Brzydal, paskuda i tym podobne epitety padały najczęściej pod adresem modeli SsangYonga. Nie zmienia to faktu, że Rexton, Actyon czy Kyron były naprawdę niezłymi autami.

Poza dobrymi właściwościami terenowymi modele te miały jeszcze jeden atut: dzieliły niektóre podzespoły, głównie silniki i skrzynie, z Mercedesem. Teraz firma należy do hinduskiej Mahindry. Nowe Korando ma być modelem, który SsangYongowi i jego właścicielowi przetrze drogę na europejski rynek. Jeśli ocenialibyśmy wyłącznie wygląd auta, można by już teraz obwieścić sukces producenta.

SsangYong poszedł sprawdzoną drogą innych dalekowschodnich producentów i zamówił projekt nowego Korando u Włochów. Trzeba przyznać, że studio Giorgetta Giugiara nieźle się spisało. Auto może się podobać, i tonie tylko Europejczykom. Skończono z dziwacznymi przetłoczeniami, kształty się zaokrągliły, a zwarta bryła z krótkimi zwisami i muskularnymi nadkolami przyciąga wzrok.

Zgrabne nadwozie jest wystarczająco przestronne, by pomieścić komplet 5 pasażerów. Miejsca nie zabraknie nawet na tylnej kanapie. Projektanci wygospodarowali także duży bagażnik – 486 litrów to bardzo dobry wynik w klasie. Krótko mówiąc, auto zostało zaprojektowane według najlepszych europejskich standardów. Skrytykować można jedynie kokpit, który trochę trąci myszką. Konkurenci przyzwyczaili nas do ciekawiej wyglądających wnętrz i lepszych materiałów wykończeniowych. Na szczęście twarde plastiki są dobrze spasowane i nawet na wertepach nie dochodzą z nich żadne piski ani trzaski.

Poprzednia generacja modelu nadrabiała brak urody dzielnością w terenie. Auto było pełnowartościową terenówką z ramową konstrukcją i sztywnym tylnym mostem. Nowe Korando zrywa z przeszłością. To typowy przedstawiciel klasy małych SUV-ów z samonośnym nadwoziem, niezależnym zawieszeniem i dołączanym napędem na drugą oś (ta opcja wymaga dopłaty 7 tys. zł). W normalnych warunkach napęd kierowany jest na przednie koła, tył dołącza się tylko w momencie utraty przyczepności lub gdy go zblokujemy. Statystycznemu nabywcy SUV-a rzadko zjeżdżającego z asfaltu to rozwiązanie w zupełności wystarczy.

Korando jednak nie do końca podążyło za panującymi trendami. W przeciwieństwie do twardo zestrojonych konkurentów SsangYong postawił na komfort podróżowania. Nawet wysokie progi zwalniające nie robią wrażenia na zawieszeniu. Niestety, coś za coś – tak miękkie nastawy sprawiają, że przed ostrym zakrętem należy mocniej przyhamować. Piszczące opony i przechylające się nadwozie potrafią napędzić strachu.

Zwalnia się dość często, bo 175 koni i 360 Nm szybko rozpędza „koreańczyka”. W mieście trzeba wręcz przywyknąć do delikatniejszego traktowania pedału gazu, tym bardziej że auto ma większy apetyt, niż deklaruje to producent. Średnio w trybie mieszanym uzyskaliśmy 8 litrów na 100 km. Problematyczne okazało się wyprzedzanie na trasie, gdyż często wymaga zmiany biegów podczas samego manewru.

Po prostu przy 3 tys. obr./min auto traci wigor. Wynika to z charakterystyki rozkładu maksymalnego momentu obrotowego, który jest dostępny między 2 tys. a 3 tys. obr./ min. Aby sprawnie się poruszać trzeba pozostawać w tym zakresie. Niestety, klienci nie mają aktualnie żadnej alternatywy dla 2-litrowego diesla. Importer zapowiada jednak rozszerzenie palety silników o słabszego ropniaka i benzyniaka.

Plany ekspansji może popsuć wysoka cena auta. Testowaną, topową wersję Saphire z napędem 4x4 wyceniono na blisko 111 tys. zł. Tyle samo zapłacimy za najbogatszą Kię Sportage ze 184-konnym dieslem.

PODSUMOWANIE - Bez wątpienia SsangYong zrobił milowy krok w swoim rozwoju, wprowadzając na rynek nowe Korando. Pierwszy naprawdę globalny i atrakcyjny model koreańskiego producenta wykazuje wprawdzie kilka mankamentów, ale nie odstaje zbytnio od konkurencji. Jeśli w ofercie pojawią się bardziej udane jednostki napędowe, a importer zaproponuje atrakcyjniejszą cenę, Korando ma szanse zadomowić się na europejskim rynku. W końcu jeszcze do niedawna logo Kii też nie wzbudzało zaufania, a dziś po modele tego producenta trzeba ustawiać się w kolejkach.