• Z nieoficjalnych przecieków wynika, że przynajmniej część producentów nie promuje wcale sprzedaży aut elektrycznych przez swoich dilerów
  • Sprzedawcy często odradzają klientom auta elektryczne – mają ku temu powody!
  • „Elektryki” w ofercie są producentom potrzebne, bo bez nich musieliby płacić wysokie kary za zbyt wysoką „emisję flotową”
  • Na serwisowaniu samochodów elektrycznych warsztaty zarabiają mniej niż na obsłudze aut z silnikami spalinowymi
  • Więcej takich tekstów znajdziesz na stronie głównej Onet.pl

Wystarczy przejrzeć zajrzeć na zawartość portali zajmujących się motoryzacją, albo przejrzeć kilka czasopism o samochodach – auta na prąd to ostatni krzyk motoryzacyjnej mody. O elektromobilności chętnie opowiadają politycy, a firmy z branży regularnie chwalą się nowymi modelami aut na prąd. Jeśli jednak myślicie, że kiedy tylko przekroczycie progi salonu dilera dowolnej marki mającej w ofercie auta elektryczne, sprzedawcy rzucą się na was i zaczną namawiać na zakup „elektryka” – to jesteście w błędzie! Zwykle jest tak, że sprzedawcy nie tylko nie namawiają niezdecydowanych klientów do zakupu aut na prąd, ale czasem wręcz tych, którzy przychodzą zainteresowani takimi pojazdami, starają się przekonać, że lepszym wyborem będzie hybryda czy nawet auto z napędem czysto spalinowym.

Ograniczona dostępność punktów szybkiego ładowania i wysokie ceny aut to wciąż największe przeszkody w rozwoju rynku aut elektrycznych.  Foto: Igor Kohutnicki / Auto Świat
Ograniczona dostępność punktów szybkiego ładowania i wysokie ceny aut to wciąż największe przeszkody w rozwoju rynku aut elektrycznych.

Firmy nie chcą sprzedawać aut elektrycznych, ale muszą?

Zapewne jest w tym nieco troski o zadowolenie klienta i znajomości realiów, bo w Polsce korzystanie z auta elektrycznego wciąż wymaga gotowości do wielu kompromisów, a przede wszystkim starannego planowania dłuższych tras (bo sieć stacji ładowania jest wciąż skromna) – ale czy aby na pewno tylko o to chodzi? Wygląda na to, że nie! To może też być efekt wewnętrznej polityki wielu koncernów motoryzacyjnych, które wprowadzają auta elektryczne do oferty, bo muszą, żeby nie płacić gigantycznych kar za nadmierne „emisje flotowe”, ale tak naprawdę wolałyby wciąż sprzedawać pojazdy z napędem spalinowym.

Kilka lat temu prezes jednego z europejskich koncernów motoryzacyjnych nieopatrznie wyznał, że ma nadzieję, że ludzie nie będą kupowali lansowanego wówczas „elektryka” tej firmy, bo na każdym sprzedanym egzemplarzu traci ona kilkanaście tysięcy dolarów. W międzyczasie, z racji wyższej skali produkcji i niższych kosztów pozyskania akumulatorów sytuacja zapewne nie jest aż tak dramatyczna, ale...

Na autach elektrycznych dilerzy zarabiają grosze

Portal CleanTechnica zajmujący się pojazdami niskoemisyjnymi opublikował niedawno treść dokumentów, które Volkswagen wysłał do swoich dilerów we Francji – można przypuszczać, że na innych rynkach sytuacja jest podobna. Wynika z nich, że marża na sprzedaży modelu ID. 4 to zaledwie 4,5 proc., podczas kiedy na autach z silnikami spalinowymi zarobić oni mogą ok. 14 proc.. To gigantyczna różnica, szczególnie w ciężkich czasach, kiedy każda firma dokładnie liczy pieniądze!

W salonach Volkswagena auta elektryczne sprzedawane są na innych zasadach niż pozostałe modele – w tym przypadku diler jest wyłącznie agentem, który pośredniczy w sprzedaży, a nie stroną umowy. To oznacza, że klient nie ma większych szans na wynegocjowanie lepszych warunków, bo cena auta i prowizja dla pośrednika są z góry określone – najwyżej można liczyć na drobne „gesty handlowe”. Ma to jednak też dobrą stronę dla dilerów – nie muszą oni inwestować pieniędzy w zakup samochodów od producenta, które później odsprzedają klientom. Z ujawnionej korespondencji wynika też, że przynajmniej na rynku francuskim dilerzy nie mogą liczyć też na żadne bonusy za ilość sprzedanych „elektryków”.

Sprzedawcy z reguły namawiają klientów na te modele, na których mogą najwięcej zarobić – z reguły nie są to auta elektryczne. Foto: Istockphoto
Sprzedawcy z reguły namawiają klientów na te modele, na których mogą najwięcej zarobić – z reguły nie są to auta elektryczne.

Nie warto kupować auta elektrycznego, wybierz spalinowe – radzą sprzedawcy

Do podobnych wniosków doszli też przedstawiciele Greenpeace, którzy wykonali próbę „tajemniczego klienta” w salonach Volkswagena w Niemczech. Anonimowo zgłosili się oni do 50 dilerów, podając się za osoby zainteresowane zakupem auta. We wszystkich przypadkach „tajemniczy klienci” mieli deklarować taki profil użytkowania aut, do którego akurat pojazd elektryczny pasuje najbadziej. Wynik eksperymentu? W aż 27 salonach potencjalnych klientów namawiano na auta z silnikami spalinowymi, a tylko 8 razy sugerowano zakup modelu ID.3 . Dodatkowo tajemniczy klienci zwracali uwagę, że nie uzyskali odpowiedzi na około połowę zadawanych przez siebie pytań, a część przekazanych im informacji była fałszywa. Według informacji uzyskanych przez Greenpeace, na niemieckim rynku prowizja w przypadku modelu ID.3 to ok. 6 proc., a na modelach spalinowych diler może zarobić ok. 16-18 proc. – trudno się więc dziwić, do jakich decyzji zakupowych namawiali sprzedawcy.

Auta elektryczne groźne dla serwisów

Nie od dziś wiadomo, że upowszechnienie elektromobilności niesie ze sobą nie tylko pozytywne zmiany, ale też i poważne zagrożenia. Z jednej strony mamy „bezemisyjność” (przynajmniej lokalnie, bo przecież prąd wciąż pochodzi nie tylko z czystych i odnawialnych źródeł), relatywnie niskie koszty ładowania (w porównaniu z tankowaniem aut spalinowych), ale z drugiej strony – bardzo wysoki koszt zakupu i wciąż sporo przeszkód i wyrzeczeń w codziennym użytkowaniu. Są też kwestie, które z punktu widzenia klientów wyglądają korzystnie, ale dla branży motoryzacyjnej mogą zwiastować poważne problemy finansowe. Na autach elektrycznych, przynajmniej w krótkiej perspektywie, raczej nie zarobią serwisy – i to zarówno te autoryzowane, jak i niezależne. Przynajmniej w teorii auta elektryczne są niemal bezobsługowe – w ich przypadku odpada większość pozycji związanych z rutynowymi przeglądami, np. wymiany oleju silnikowego, świec, wtryskiwaczy, elementów układu oczyszczania spalin. Nie ma klasycznych sprzęgieł czy dwumasowych kół zamachowych, turbosprężarek, pasków rozrządu, a klocki i tarcze hamulcowe mogą wytrzymywać nawet setki tysięcy kilometrów, bo znaczna część hamowań odbywa się z wykorzystaniem układu rekuperacji energii (pojazd hamuje silnikiem, ładując przy okazji akumulatory).

Warsztaty niezależne mają większe szanse na zarobek na autach elektrycznych

Auta elektryczne znacznie intensywniej zużywają opony, a naprawdę drogo robi się, kiedy wymiany wymagają akumulatory. Nowa bateria do kilkuletniego elektryka może kosztować więcej niż wart jest samochód. To oznacza jednak, że na jej wymianie lub naprawie nie zarobi raczej autoryzowany serwis – bo albo auto stanie się „szkodą całkowitą”, albo klienci poszukają innych rozwiązań oferowanych przez serwisy niezależne, np. naprawy akumulatora lub wymiany na część używaną. To też sprawia, że dilerzy, którzy żyją przecież nie tylko ze sprzedaży aut, ale też i z ich bieżącej obsługi nie mają ochoty na promowanie „elektryków”. Nie są też przesadnie chętni do inwestowania w sprzęt i szkolenia potrzebne do obsługi takich aut – wciąż nie w każdym ASO da się naprawić samochód elektryczny danej marki!

Akumulator do auta elektrycznego to najdroższy element takiego pojazdu. W razie konieczności jego wymiany lub naprawy skorzystanie z oferty ASO może już w kilkuletnim aucie oznaczać ekonomiczną szkodę całkowitą. Na pocieszenie: prawidłowo eksploatowane akumulatory okazują się bardzo trwałe, a w przypadku uszkodzeń często da się je (poza ASO) naprawić. Foto: Robert Rybicki / Auto Świat
Akumulator do auta elektrycznego to najdroższy element takiego pojazdu. W razie konieczności jego wymiany lub naprawy skorzystanie z oferty ASO może już w kilkuletnim aucie oznaczać ekonomiczną szkodę całkowitą. Na pocieszenie: prawidłowo eksploatowane akumulatory okazują się bardzo trwałe, a w przypadku uszkodzeń często da się je (poza ASO) naprawić.