Wydaje się więc to trochę dziwne. Dlaczego, skoro od stycznia samochody drożeją i mamy okazję, żeby teraz kupić je jeszcze w lepszej cenie i w dodatku wersję, której może już nie być, Polacy nie ruszyli do salonów? Bo w dalszym ciągu samochód jest u nas bardzo drogi w zestawieniu z naszymi zarobkami.

Chodzi tu o klientów indywidualnych, bo dla firm nie ma większego znaczenia, czy kupią auto o kilka tys. zł drożej. I tak wliczą to w koszty działania. Wprawdzie średnia wynagrodzeń rośnie, ale nadal nowe auto miejskie kosztuje kilkanaście miesięcznych pensji, nie licząc wydatków na codzienne życie. Trudno zatem się dziwić, że samochodem najchętniej kupowanym przez Kowalskiego jest Toyota Yaris. Mniejszy popyt na własne auto wynika zapewne również z tego, że coraz powszechniejszy staje się carsharing. Zwłaszcza w miastach młodzi ludzie chętniej korzystają z aut na godziny niż z własnych. Kolejna sprawa to ciągle import samochodów używanych, i to na wielką skalę.

Trudno się dziwić temu, że w cenie nowego auta miejskiego wielu z nas wybierze kilkuletnią limuzynę lub SUV-a. Takie są realia i nie zmienią się one zbyt szybko. Zobaczymy, czy rządowe dopłaty do elektryków zwiększą ich sprzedaż.

Foto: Auto Świat
Auto Świat 50/2019