Kiedy termometry w Polsce pokazywały 10 stopni mrozu, po drugiej stronie globu powietrze przypominało żar wydobywający się z rozpalonego piekarnika. Zielono, słonecznie, kolorowo, z uśmiechem – tak Malezja wita tych, którzy zdecydują się odwiedzić państwo najstarszej dżungli świata, kuchni tysiąca smaków i symbolu kraju: srebrnych wież Petronas Twin Towers. Zresztą 452-metrowe kolosy to punkt obowiązkowy wycieczki po Kuala Lumpur.

Właśnie w stolicy kraju startuje Rainforest Challenge, więc w celu aklimatyzacji (możliwy potężny jet lag) warto przylecieć tutaj kilka dni wcześniej. Korzystając z wcześniejszych doświadczeń (w RFC uczestniczyłam trzykrotnie jako dziennikarka, Romek Popławski kibicował na rajdzie w 2014 roku), zaplanowaliśmy przylot 24 listopada. Cztery dni poświęciliśmy na zwiedzanie świątyni Batu Caves, Bird Park – parku ptaków (uwaga na małpy biegające tu alejkami) i testowanie malezyjsko-chińsko-hinduskich smaków.

To naprawdę niesamowite, ile mieszkańcy potrafią tu zjeść. Po śniadaniu od razu umawiają się na lunch, a potem oczywiście syta kolacja z obowiązkowym durianem na deser. Durian to malezyjski król owoców, czego za nic w świecie nie byliśmy w stanie zrozumieć. Wyobraźcie sobie połączenie okropnego zapachu z aromatem banana zmiksowanego z cebulą. Ohyda! Ale pozostałe owoce, warzywa, mięso i inne dodatki smakują rewelacyjnie. Nikt nie może się tu poskarżyć na głód.

Co innego w dżungli, po której prowadzi trasa RFC. Garnki, woki, zapasy jedzenia są obowiązkowym wyposażeniem skrzyń zapakowanych w lub na samochodach. Na pokład trzeba zabrać też łóżka, płachtę chroniącą przed deszczem, części zapasowe do samochodu, ubrania, niezbędne przedmioty umożliwiające funkcjonowanie na odludziu. Stąd większość rajdówek jechała w asyście samochodów wsparcia.

Zanim wchłonęła nas tropikalna gęstwina, w Kuala Lumpur odbyły się oficjalna prezentacja teamów, przejazd przez rampę i przywitanie przez organizatorów. Tu prym wiedzie Luis J.A. Wee, pomysłodawca i dyrektor RFC. Ten jeden z dziesięciu najtrudniejszych rajdów świata organizuje on od 20 lat. W tym czasie powstało 19 edycji Rainforest Challenge, rozgrywanych od Australii, Korei, Chin, Tajlandii, Wietnamu, po Indie, Sri Lankę, Rosję, Włochy, Bułgarię, a w tym roku również Polskę i prawdopodobnie Amerykę Południową. Rajd w Malezji jest zwieńczeniem wszystkich edycji i dlatego tzw. Grand Final odbywa się dopiero pod koniec listopada.

Po uroczystym starcie i dwudniowym podmiejskim prologu rozpoczęło się to, po co przylecieliśmy do Malezji. Wjechaliśmy w głąb deszczowego lasu, by walczyć tam na krótkich i technicznych odcinkach specjalnych. Jest ich pięć lub sześć i są organizowane w strefach nazwanych „Predator” i „Terminator”. Na koniec rajdu załogi mają do przeżycia prawdziwy koszmar, „Twilight Zone”, czyli Strefę Zmroku będącą wyprawą do dżungli, w której nie ma i nigdy nie było żadnej drogi. Czasem kilka, czasem kilkanaście kilometrów przedzierania się przez tropikalny las, wyrąbany chwilę wcześniej maczetami. Mój drugi „Twilight Zone” w 2012 roku liczył ok. 12 km. Razem z polską załogą Agnieszką i Markiem Janaszkiewiczami wróciliśmy do bazy po... 36 godzinach ostrego surwiwalu. Skończyła się woda, zabrakło jedzenia, za łóżko służył dach samochodu. Po zmierzchu pod nogami kłębiły się stada gigantycznych mrówek, skolopendr, krocionogów, nad głowami latały nietoperze. Ale jest co wspominać.

Formuła rajdu Rainforest Challenge jest następująca: rywalizacja rozstrzyga się na kilkudziesięciu krótkich, ale bardzo technicznych odcinkach specjalnych. Każdy z nich jest pokonywany na czas i trzeba zmieścić się w wyznaczonym limicie, zazwyczaj jest to kwadrans, rzadziej pięć minut więcej. Pomiędzy strefami, w których trwa walka o sekundy, pokonuje się nawet kilkadziesiąt kilometrów tzw. dojazdówki. W tym roku przedzierane się pomiędzy „Predatorem” a „Terminatorem” zajęło aż 45 godz.! To był prawdziwy pogrom ludzi i maszyn, część sprzętu nie wytrzymała dwukilometrowego, stromego podjazdu i została porzucona w lesie. Załogi w poszarpanych ubraniach, słaniając się na nogach, wróciły do bazy piechotą. Ekipa z Libanu spakowała walizki i odjechała do domu. Nawet jeden z najtwardszych zawodników, stały bywalec i kilkakrotny zwycięzca RFC, Roman Kulbak z Władywostoku, miał dosyć. Po tym maratonie przez piekło organizator zarządził dzień przerwy.

Byliśmy w szoku, patrząc, jak na rajdzie poczynała sobie czołówka: 300-konne maszyny malezyjskiego teamu Maxxis dosłownie fruwały w powietrzu. Nie było mowy o jakimkolwiek odpuszczeniu gazu, co zresztą często kończyło się wywrotką na bok lub dach maszyny. Presja, przy limicie czasu i doskonale radzącej sobie konkurencji, była ogromna! W tym roku dwie rosyjskie załogi z Władywostoku, które przyjechały do Malezji po kolejne zwycięstwo, nie miały najmniejszych szans. Prowadzący niebiesko-białą „zmotę”, przypominającą Suzuki Samuraia, team Chang Chiew Shen/Lo Fui Min jechał perfekcyjnie. W ciasnych zakrętach przydawał się hamulec selektywny. Rozwiązanie, które pozwala zatrzymać jedno z tylnych kół podczas pokonywania ostrego zakrętu, zdecydowanie zmniejsza promień skrętu i tym samym pozwala zaoszczędzić czas. Bez takiego hamulca nie ma co marzyć o wysokiej pozycji. Kolejnym elementem wyposażenia (zresztą obowiązkowym), jest kotwica. W Polsce pewnie tylko starzy wyjadacze pamiętają do czego służyła. Ten przypominający rolniczy pług kawał żelastwa wbija się w ziemię i na zapiętej do kotwicy linie wyciąga samochód. Również bez trapów nie ma po co ruszać w trasę. Malezyjskie błoto zdecydowanie różni się od tego, co znamy z polskich przeprawówek. Jest gęste, lepkie i ma kolor dojrzałej pomarańczy. Trapy często ratują sytuację, gdy zaklejone błotem opony przypominają slicki.

Gdyby nie przyroda, można by powiedzieć, że takie rajdy, z szybkimi oesami, nie różnią się od podobnych, organizowanych w Polsce.

Po pierwsze – z człowieka pot się leje już po minucie siedzenia w samochodzie. Po drugie – i pilot, i kierowca mają obowiązek wkładania rękawiczek, ponieważ na każdym kroku w zielonej gęstwinie czyhają kolce. Dłuższe, krótsze, zakrzywione jak haczyki na ryby (pnącza rattana), mogące przebić rękę na wylot lub poważnie poszarpać skórę. Do tego dochodzą jadowite skolopendry, węże i skorpiony. Wspinając się lub potykając, często rękami dotyka się podłoża, czyli naturalnego środowiska tych niezbyt przyjacielskich mieszkańców dżungli. Pamiętam jeden z odcinków specjalnych w 2012 roku, na który wybrałam się, filmując Agnieszkę i Marka Janaszkiewiczów. Chodząc po brunatnej ściółce liści i pnączy, nagle usłyszałam przeraźliwe krzyki. Odwróciłam się i ujrzałam miejscowych kibiców, którzy wskazywali palcami pod moją nogę. Okazało się, że jakieś 5 cm od mojego buta przyczaił się skorpion z gotowym do ataku kolcem jadowym. O ile ja miałam wysokie buty z grubymi podeszwami, o tyle moi „wybawiciele” weszli na ten teren w... klapkach. Nie przeszkadzały im też wszechobecne pijawki. To, że czasem kilkanaście z nich przyczepiało się do gołej nogi, nie robiło na nich wrażenia. Jeśli ktoś źle znosi azjatycką faunę i florę, raczej powinien odpuścić sobie udział w RFC.

Po trzecie – nawet cieniutki bambus przetrwa wyciąganie 1,5-tonowej maszyny. Bambusy były odporne nawet na dynamiczny wjazd jednego z malezyjskich zawodników, który próbował torować sobie drogę przez bambusowy zagajnik. Rośliny nie tylko wygrały tę walkę, ale też uszkodziły podwozie.

RFC 2015 był dla naszej załogi 10-dniowym okresem gromadzenia doświadczeń. Jechaliśmy w obcych dla nas warunkach atmosferycznych. Pierwszy raz pokonywaliśmy też ogromne głazy w rzece. Towarzyszyło temu ogromne zmęczenie, więc staraliśmy się rozłożyć siły, by nie zabrakło ich na kolejne dni i dotarcie do mety. Samo osiągnięcie jej miało być spełnieniem marzeń. Tymczasem okazało się, że znaleźliśmy się w połowie stawki – niedowierzanie! Nasi koledzy, Wojtek Gołębiowski i Tomasz Dargacz, zajęli wysokie, dziesiąte miejsce.

Polecamy Rainforest Challenge prawdziwym pasjonatom, którzy off-road chcą odkrywać na nowo. RFC to nie tylko jazda i rywalizacja, to także zdobywanie umiejętności radzenia sobie w obcym dla Europejczyków terenie. To egzotyka na każdym kroku i niezwykła życzliwość mieszkańców. „Krajem uśmiechniętych ludzi” nazywa się Tajlandię, ale również Malezja w pełni sobie na to miano zasłużyła. RFC ponadto przyciąga ludzi z każdego kontynentu, którzy pomimo innej kultury, zwyczajów, wyglądu, koloru skóry mówią jednym językiem. Językiem zrozumiałym dla każdego prawdziwego fana off-roadu.