Większość jest na tyle odpowiedzialna, że cierpliwie czeka i nie wpycha się na siłę, łamiąc kodeks drogowy. Ale istnieje grupa kierujących, którzy sami "stanowią prawo" na drodze. To zawodowi kierowcy prowadzący warszawskie autobusy miejskie. Ich ignorancja przepisów, głupota i brak poszanowania elementarnych zasad bezpieczeństwa przerosły nasze wyobrażenia.Materiał fotograficzny z kilkudniowej obserwacji warszawskich ulic i skrzyżowań przeraził nas. Nie spodziewaliśmy się, że łamanie zasad bezpieczeństwa ruchu przez autobusy miejskie to zjawisko o tak wielkiej skali. W zasadzie problemem nie okazało się znalezienie i uchwycenie w obiektywie autobusu jadącego nieprawidłowo, lecz takiego, który porusza się zgodnie z przepisami!To co wyprawiają kierowcy warszawskich autobusów to prawdziwy horror. Na pierwszy plan wyłania się kompletne ignorowanie znaków poziomych, czyli namalowanych na jezdni linii i strzałek. Najpopularniejsze w tej grupie wykroczeń to jazda na wprost z pasa przeznaczonego dla skręcających w prawo. Nie, nie takiego, gdzie "można" skręcić, tylko oznaczonego strzałką nakazującą skręt. Auta osobowe, których kierowcy decydują się w takim miejscu złamać przepisy i pojechać prosto, stanowią sporadyczne przypadki. Wśród autobusów - norma! To jednak dopiero wstęp do szerokiego wachlarza wyczynów warszawskiego transportu publicznego. Po pasie do skrętu w prawo często występuje odcinek jezdni wyłączony z ruchu. Sygnalizują to skośne linie na jezdni. Ale nie wiadomo dlaczego, kierujący autobusami zdają się ich nie zauważać. Albo autobus jest za wysoki, by to dostrzec, albo patrzą oni tylko w górę - nie znamy dokładnej przyczyny, jednak jedno jest pewne: autobus miejski nic sobie nie robi z takich ograniczeń. Z ułańską fantazją pokonuje wyłączone z ruchu obszary, ignoruje nakazy skrętu. Po co czekać, skoro można jechać? Pasażerowie będą zadowoleni, że nie czekają, a kierowca z dumą powie o sobie, iż jest "zaradny". Owa zaradność niestety bardzo często graniczy z ignorancją i głupotą. I to nie tylko dlatego, że kierujący, jadąc tak bezmyślnie, naraża kilkadziesiąt osób, które nie są w jakikolwiek sposób zabezpieczone. Nie siedzą przypięci pasami, ba, czasem nawet w ogóle niesiedzą, bo część z nich stoi, trzymając się poręczy. Nawet w razie delikatnego zderzenia siła bezwładności działająca na jednego pasażera autobusu sięga kilkuset kilogramów i nie ma najmniejszych szans, by kurczowe trzymanie poręczy cokolwiek pomogło. Ale przecież przewidywanie i rozsądek nie są obecnie w modzie, dlatego nikt o takich rzeczach nie myśli. Bo po co? Gdy zdarzy się nieszczęście, przyjedzie straż pożarna, karetki, ratownicy wyciągną rannych. W mediach przez kilka dni będzie szum, po czym wszystko powoli wróci do normy. A norma jest przerażająca. Tak naprawdę wystarczy przejechać się niektórymi autobusami, by szybko się zorientować, że ich kierowcy nie mają bladego pojęcia, na czym polega prowadzenie pojazdu przewożącego pasażerów. Dodają mocno gazu, gwałtownie hamują, pokonują ostre zakręty z prędkościami, przy których pasażerowie są miotani po autobusie niczym niezabezpieczony ładunek. A przecież prawdziwy kunszt zawodowego kierowcy polega na czymś wręcz odwrotnym: jego wizytówką powinna być płynna, delikatna jazda, bez gwałtownych manewrów i hamowania. Tymczasem kierowca warszawskiego autobusu to nierzadko prawdziwy wojownik. Wpycha się tam, gdzie nie ma miejsca, nie czeka w kolejce samochodów do skrętu w lewo, tylko wjeżdża z pasa do jazdy na wprost między skręcające auta. Nie respektuje też czerwonych świateł i zielonych strzałek. Rusza spod świateł, gdy jeszcze pali się "czerwone". A zielone strzałki nie są mu potrzebne - skręca, nie czekając, aż się zapalą. Uprzedzając komentarze, że trafiliśmy na jednostkowe przypadki, informujemy, iż zaprezentowane zdjęcia wybraliśmy ze znacznie większej liczby udokumentowanych sytuacji, gdzie autobusy ewidentnie łamały przepisy ruchu. Jest jednak światełko w tunelu. Zarząd Transportu Miejskiego w Warszawie zapowiada wojnę z takimi praktykami. Co więcej, będzie wspierany przez policję, która już planuje specjalistyczne szkolenia dla inspektorów technicznych, mających walczyć z nieprzepisową jazdą. Życzymy im skuteczności w działaniach!Nie ma strzałki? Żaden problem!Tam gdzie kierowcy aut osobowych cierpliwie czekają na pojawienie się zielonej strzałki, zezwalającej na skręt w prawo, wielki autobus bardzo niechętnie zwalnia. Łamie przy tym przynajmniej dwa przepisy: po pierwsze, gdy nie ma strzałki, nie wolno mu wjechać na przejście. Po drugie, nawet gdyby strzałka się zapaliła, przed pasami trzeba się zatrzymać i dopiero po upewnieniu się, że nie ma pieszych, ruszyć dalej. To że autobusy nie mają tutaj stłuczek co pół godziny, spowodowane jest respektem innych kierujących wobec dużego pojazdu i myśleniem za nieostrożnego kierowcę autobusu.Blokuje pas do jazdy prosto, by potem skręcić w lewo...Pas do jazdy na wprost na dużym skrzyżowaniu. Na lewym pasie, przeznaczonym do skrętu, utworzył się niewielki zator, na jakieś 3 minuty oczekiwania. Ale autobus rządzi się własnymi prawami i przecież nie będzie stał tak jak inni. Jedzie więc pasem do jazdy prosto i w ostatniej chwili bierze ostry zakręt w lewo, wciskając się między zdezorientowanych kierowców. Pochylenie pudła autobusu sugeruje, że prędkość była zdecydowanie za duża jak na pojazd przewożący niczym niezabezpieczonych pasażerów. Najwyraźniej kierowca nie ma o tym pojęcia. Jeżeli ktoś ma nadzieję, że to jednostkowy przypadek, na kolejnych zdjęciach pokazujemy jeszcze bardziej nieodpowiedzialną jazdę - autobusem przegubowym!Ikarus wyścigowiecWidok wskazówki wielkiego prędkościomierza w Ikarusie wychylającej się do ponad 70 km/h budzi zapewne dumę bezmyślnego kierowcy: jego maszyna znowu "poszła siedemdziesiątką"! Tyle że jeżeli z bocznej uliczki coś wyjedzie, Ikarus zadziała jak gilotyna przemysłowa. Taka jazda powoduje też kilkukrotne zwiększenie hałasu w porównaniu z autobusem jadącym 50 km/h! Wiedzą to lokatorzy mieszkań z oknami na ulicę. Na przełaj: przez dwie ciągłeKierowca auta, żeby wykonać taki trik, musi skręcić w prawo, zawrócić na najbliższym skrzyżowaniu, skręcić w lewo na rondzie, ponownie zawrócić na najbliższej krzyżówce i wrócić w pokazane na zdjęciu miejsce, zajmując tym razem lewy pas. Bo prawym można jechać tylko w prawo, a od lewego dzielą go dwie ciągłe linie. Ale duży może więcej i załatwia wszystko jednym ruchem!Duży wjedzie tam, gdzie nie wolnoCzy kierowca autobusu z fotografii 1 nie zna znaczenia znaków poziomych na jezdni? Czy kierowcy autobusów są zwolnieni z ich znajomości? Jedzie, jakby patrzył w chmury. Najpierw podąża prosto, mimo że strzałka na jezdni obliguje go do skrętu w prawo. To jednak dopierowstęp, bo kawałek dalej autobus przejeżdża przez obszar jezdni wyłączony z ruchu. Jako potwierdzenie reguły mamy kolejnego "zawodnika" na fotografii. Jazda prosto z pasa do skrętu w prawo to już właściwie żaden wyczyn, ale w połączeniu ze sforsowaniem pola wyłączonego z ruchu wart jest odnotowania. Pytanie narzuca się samo: czy ci kierowcy naprawdę są niedouczeni? A może mają innego rodzaju kłopoty i nie dostrzegają pasów na jezdni? Przyłapane na gorącym uczynku autobusy sprawiają wrażenie, że cokolwiek by się nie znajdowało na drodze, i tak pojadą dalej. Jak bezwładna masa. Nie możemy się doczekać startu kamer monitorujących skrzyżowania - może wtedy będzie bezpieczniej.Czerwone jak zielone?Czy pośpiech naprawdę może skłaniać do aż tak skrajnej nieodpowiedzialności? Co ma w głowie kierowca tego autobusu, że wioząc pasażerów naraża ich na niebezpieczeństwo, łamiąc aż tyle przepisów? Po kolei. Najpierw autobus rusza i przejeżdża za sygnalizator, mimo że ten pokazuje jeszcze czerwone światło. Jest to pas do skrętu w prawo, ale autobus jedzie prosto! To tak popularny popis wśród stołecznych autobusowych mistrzów kierownicy, że można go spokojnie wpisać do kanonu ich wykroczeń. Plus, już niejako tradycyjnie, przejazd przez obszar jezdni wyłączony z ruchu. Po drodze przepłoszenie pieszego z okolic przejścia. I co? I nic. Autobus jedzie dalej. Kierowca jest dumny ze swej "zaradności", a pasażerowie cieszą się ze skrócenia czasu podróży o bezcenne kilkadziesiąt sekund. Tylko że ten pośpiech może kogoś kosztować życie. A wtedy będzie płacz i powtarzane jak echo pytania: dlaczego? Właśnie dlatego.Czy ktoś nad tym w ogóle panuje? pytamy warszawski zarząd transportu miejskiego i stołeczną policjęMichał Powałka, rzecznik ZTMZdajemy sobie doskonale sprawę, że kierowcy autobusów, łamiąc przepisy ruchu drogowego, stanowią zagrożenie nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla pasażerów. Nie będziemy tego tolerować. W każdym udokumentowanym przypadku naruszenia przepisów ruchu drogowego przez kierowcę miejskiego autobusu będziemy sprawę kierować do wyjaśnienia do odpowiedniego przewoźnika oraz przekażemy ją policji. Niech jako przykład posłuży tutaj sprawa kierowcy miejskiego autobusu, który kilka tygodni temu, w godzinach popołudniowego szczytu, chciał ominąć korek na ul. Książęcej. Przekroczył podwójną linię ciągłą i zablokował częściowo ruch z przeciwnego kierunku. Potem stanął bezradnie i zaczął wypuszczać pasażerów na środku jezdni! Przerażeni ludzie uciekali z ulicy między jadącymi autami. Zdjęcia opublikowała jedna z gazet. Przekazaliśmy je policji. Sprawa ma się zakończyć lada dzień. Tak samo będziemy działali w przypadku każdego innego kierowcy. Dlatego też apelujemy do mieszkańców Warszawy, aby informowali nas o wszystkich tego typu zajściach. Wszystkie uwagi i wnioski można nam przekazać m.in. za pośrednictwem całodobowej infolinii ZTM pod numerem 94-84. Jacek Zalewski, naczelnik Wydziału Ruchu Drogowego Komendy Stołecznej PolicjiAŚ: Czy monitoring miasta pozwoli policji wyłapywać łamiące przepisy autobusy miejskie?J.Z.: Zdecydowanie tak. Pozwoli na dyscyplinowanie kierowców wszystkich pojazdów, w tym autobusów.AŚ: Czy zdarza się policji złapać kierowców autobusów na łamaniu przepisów ruchu drogowego?J.Z.: Oczywiście! Fakt, że tego nie widać na ulicy, wynika z naszej troski o pasażerów. W przypadku przyłapania kierowcy na gorącym uczynku policja nie zatrzymuje autobusu. Oczekuje na niego na kończącej trasę pętli i tam wymierza karę zgodną z taryfikatorem.AŚ: Czy stawki mandatów są bardziej dotkliwe niż dla kierowców aut osobowych?J.Z.: Niestety, mimo znacznie większego zagrożenia, jakie powoduje na drodze autobus, jak również faktu, że przewozi nawet kilkadziesiąt osób, nie ma oddzielnego taryfikatora.AŚ: Czy za wykroczenie karany jest również przewoźnik?J.Z.: Nie, tylko kierowca autobusu.AŚ: Czy robi się coś, by zapobiec brawurowej jeździe kierowców autobusów miejskich? J.Z.: Tak, po wakacjach planujemy szkolenie dla inspektorów technicznych Zarządu Transportu Miejskiego, również w zakresie wychwytywania nieprawidłowej, niezgodnej z przepisami jazdy kierowców warszawskich autobusów miejskich.AŚ: Co może zrobić pasażer, widząc, że kierowca autobusu łamie przepisy i jedzie niebezpiecznie?J.Z.: Najlepszym wyjściem jest telefon pod numer 112. Dyspozytor wyśle wtedy najbliższy patrol policji.