• Urządzeniem za 150 zł można złamać fabryczne zabezpieczenia w samochodzie. Test przeprowadzili dziennikarze Auto Bild w Niemczech
  • W zeszłym roku w Polsce skradziono ponad 13,5 tys. samochodów. W 2000 r. z polskich ulic zginęło 70 000 aut.
  • Nawet w ciągu pierwszej doby od kradzieży samochód może zostać niemal w całości rozebrany na części.
  • Policjant: „Gdy mundurowy twierdzi, że jest lepszym kierowcą od złodzieja i dopadnie go po pościgu, to gada głupoty, albo naoglądał się za dużo filmów”

Statystyka jest królową. Skoro z roku na rok kradnie się w Polsce coraz mniej samochodów, to zasadniczo powinno być lepiej. Ale czy aby na pewno? W zeszłym roku skradziono w Polsce ponad 13,5 tys. samochodów. Cztery lata temu ponad 14 tys. pojazdów. W 2009 roku ponad 16 tys. aut. A w 2000 roku zginęło ponad 70 tys. samochodów! Właściwie niemal wszyscy powinni być zadowoleni: władze, zwykli obywatele oraz oczywiście sami funkcjonariusze. A co z przestępcami?

Zdaniem policjantów złodzieje zmienili wyposażenie, zwyczaje oraz zamiłowania. Zamiast specjalnych łamaków czy tzw. porcelanek (do wybijania szyby) coraz częściej są tablety, komputery, specjalne moduły diagnostyczne i smartfony. W ciągu ostatnich kilkunastu lat wiele zmieniło się na liście najczęściej kradzionych samochodów. Już nie ma Fiatów, Daewoo czy Polonezów. Zostały za to popularne w naszym kraju samochody marek niemieckich i japońskich. Z roku na rok ginie ich jednak coraz mniej. Dlaczego?

Dziupla odkryta przez funkcjonariuszy

Były szef komórki operacyjnej w wydziale do walki z przestępczością samochodową wyjaśnia: „Kradzież i sprzedaż aut klasy premium przynosi ogromne zyski. Dziś nie trzeba kraść 12 Polonezów, by zarobić na nich kilka tysięcy złotych. Wystarczy jeden dobry strzał w postaci BMW lub Audi, by do kasy wpadło kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy. Mówiąc wprost – nie trzeba się narobić, by zarobić w złodziejskim fachu”.

Wciąż marki niemieckie i japońskie

„Liczby nie kłamią – w Polsce najwięcej kradnie się samochodów z grupy VAG. Natomiast w poszczególnych województwach czy miastach sytuacja bywa inna. Na przykład na terenie aglomeracji warszawskiej, czyli siedmiu komend rejonowych i dziewięciu powiatowych, najczęściej kradzione są „japończyki”. Zjawisko utrzymuje się od 2001- 2002 r. Auta te nauczyli się kraść złodzieje wywodzący się z powiatu wołomińskiego. Pomijając fakt, że są to samochody idealne to zrobienia tzw. przeszczepu, gdyż posiadają stosunkowo niewiele cech indentyfikacyjnych, to złodzieje nauczyli się kraść je w klasyczny sposób – z ulicy” – wyjaśnia jeden z policjantów.

Potwierdza to Mirosław Marianowski z firmy Gannet Guard Systems – „W stolicy i jej najbliższych okolicach najczęściej prowadzimy akcje namierzania i odzyskiwania Toyot oraz Mazd. Zwykle kradzione są w godzinach późnowieczornych lub w środku nocy, bo dzięki temu złodzieje mają najwięcej czasu na zaopiekowanie się nimi, zanim śpiący właściciel zorientuje się, że jego auto zniknęło”.

Jak giną samochody?

Nie ma reguły. Samochody kradzione są wprost z ulicy, parkingów przy centrach handlowych czy nawet z przydomowych garaży. Zdaniem policjantów obecnie nie ma samochodu, którego nie da się ukraść. Nawet jednak jeśli uda się je odnaleźć to pojawia się inny problem. Zdarzają się już takie odzyskane samochody, w których biegły nie znajduje śladu dokonanej kradzieży.

Auta najczęściej padają łupem niewielkich grup, w których każda z osób obiera inny cel. Zanim jednak dokonają kradzieży, spędzają czas na sprawdzeniu czy nie są śledzeni. Jednym ze zwyczajów jest pokonywanie kilku kilometrów po mieście różnymi legalnymi samochodami (nie rzadko także jeżdżąc brawurowo). Finalnie zmieniają pojazd dopiero po upewnieniu się, że nie są obserwowani. Wszystko po to, by w ciągu jednej wyprawy ukraść nawet kilka samochodów. Wbrew pozorom nie trafiają one od razu do dziupli. Przestawiane są na duże osiedlowe parkingi, by z bezpiecznej odległości łatwiej prowadzić obserwacje i upewnić się, czy pojazd nie jest namierzany (a to mogłoby zwiększyć ryzyko odkrycia kolejnej dziupli).

Funkcjonariusz podczas oględzin samochodu w odkrytej dziupli

Rzadko kiedy dochodzi do sytuacji, że złodziej daje się złapać w poszukiwanym samochodzie. Spektakularne ucieczki i pościgi nie są na porządku dziennym. „Policjanci mają do wyboru: albo złapać złodzieja na gorącym uczynku, albo działać z zaskoczenia. Gdy mundurowy twierdzi, że jest lepszym kierowcą od złodzieja i dopadnie go po pościgu, to gada głupoty, albo naoglądał się za dużo filmów” – wyjaśnia jeden z funkcjonariuszy. I dodaje – „Złodziej zawsze „idzie do końca”. Samochód w jego rękach jest równie niebezpieczny, co pistolet. Mój kolega, który miał dokonać zatrzymania dynamicznego, został potrącony. Na szczęście przeżył i wrócił do pracy. Wykonuje w tej chwili mniej ryzykowne zadania, siedzi za biurkiem”.

Bez kluczyka – bez samochodu

Nie jest tajemnicą, że złodziejom ułatwili życie sami producenci samochodów. Popularność systemów bezkluczykowych (Keyless Go) sprawia, że coraz łatwiej przejąć kontrolę nad samochodem bez jakiejkolwiek fizycznej ingerencji związanej z uszkodzeniem zamków czy wybiciem szyby. Wystarczy odpowiedni sprzęt: skaner, wzmacniacz i transmiter sygnału (całość w ramach tzw. walizki) by oszukać odbiornik w samochodzie i uruchomić silnik.

Zdaniem policjantów jest to wyrafinowana metoda, która wymaga dużych inwestycji. „Jedynie zawodowi złodzieje, zorganizowane grupy przestępcze będące na szczycie hierarchii nielegalnego świata korzystają z metody na „walizkę”. Wynika to z faktu, że pozyskanie technologii i specjalistycznego sprzętu oznacza często wydatek kilkudziesięciu tysięcy złotych, a nawet setek tysięcy złotych. Technologia stosowana przez przestępców wywodzi się bezpośrednio z rozwiązań wykorzystywanych przez służby specjalne bloku wschodniego, a większość „walizek” jest sprowadzanych właśnie ze wschodu” – wyjaśniają rozmówcy.

Znamienne, że niektóre systemy Keyeless Go można jednak oszukać przy użyciu samodzielnie zbudowanych zestawów na bazie podzespołów o łącznej wartości nieprzekraczającej 150 zł. Dziennikarze Auto Bild mieli okazję wypróbować sprzęt, który skonstruował Matthias Roetsch, inżynier elektryk i aktywista Chaos Computer Club. Dzięki urządzeniom udało się sprawnie otworzyć i uruchomić dwa nowe modele: BMW 218i oraz Forda EcoSport.

Specjalizacja – na Passata czy Mazdę 6

Policjanci zwracają uwagę na jeszcze jedno zjawisko: wyspecjalizowanie przestępców. Złodzieje starają się możliwie jak najlepiej poznać stosowane fabryczne zabezpieczenia oraz najpopularniejsze dodatkowe urządzenia montowane w fabrycznych serwisach. Źródłem informacji są także sami mechanicy pracujący w ASO poszczególnych marek. Do tego jeszcze dochodzi rutyna pracowników i powtarzalność montażu dodatkowych zabezpieczeń, co sprawia, że złodzieje radzą sobie nawet z najnowszymi egzemplarzami samochodów.

Były szef komórki operacyjnej Policji wyjaśnia: „Złodziej-zawodowiec, który po raz setny kradnie Volkswagena Passata, otwiera go w taki sposób, że nikt postronny nie zdaje sobie sprawy, że ma do czynienia z kradzieżą. W dzisiejszych czasach takiego auta nie kradnie się przy użyciu łomu i łamaków. Przychodzi się z urządzeniem wielkości telefonu komórkowego. Auto wprowadzane jest w tryb serwisowy i „odjeżdża na śrubokręcie”.

Co dzieje się ze skradzionymi samochodami?

Jeśli pojazdy mają zostać w kraju, to zwykle są rozbierane na części, co ma duży wpływ na zjawisko wyłudzania pieniędzy z ubezpieczeń komunikacyjnych. Samochody rozbierane są tak szybko jak to możliwe, aby sprawnie pozbyć się tzw. gorącego towaru. „Przestępcy starają się, aby od chwili kradzieży do momentu rozebrania samochodu minęło jak najmniej czasu. Bywa, że już po niespełna dobie od zniknięcia z parkingu lub garażu auto rozłożone jest na czynniki pierwsze” - wyjaśnia Mirosław Marianowski.

Części - najbardziej pożądane z kradzionych samochodów. Można na nich sporo zarobić

Co ciekawe części trafiają nie tylko do polskich warsztatów ale także za granicę. Według policjantów największymi rynkami zbytu są kraje byłego Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Wraz z zaostrzeniem kar za kradzieże na Litwie czy Łotwie zaobserwowano zwiększone zainteresowanie częściami zamiennymi wśród handlarzy zza naszej wschodniej granicy.

Nie każdy samochód zostaje poddany rozbiórce. Czasami bywa legalizowany. Najprostszą metodą jest odkup mocno zniszczonych samochodów (spalonych czy uszkodzonych na skutek powodzi lub zatonięcia w zbiorniku wodnym czy rzece), które posłużą jako dawcy. Potem wrócą na polski rynek lub trafią za granicę.

Jak skutecznie ochronić swoją własność?

Eksperci powtarzają aż do znudzenia to samo: im bardziej nietypowe zabezpieczenie tym większe szanse na święty spokój. I nie chodzi jedynie o pomysłowe blokady skrzyni biegów czy siermiężne blokowanie pedałów. Godne uwagi są pomysłowe wyłączniki zapłonu (aby uruchomić silnik musimy np. wykonać odpowiednią kombinację przycisków) oraz moduły podłączane do szyny CAN (np. do blokowania komunikacji przez gniazdo diagnostyczne).

Wśród niezbędnych elektronicznych dodatków wskazywany jest jeszcze monitoring. Dariusz Kwakszys z Gannet Guard wyjaśnia – „W grę wchodzą monitoring, zwłaszcza radiowy. Rzecz w tym, że system bazujący na dedykowanej częstotliwości radiowej, a nie sygnałach GPS/GSM, jest odporny na działanie zagłuszarek powszechnie stosowanych przez złodziei. Ponadto pozwala ustalić pozycję skradzionego samochodu, nawet jeśli został on ukryty w garażu podziemnym czy kontenerze”.

Mniejsze zainteresowanie wśród złodziei mają także samochody po tuningu, dzięki któremu lepiej odróżniają się od pozostałych. Nie sposób wspomnieć o jeszcze jednym: cenach części zamiennych do popularnych aut na rynku. Zainteresowanie kradzionymi częściami będzie tak długo trwało, dopóki będą wysokie ceny nowych podzespołów (przy niskiej podaży zamienników) a niekiedy nawet windowane do absurdalnego poziomu (za komplet 4 wtryskiwaczy do diesla nawet kilkanaście tysięcy złotych).

Oczywiście nawet najlepsze zabezpieczenie nie uchroni nas przed utratą samochodu, ale może ułatwić jego odzyskanie. Niestety nie ochroni nas także przed innym zagrożeniem – wandalizmem. Eksperci z branży zabezpieczeń zwracają uwagę na powtarzające się przypadki zniszczenia wnętrza samochodu. Złodzieje w poszukiwaniu systemu monitoringu i lokalizacji potrafią zdemolować wnętrze. Wszystko po to, aby odnaleźć moduł i go zniszczyć lub wyrzucić. Przestępcy zdają sobie bowiem sprawę z tego, że nie zawsze da się w pełni zagłuszyć system dobrze schowany w samochodzie.

Cóż zatem pozostaje? Pocieszać się tym, że samochodów ginie coraz mniej – przynajmniej wedle statystyk. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by własny samochód uzbroić w kilka niesztampowych rozwiązań, dzięki którym stanie się po prostu większą przeszkodą dla złodzieja.