"Zapomnij o wszystkim, co do tej pory wiedziałeś o prowadzeniu samochodu. Lewa stopa na pedał hamulca, prawa na gaz i pozwól Jeepowi jechać: powoli, bardzo powoli!" - takich wskazówek udzielali przewodnicy, towarzyszący nam podczas wyprawy Jeep Jamboree. Powiedzieć łatwo, wykonać bardzo trudno. Strome podjazdy i zjazdy, niebezpiecznie wąskie pasaże i zagradzające drogę skały są tutaj wszechobecne. Metr po metrze konwój przedziera się przez ekstremalne bezdroże.Gdyby dziś zdobywać Dziki Zachód, trzeba byłoby użyć do tego Jeepów Wranglerów w najdzielniejszej seryjnej wersji Rubicon. 22-milowy odcinek w górach Sierra Nevada pokonują wprawdzie z przeciętną prędkością 1 mili na godzinę, ale tu nie liczy się tempo, tylko to, żeby przejechać. Auta mają 3,8-litrowe silniki benzynowe V6, automatyczną skrzynię biegów, napęd na 4 koła z reduktorem i blokadami przedniej i tylnej osi. Po naciśnięciu guzika można odłączyć stabilizator przedniej osi i zwiększyć skok kół. Na trasę wyruszyły Rubicony na oponach terenowych o rozmiarze 255/75 R 17. Krajobraz jakby żywcem wyjęty z westernów: skaliste wzgórza porośnięte lasem, jeziora i potok stanowią doskonałą scenerię dla Jeep Jamboree. Zapierające dechwidoki wynagradzają szalony wysiłek. Dookoła panuje susza, trzeba ostrożnie obchodzić się z ogniem, bo o pożar wtych okolicach nietrudno. Uczestnicy wypijają morze wody mineralnej i coca-coli. Napoje wieziemy w wypełnionych lodem samochodowych lodówkach. Wszystkie śmieci zabieramy ze sobą - szlak wiedzie przez Eldorado National Forest, więc dbałość o środowisko wpisana jest w scenariusz imprezy. Spaliny i hałas silników, zwłaszcza helikoptera dostarczającego prowiant do obozowiska, nikomu tu jednak nie przeszkadzają. W karawanie 30 samochodów są załogi z Australii, Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii i Polski. Konwój podzielono na grupy, a każdej z nich przewodzi pojazd ekipy obsługującej. W miejscach, które wydają się absolutnie nieprzejezdne, czyli średnio kilka razy na godzinę, ubrani w żółte koszulki przewodnicy instruują, jak ustawić koła, co włączyć, a co wyłączyć i którędy jechać, żeby nie utknąć. Czasem trzeba się cofnąć i spróbować jeszcze raz. A jeśli i to nie pomaga - wysiąść, auto trochę popchnąć, trochę rozbujać, żeby koła złapały kontakt z ziemią. Rozdzierające zgrzyty metalu trącego o podłoże i szarpnięcia podczas drobnych zderzeń ze skałami wkrótce przestają robić wrażenie. Po przejechaniu przeszkody przewodnicy zawsze radośnie się uśmiechają i uniesionym kciukiem pokazują, że świetnie się spisaliśmy. Tu każdy może poczuć się wspaniałym kierowcą. Po 8 godzinach w upalnym słońcu i kurzu docieramy do obozowiska u stóp Cadillac Hill. Na nie będziemy się wspinać następnego dnia. Po kąpieli w rzece (myjemy się oczywiście ekologicznym mydłem) czas na grill-party z wielkim stekiem w roli głównej i na muzykę country przy ognisku. Pobudka o świcie, wygrzebujemy się z ciepłych śpiworów, chroniących przed lodowatym chłodem. Jeszcze typowo amerykańskie śniadanie z jajecznicą, bekonem i naleśnikami z syropem klonowym, popijane słabą kawą z mlekiem i pokrzepieni ruszamy w drogę. Znów morderczy podjazd, ale po kilku milach robi się trochę łatwiej. W lesie mijamy mały cmentarzyk tych, którzy zostali pochowani na szlaku. Tu unosi się pionierski duch prawdziwej Ameryki. Na końcu wyprawy oględziny: wszystkie Jeepy dojechały. Oprócz podrapanego lakieru, powgniatanych zderzaków i poobijanych osłon spodu żaden nie doznał poważniejszych uszkodzeń. A kierowcy? Zdrowi i cali, i przekonani, że już wiedzą, po co robi się samochody terenowe.
Auto Świat
Tylko dla wytrwałych
Tylko dla wytrwałych
Auto Świat
Tylko dla wytrwałych
Tylko dla wytrwałych
Auto Świat
Tylko dla wytrwałych
Tylko dla wytrwałych
Auto Świat
Tylko dla wytrwałych
Tylko dla wytrwałych
Auto Świat
Tylko dla wytrwałych
Tylko dla wytrwałych
Auto Świat
Tylko dla wytrwałych
Tylko dla wytrwałych