Jeśli uczniowi wielokrotnie zgaśnie silnik, instruktor powinien pomóc.

Warto jednak zadać sobie pytanie: czy faktycznie winę ponoszą tylko kierowcy? Odpowiedź brzmi: nie. Instruktorzy oburzą się zapewne, ale często odpowiedzialność za niebezpieczne sytuacje ponoszą oni sami. Zacznijmy od tego, że ze względu na oszczędności pomija się wiele elementów. Przykład: jazda poza obszarem zabudowanym. Zapewne niewielu kursantów z dużych miast miało taką okazję. Instruktor powinien cały czas kontrolować poczynania kursanta.

Tłumaczeniem są ciągłe korki, uniemożliwiające szybki wyjazd z miasta. Kiedy wobec tego uczeń ma oswoić się z prędkością 100 czy nawet 130 km/h? W efekcie często spotykamy auta nauki jazdy jadące z szybkością 30 km/h nawet tam, gdzie przepisy dopuszczają np. 50 km/h.

Na naukę parkowania najlepiej wybrać niezbyt ruchliwą ulicę.

Kolejny problem to nauka ruszania, parkowania lub zawracania. Te manewry powinny być trenowane głównie na drogach o małym natężeniu ruchu. Wiele razy jednak spotkać można się z przypadkiem, gdy np. na ruchliwym skrzyżowaniu lub tuż przed nim kursantowi kilkakrotnie zgaśnie silnik. Za „elką” tworzy się wtedy korek, kierowcy są zdenerwowani, a instruktor nie reaguje. Uczeń zazwyczaj jest już i tak zestresowany, więc szansa na to, że ruszy szybko i płynnie, jest niemal zerowa.Instruktor powinien pomóc, bo ma przed sobą pedał sprzęgła. Pytanie tylko: czy sam umie to dobrze zrobić?

Trąbienie i złość w niczym nie pomogą, a tylko pogorszą sytuację.

Zarzutów wobec instruktorów, które w efekcie prowadzą do agresji w odniesieniu do „elek”, jest znacznie więcej. Gwałtowna zmiana pasa ruchu w ostatniej chwili, ciągłe rozmowy instruktora przez telefon, wykonywanie „pilnych” notatek, niezwracanie uwagi kursantowi na: ciągłą obserwację sytuacji na drodze, włączanie kierunkowskazów bez upewnienia się, że może wykonać manewr, czy wreszcie brak wpajania nawyku korzystania z hamulca pomocniczego to tylko część z nich. Trudno się jednak dziwić. Ogłaszane promocje np. dla studentów oznaczają, że szkoła jazdy musi na którymś elemencie zaoszczędzić. Przecież każdy kursant musi wyjeździć minimum 30 godzin. Dlatego godzina jazdy trwa np. nie 60, ale 40 minut.

Zajeżdżanie drogi to wystawianie kursanta na niepotrzebny stres.

Dopóki zatem instruktorzy nie staną się profesjonalistami, dopóty „elki” będą trakowane jako zło konieczne.