A czytał pan ogłoszenie? – handlarz w nieco agresywnym tonie odpowiedział na telefoniczne pytanie: czy ten samochód był bezwypadkowy? Rzeczywiście, w ogłoszeniu stało jak byk: bezwypadkowy.

A lakier ma oryginalny? – No, może zderzaki były lakierowane, ale to nawet nie da się zmierzyć. Na pozostałych elementach przy panu mogę zmierzyć i wykazać: auto ma na sobie oryginalny lakier. To ważne, bo mówimy o samochodzie z minimalnym przebiegiem (poniżej 15 tys. km), który jednak ma już 4 lata, a kosztuje 32 tys. zł (ogłoszenie w internecie opiewa na kwotę o 2 tys. zł niższą niż na placu – 33,9 tys. zł).

By opłacało się kupić 4-letnie auto, które jest tańsze od nowego o mniej niż 30 proc., musi ono być naprawdę idealne. Jeśli auto jest ogólnie w porządku, to najczęściej jest to widoczne od razu. I tak było też w tym przypadku. Ale dlaczego trafiło do Polski?

Coś się musiało stać i to też widać niemal od razu. Nie na darmo sprzedawca mówił o lakierowanych zderzakach (to akurat nie jest żaden problem) – widać, że z jednej strony przedni zderzak minimalnie odstaje. Rzut oka pod maskę na śruby mocujące błotnik – jakby ktoś się do nich dobierał. I faktycznie, miernik wskazuje wyraźnie, że przednie oba błotniki i maska mają grubszą powłokę lakierniczą niż reszta samochodu.

Nic takiego, to z pewnością ślady po naprawie powierzchownych uszkodzeń, ale auto już nie „dziewica”. Wnętrze – jak nowe, nawet nie mamy chęci sprawdzać autentyczności przebiegu; zresztą może być to trudne, być może jeszcze nikt nie wymieniał w nim nawet oleju silnikowego.

Książki serwisowej brak, przyjmujemy więc, że samochód jeszcze nigdy nie był w serwisie innym niż blacharski. Przejdźmy do wad. W bagażniku we wnęce na koło zapasowe widać ślady powierzchniowej korozji, odrobinę rdzy widać również na wydechu. Felgi (nieoryginalne) w stanie raczej słabym, złazi z nich farba, a malowanie raczej się nie opłaca – trzeba je wymienić lub polubić.

Nic takiego, ale jednak auto już nie pachnie nowością. Tymczasem cennikowa cena nowej Kii Rio w salonie to ok. 46 tys. zł i jest to zazwyczaj pozycja wyjściowa do negocjacji. Gdybyśmy zdecydowali się na nowy samochód z rocznika 2015 (takie są wciąż dostępne), wyjściowa cena maleje do 42 tysięcy, a jeszcze może uda się coś wytargować – choćby firmowe dywaniki czy dodatkowy komplet opon.

No i nowy samochód tej marki ma 7-letnią firmową gwarancję (może i nie obejmuje ona całego samochodu, ale jest), a ten egzemplarz raczej jej nie ma – przesądza o tym brak książki serwisowej i wykonanych w terminie przeglądów.

W przypadku oferowanego egzemplarza zapewne też uda się coś urwać z ceny (choć cena na placu jest o 2 tys. wyższa niż w internecie), ale zapewne trzeba trochę dołożyć: a to na akumulator, a to na olej, filtry itp. Oszczędzasz 8, maksymalnie 10 tys. zł, a dostajesz auto po naprawie lakierniczej, bez książki serwisowej i bez gwarancji, za to z niewielkimi otarciami lakieru i z drobnymi śladami korozji.

Nie opłaca się – jak w większości samochodów sprowadzanych z Niemiec, które są prawie nowe i prawie idealne. W takiej sytuacji, gdy już zdecydowanie nastawiamy się na ten model auta, warto odwiedzić salon i dowiedzieć się, jaka jest ostateczna kwota do zapłaty. Warto też przycisnąć handlarza – nie należy wykluczyć, że gdy zobaczy klienta skłonnego zapłacić od ręki 27-28 tys. zł, to taką ofertą nie pogardzi. W końcu każdy kolejny miesiąc postoju samochodu na placu oznacza dla niego koszty.