Czyżby obraza majestatu? A dlaczego nie? Tym razem po prostu postanowiliśmy podejść do kosztującego 433 458 euro (cena z rynku niemieckiego) Rollsa nieco inaczej niż zwykle: nie będziemy nim dostojnie krążyć po bulwarach, lecz sprawdzimy, czy ma w sobie żyłkę sportowca. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, odważymy się go również skrytykować. Pytanie brzmi zatem: co tak naprawdę potrafi ten jeżdżący pomnik przemysłu motoryzacyjnego?

Przede wszystkim – umie wprawiać widzów w osłupienie. Coupé zbudowane na bazie Phantoma emanuje wrodzonym dostojeństwem i wprost przygniata wybujałymi formami. To auto rzuca się w oczy i budzi respekt. Jeśli na autostradzie Rolls-Royce chce zmienić pas, to po prostu się go wpuszcza. Jednak kierujący Phantomem i tak z reguły jeżdżą spokojnie, bowiem widok długiej maski zwieńczonej piękną figurką Spirit of Ecstasy (zwaną również Flying Lady) działa nadzwyczaj kojąco.

Nie do końca za to wiadomo, jak wsiadać do auta, którego drzwi otwierają się „pod wiatr”. Najpierw głowa? Chyba jednak nie – wygodniejsza wydaje się metoda tradycyjna, czyli „pupą do przodu”. Tym sposobem nie pobrudzimy spodni o potężne wystające progi. Natomiast siedząc z tyłu, zaczęliśmy się zastanawiać, dlaczego jest tak ciasno. Przecież Phantom Coupé mierzy aż ponad 5,6 m! Cóż, przytulna tylna kanapa Rollsa zachęca do fantazji na temat, który dla starszych właścicieli Phantoma w większości przypadków może być już tylko fantazją.

Przyzwyczajenia wymaga wysoka pozycja na obu przednich fotelach. Zarówno kierowca, jak i pasażer czują się tak, jakby siedzieli na koźle starej angielskiej karety. Przy okazji wyjaśnia się, dlaczego w większości przypadków szoferzy w Rolls-Royce’ach są tak nienaturalnie sztywni: oprócz specyficznej pozycji za kierownicą przyczynia się do tego również zbyt mały zakres regulacji osiowej kierownicy.

Wnętrze to mieszanka klasycznego jachtu i nieco zbyt monumentalnych wstawek z chromu. Wszystko lśni i jest doskonałej jakości, ale kokpit sprawia wrażenie trochę już niedzisiejszego i staromodnego. Miło zaskakuje nie poziom wykończenia – wcale nie lepszy niż w drogich modelach Mercedesa – lecz przywiązanie Brytyjczyków do szczegółów. Weźmy np. wloty powietrza w kształcie ciężkich kul do gry w boule lub też doskonały system audio, który obsługuje się za pomocą zaledwie sześciu przycisków: niech żyje prostota!

Albo rozgwieżdżoną podsufitkę, którą wykończono 1,5 tys. diod LED – mimo że element ten wymaga dużej dopłaty, to ponoć i tak decyduje się na niego ok. 80 proc. klientów. Okrągły zegar obok prędkościomierza wskazuje dostępną w danym momencie rezerwę mocy. Trzeba przyznać, że jest ona zawsze wystarczająco duża, by wywołać u kierowcy szybsze bicie serca, jednak zbyt mała, by spowodować prawdziwe emocje. Dwunastocylindrowy silnik został zaprojektowany tak, by od jak najniższych obrotów dostarczać jak największy moment obrotowy przy zachowaniu jak największej ciszy. Całość uzupełnia aksamitnie pracujący "automat".

Phantom po mieście przemieszcza się niebywale dostojnie i wręcz bezszelestnie. Swoje drugie oblicze coupé Rolls-Royce’a ujawnia dopiero wtedy, gdy kierowca naciśnie znajdujący się na kierownicy przycisk z literą S. Efekt? Biegi zmieniane są znacznie później, a dostojny Phantom w jednej chwili zmienia się w zrywne Gran Turismo, tyle że w formacie XXL. Zadziwiające, z jaką łatwością 460 KM radzi sobie z autem ważącym 2,6 tony: sprint do 100 km/h zajmuje zaledwie sześć sekund! Nawet przy prędkości maksymalnej (ograniczona do 250 km/h) Phantom nie traci nic ze swego majestatu. Ogromny rozstaw kół – wynoszący 3,32 m, czyli więcej niż w klasie S – zapewnia niebywały wręcz komfort podróżowania. Przeszkadzać może jedynie szum powietrza opływającego przednie słupki.

Niestety, Phantom Coupé nigdy nie zostanie "pożeraczem zakrętów". Fotele i amortyzatory są co prawda nieco twardsze niż w wersji czterodrzwiowej, ale podczas pokonywania slalomu Rolls-Royce wcale nie po królewsku przechyla się na boki. Dobrze, że przy tym wszystkim nie było problemu z utrzymaniem toru jazdy. Winę za taki stan rzeczy ponosi zbyt mocne wspomaganie układu kierowniczego, które w połączeniu z dużą masą Rollsa utrudnia wykonywanie gwałtownych manewrów.

Jeszcze jeden sprawdzian, Wasza Wysokość: tzw. test łosia. Kręcimy kierownicą, tył auta lekko ucieka, ale ogólnie rzecz biorąc, Phantom radzi sobie dość dobrze. Układ ESP (nazywa się tak samo jak w BMW – DSC) pozwala na zadziwiająco dużo, ale mimo wszystko Rolls-Royce’a można dość łatwo opanować. Widać jednak, że nasz "brytyjczyk" przy tym wszystkim dość wyraźnie się męczy: jego opony dymią i przeraźliwie piszczą. Nie zapominajmy jednak, że pod blachą Rollsa kryje się technologia BMW – to zapewne dlatego wykonywanie takich ewolucji  Phantomem jest w ogóle możliwe. Nawet jeśli nie powinno się tego robić.

Ceny Phantoma Coupé nie będziemy komentować, dodamy jedynie, że zainteresowani autem muszą się wybrać po nie do Niemiec.