy. Dla firmy ubezpieczeniowej to czysta oszczędność, szczególnie jeśli w praktyce naprawa auta w przyzwoitym warsztacie wyniosłaby np. 15 tys. zł.

Teoretycznie po sprzedaży uszkodzonego auta poszkodowany powinien mieć pieniądze na taki sam samochód! Tyle że wartość katalogowa, szczególnie starych samochodów, jest zwykle o wiele niższa od ich ceny rynkowej. Ponadto co innego samochód zadbany, doinwestowany i przygotowany do codziennej bezproblemowej jazdy, a co innego samochód oczekujący na klienta w komisie. Pogodzenie się ze szkodą całkowitą może się nie opłacać!

Warto wiedzieć, że wyliczenie kosztów naprawy przez rzeczoznawcę ubezpieczyciela i stwierdzenie przez niego szkody całkowitej to nic innego jak tylko wstępny kosztorys naprawy i propozycja wypłaty odszkodowania w wysokości, która odpowiada ubezpieczycielowi. Kosztorys nie przesądza, ile wydamy na naprawę: po pierwsze, mogą pojawić się niespodziewane wydatki, uszkodzenia, których rzeczoznawca nie zauważył; może być też przeciwnie – uda nam się kupić części o wiele taniej, niż to wynika z kosztorysu, znajdziemy też warsztat o niższych oczekiwaniach finansowych.

Co robić? Po pierwsze, poinformować ubezpieczyciela, że się nie zgadzamy z wyliczeniami rzeczoznawcy. Możemy kwestionować: podaną wartość samochodu sprzed szkody – często jest zaniżona; ceny części – że da się kupić je taniej lub też że nie wszystko, co wziął pod uwagę rzeczoznawca, jest potrzebne; koszt robocizny – że jest to najwyższa wartość występująca w danym regionie i znamy warsztat, który naprawi samochód za cenę nieprzekraczającą wartości samochodu sprzed szkody. W tym przypadku w praktyce należy przedstawić kosztorys warsztatu, z którego wynika, iż naprawa kosztuje mniej, niż wykazał rzeczoznawca.

Należy się liczyć z wymijającą odpowiedzią ubezpieczyciela, który obieca, że zapłaci, gdy zobaczy fakturę na naprawę auta i potwierdzenie zaliczenia obowiązkowego przeglądu na stacji kontroli pojazdów. Mamy dwie możliwości: pierwsza to wziąć bezsporną część odszkodowania, naprawić auto, dokładając z własnej kieszeni, a następnie przedstawić ubezpieczycielowi fakturę za naprawę, pamiętając, by opiewała na kwotę choć o 100 zł niższą od wartości samochodu sprzed szkody. W takiej sytuacji ubezpieczyciele zwykle płacą bez zwłoki.

Drugie wyjście to wziąć bezsporną część odszkodowania, a ponadto złożyć pozew do sądu o zapłatę i poczekać z naprawą – można to zrobić w dowolnym momencie. Jeśli racja jest po naszej stronie i mamy na to dowody (kosztorys z warsztatu, wycena rzeczoznawcy), mamy szansę odzyskać brakującą kwotę wraz z odsetkami.

Co robić z zaniżoną wyceną naprawy?

Jeśli szkody całkowitej nie da się w żaden sposób wyliczyć, ubezpieczycielom zdarza się zaproponować naprawę auta przy użyciu najtańszych części, jakie występują w katalogach. Również stawki za roboczogodzinę pracy mechanika i blacharza bywają 3-krotnie niższe niż w kosztorysach, z których wynika szkoda całkowita. Tanie części, jeśli są w ogóle dostępne, mają często fatalną jakość niezależnie od tego, co deklarują ich producenci. Szczególnie marne są zamienniki elementów nadwozia: błotniki, wzmo-cnienia i zderzaki. Nierzadko części wyszczególnione w kosztorysach są w praktyce niedostępne, a właściciel auta jest zmuszony dopłacić do czegoś lepszego, szukać elementów używanych lub oszczędzać, wybierając tańszy warsztat.

Warto wiedzieć, że kosztorys ubezpieczyciela, nawet jeśli idzie za nim natychmiast wykonany przelew, nie zamyka sprawy, jeśli się na to nie godzimy. To – podobnie jak w przypadku szkody całkowitej – tylko wstępny kosztorys i propozycja ugody. Możemy się zgodzić bądź nie.

Co robić? Należy poinformować ubezpieczyciela o swoich oczekiwaniach. Kwestionować można ceny i dostępność, ewentualnie prawidłowość doboru części w kosztorysie, niezgodność klasy proponowanych części z tymi, które zostały uszkodzone (uwaga: nie dotyczy to niektórych, tanich polis autocasco), zaniżone ceny robocizny. Należy przedstawić kosztorys z warsztatu (w przypadku szkody likwidowanej z OC może być to nawet warsztat autoryzowany) opiewający na kwotę wystarczającą na porządną naprawę samochodu. W większości przypadków ubezpieczyciel nie zgodzi się na nasze żądanie, ale poinformuje nas, że zapłaci, gdy zobaczy rachunki. Mamy dwa wyjścia: dołożyć do naprawy z własnej kieszeni (po przedstawieniu rachunków za naprawę i zaliczeniu przeglądu przez samochód nie będzie z tym problemu) lub złożyć pozew w sądzie. Ta druga opcja jest o tyle korzystna, że mamy ogromną szansę na otrzymanie żądanej kwoty wraz z odsetkami za zwłokę – zwykle ubezpieczyciele przegrywają takie sprawy. Potem możemy decydować: naprawimy samochód bądź nie, mamy też prawo naprawić go prowizorycznie za znacznie mniejszą kwotę od otrzymanej, a pozostałe pieniądze przeznaczyć na coś innego.

Dobra wiadomość jest taka, że na rynku przybywa warsztatów, które biorą na siebie wyprocesowanie od ubezpieczyciela kwoty, jakiej zabrakło do pokrycia rachunku za naprawę – wygrywają większość takich sporów.