Pora na przebudzenie!Najlepiej widać to na przykładzie „nieoficjalnego” importu samochodów, zarówno z UE, jak i USA. W ciągu ostatnich dwóch lat jak grzyby po deszczu wyrastały firmy zajmujące się wyszukiwaniem atrakcyjnych (właśnie z powodu kursu wymiany złotówki) ofert nowych lub prawie nowych samochodów. Zwłaszcza auta luksusowe można było sprowadzić z Niemiec lub USA za znacznie mniejsze pieniądze, niż trzeba byłoby za nie zapłacić w polskim salonie. Pojawiło się nawet nowe słowo określające takie firmy – „brokerzy samochodowi”. To właśnie w brokerów załamanie złotego uderzyło najmocniej. „Sprzedaż praktycznie się zatrzymała” – nie owija w bawełnę Marek Rybicki, szef salonu „Auto-Sim” z Warszawy. Liczy, że to stan przejściowy, bo inaczej trzeba będzie poszukać innych pomysłów na biznes. „Przy sprowadzeniu wartego 200 tys. zł auta klasy premium z Niemiec, klient mógł dzięki nam zaoszczędzić około 20 tys. zł. Dziś tej różnicy już nie ma” – rozkłada ręce Marek Rybicki. Nieco lepiej funkcjonują firmy sprowadzające samochody z USA. Ponieważ między podpisaniem umowy a dostarczeniem auta klientowi mija minimum sześć tygodni, teraz wydawane są samochody kupione jeszcze za tanie dolary. „Klienci cieszą się, bo teraz to wygląda na okazję. Ale dopłaty będą konieczne” – ostrzega Tomasz Suchodolski z portalu AmerykanskieSamochody.pl. Wynikają one z kursu dolara stosowanego w rozliczeniach z polskimi celnikami – wyższego dziś niż w chwili wpłaty pieniędzy na samochód kilka tygodni wcześniej. Z kolei zainteresowanie nowych klientów trochę osłabło, choć chętnych nie brak. „Nasza oferta wciąż jest atrakcyjna. Dwa miesiące temu kupując u nas terenowego Mercedesa, można było zaoszczędzić 100 tys. zł, dziś będzie to raczej 50 tys. zł, ale wciąż warto. Jednak atmosfera kryzysu powoduje, że mniej osób w ogóle rozważa zakup samochodu” – tłumaczy Suchodolski.Dzięki korzystnemu kursowi złotówki oficjalnych importerów aut stać było na udzielanie rabatów. Najwięksi gracze na rynku, tacy jak np. Toyota, w połowie roku zdecydowali się nawet na spektakularną obniżkę podstawowych cen samochodów. Dziś wygląda na to, że ówczesne „no, wreszcie!” było przedwczesne. „Rozważamy ponowną zmianę cen, ale na razie nie podjęliśmy decyzji, kiedy miałoby to nastąpić” – powiedział nam Robert Mularczyk z Toyota Motor Poland. Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że nowe, wyższe ceny będą dotyczyły aut z rocznika 2009. Podwyżka będzie wynosiła średnio 5 proc., co oznacza powrót mniej więcej do cen z pierwszej połowy 2008 r. W lipcu średnia przecena wynosiła 6,2 proc., choć najpopularniejsze modele staniały jeszcze bardziej – Auris o 7 proc., a Yaris nawet o 11 proc. Podobnie jak wtedy, gdy ruch Toyoty spowodował podjęcie podobnych decyzji przez innych importerów, także i teraz trzeba się liczyć z tym, że po Nowym Roku będzie drożej we wszystkich salonach. To kolejny argument za tym, by kupić nowe auto teraz, po „starej cenie”, i korzystając z promocji, które wkrótce mogą się skończyć. Zapowiada to już Peugeot. „Z szacunku dla klientów nie zmienialiśmy co miesiąc cennika, ale staraliśmy się organizować promocje. Przy obecnym kursie złotego będzie to nieopłacalne” – mówi Andrzej Nosiński z Peugeot Polska. Nie ma co liczyć na to, że importerzy zdecydują się na „przetrzymanie” słabej złotówki w nadziei na jej umocnienie. Nasza waluta straciła na wartości 20 proc., a marża netto dilera to zaledwie 2-3 proc. Kłopoty złotówki nie sprawią problemów tylko tym, którzy planują kupno nowego samochodu. Ponieważ dystrybutorzy części zamiennych także kupują je za euro (w Europie) lub za dolary (w Chinach), ceny w sklepach i serwisach wzrosną proporcjonalnie do spadku kursu złotego, czyli przynajmniej o kilkanaście procent. Podwyżki będą widoczne już w najbliższym tygodniu. „Płacąc za kolejną partię towaru, dystrybutor będzie musiał ponieść wyższe koszty. Jeśli nie podniesie cen, to po prostu nie zarobi” – wyjaśnia Alfred Franke ze Stowarzyszenia Dystrybutorów Części Zamiennych. Kłopot w tym, że o ile sprzedawcy części zamiennych reagują w ciągu mniej więcej dwóch tygodni na zmianę kursu waluty, o tyle likwidatorom szkód pracującym dla towarzystw ubezpieczeniowychzmiana cenników może zająć więcej czasu. To oznacza, że przy rozliczeniu kosztorysowym w gotówce wypłacone w najbliższych tygodniach odszkodowanie może po prostu nie wystarczyć na naprawę rozbitego samochodu. Na razie wszyscy liczą na to, że załamanie kursu złotego jest przejściowe. „Ludzie rzucili się kupować drożejące dolary i już ich zaczyna brakować w kantorach, więc kurs amerykańskiej waluty zaczyna spadać” – mówi dziennikarz ekonomiczny Tadeusz Mosz. Jednak nawet jeśli kurs złotówki zostanie ustabilizowany, to rekonwalescencja, czyli powrót do pełni sił, może potrwać miesiącami. Dla kierowców będzie to czas większych wydatków. Paliwo już tańsze nie będzieOd czerwcowego maksimum wysokości cen ropy naftowej na światowych rynkach cena baryłki spadła już prawie dwukrotnie, co wreszcie zaczęliśmy odczuwać, patrząc na ceny na dystrybutorach paliwa. Od końca wakacji ceny detaliczne powoli spadają, ale niestety – nie ma już szansy na tankowanie po „trzy z groszami” za litr, choć w ostatnim tygodniu października średnia cena „95-ki” w Bydgoszczy spadła do 4,03 zł za litr. Ponieważ polskie rafinerie płacą za surowce drożejącymi dolarami, spadek cen zostanie zahamowany. „Od poprzedniego weekendu ceny hurtowe paliw w Polsce codziennie idą w górę” – przestrzega Urszula Cieślak, analityk biura maklerskiego Reflex. Jak to przełoży się na sprzedaż detaliczną? W listopadzie cena bezołowiowej „95-ki” może wzrosnąć nawet o kilkanaście groszy na litrze. „Jeszcze szybciej będzie rosła cena oleju napędowego, bo na wzrost cen hurtowych nakłada się sezonowa podwyżka zimowa” – tłumaczy Urszula Cieślak. Dlatego do końca roku cena benzyny 95 i ON najprawdopodobniej znowu się zrówna. Gospodarka jest zdrowa, więc zachowajmy spokójNic takiego w Polsce się nie stało, by złotówka straciła z dnia na dzień tak bardzo na wartości. Mimo to największy amerykański bank JP Morgan wystawił polskiej gospodarce ocenę gorszą niż czeskiej czy węgierskiej, sugerując kłopoty ze spłatą polskiego zadłużenia zagranicznego. Tłum inwestorów ma wiele głów, ale brakuje mu rozumu – zaczęły się gra emocji i spekulacja, które doprowadziły do osłabienia złotego.Tadeusz A. Mosz – dziennikarz ekonomicznyImporterzy najpierw zarabiali, teraz stracąImporterzy wcześniej zbyt długo zwlekali z wykorzystaniem silnej złotówki do obniżenia cen swoich samochodów i podniesienia poziomu sprzedaży. Gdy w końcu na to się zdecydowali na początku tego roku, już po kilku miesiącach rynek dopadł kryzys. Wzrost cen samochodów to decyzja ostateczna, bo rynek jest niestabilny, a klienci obawiają się w takich warunkach wydawać duże kwoty na zakup aut.Wojciech Drzewiecki – analityk rynku, szef firmy Samar