Deutsche Umwelthilfe, niemiecka organizacja ochrony środowiska, oskarża koncern GM, że nowa Zafira z silnikiem Diesla o poj. 1.6 nie mieści się w normach emisji spalin. Mało tego: DUH dowodzi, że auto inaczej zachowuje się podczas pomiarów laboratoryjnych, w trakcie których tylne koła pozostają w spoczynku, a inaczej, gdy kręcą się tak, jak przednie.

Opel stanowczo zaprzecza i mówi, że takie sugestie są „nieuczciwe”, ale na razie nie ogłosił, że szykuje pozew przeciwko DUH.

A skąd w ogóle pomysł, żeby testować ten model? DUH mówi wprost: Dostaliśmy informację od osób trzecich. Tymczasem KBA (Kraftfahrt-Bundesamt) – niemiecki urząd zajmujący się m.in. homologacjami pojazdów – ogłosił, że w związku z aferą spalinową bada ponad 50 modeli aut 23 producentów z powodu podejrzeń o zawyżoną emisję tlenków azotu.

Robi to w warunkach laboratoryjnych i drogowych, zaś cele do badań wybrano na podstawie popularności aut na niemieckim rynku, jak i... „doniesień osób trzecich”. Kto może być wiarygodnym donosicielem w takiej sprawie? Największą wiedzę na temat osiągów aut, także konkurencyjnych, mają... ich producenci. Dżentelmeni nie donoszą jednak na siebie publicznie – elegancko robi się to anonimowo.

KBA na razie nie podaje wyników badań, ale wiadomo, że zadanie w dwóch trzecich zostało wykonane i stwierdzono różne „nieprawidłowości”. W sprawie tych „nieprawidłowości” KBA prowadzi na razie rozmowy z zainteresowanymi producentami.

Z akcji KBA cieszy się Mercedes i twierdzi, że nie ma nic do ukrycia. Problemów nie spodziewa się też BMW, ale np. Opel – według rzecznika koncernu (cyt. za Autonews.com) – jest w stałym kontakcie z KBA. Jedyna dobra wiadomość to rewelacje na temat zaniżonych danych dotyczących emisji CO2 (VW przyznał się do manipulacji dotyczącej 800 tys. aut). CO2 nie jest toksycznym gazem, jego emisja nie powoduje ani smogu, ani raka, lecz jedynie efekt cieplarniany, za to jest ściśle powiązana ze zużyciem paliwa, co w praktyce oznacza, że producent powinien swoim klientom dawać trochę pieniędzy na paliwo.

W każdym razie donosi ten, kto ma z tego największą korzyść, zaś efekt eskalacji testów i podejrzeń może być tylko jeden: wiele dziś produkowanych silników zniknie z rynku albo zostaną „usprawnione”, czyt. bardziej skomplikowane, droższe w zakupie i eksploatacji. To nie do końca dobra wiadomość.

Naszym zdaniem

Laboratoria badające emisję spalin, z których korzystają producenci samochodów, pracują pełną parą. Testuje się zarówno własne, jak i konkurencyjne auta, gdyż źle jest być czarną owcą – w towarzystwie, choćby i krętaczy, zawsze raźniej.