Była też rewolucja francuska, która skończyła się ścięciem kilku głów. Właśnie – nawiązując do tego tematu, spędziłem niedawno kilka dni w posiadłości w Chantilly pod Paryżem. To taki pałacyk, który żona króla (czyli królowa) dostała w prezencie od męża. Do dzisiaj w Chantilly hoduje się konie. Później się je sprzedaje i są to jedne z najdroższych koni we Francji. Bo i Chantilly ma renomę najlepszej francuskiej hodowli. Ale wracając do tematu ściętych głów – też bym ściął głowę królowi, który prezentuje żonie taką posiadłość, podczas gdy jego poddani jedzą powietrze.

Była też rewolucja październikowa. O ile ta francuska zakończyła się (w zależności oczywiście od punktu widzenia) całkiem całkiem, to październikowa nie bardzo. Ścięto więcej głów, a efekty odbijały się czkawką całemu światu przez kilkadziesiąt lat. I niektórym dalej się odbijają.

Z rewolucji nieszkodliwych, do głowy przychodzi mi rewolucja hippisowska.  Ruch hippisów początkowo był buntem młodzieży przeciwko światu i wartościom dorosłych (jedno z haseł – nie wierz nikomu po trzydziestce, nie wierz w rodzinę, kościół i edukację).  Później zamienił się w ruch pacyfistyczny. Hippisi wierzyli w niezobowiązujący seks, zioło i świat pełen wolności. Można się z nimi zgadzać, albo nie. W każdym z powyższych punktów razem, albo w każdym osobno. Ale należy być wdzięcznym za kolorowe flower-busy, pacyfę, Janis Joplin i Forresta Gumpa.

Ponieważ – teoretycznie – powinienem poruszyć wątek motoryzacyjny, przypomnę Wam poniżej tylko fragment tekstu „Mercedes-Benz”. To ostatni utwór nagrany przez Janis Joplin. Artystka zmarła 3 dni po jego zarejestrowaniu. W przewrotny sposób szydzi w nim z tych, którzy gonią za pieniądzem i poklaskiem otoczenia.

Ostatni rewolucja, o której wspomnę, to rewolucja technologiczna. To dzięki niej mogę teraz napisać coś, co za 10 minut będzie można przeczytać w Mozambiku. Pod warunkiem, że ktokolwiek w Mozambiku ma ochotę czytać to, co piszę. Prawdę mówiąc, szczerze wątpię, ale dzięki rewolucji technologicznej nie wykluczam.

Tylko, zapytacie, co wspólnego mają samochody z rewolucjami, tymi mniejszymi i tymi większymi? Otóż mają. Czasem nowy model jest wyłącznie ewolucją i nie wnosi wiele nowego. Ale czasem jest właśnie rzeczoną rewolucją. I tak jest w przypadku Nissana Qashqai.

Tego nowego, który zastąpił poprzedzające go pudełko. Bo tak właśnie wygląda przy swoim następcy poprzedni Qashqai. Wiem, to kwestia gustu. Dosyć odważna stylistyka Nissana (nie tylko Qashqai, ale także X-Trail, a przede wszystkim znany już od kilku ładnych lat Juke), może się podobać, albo nie. Zawsze tak jest, kiedy mamy do czynienia z ryzykowną kreska projektanta.  W moim odczuciu nowy Qashqai jest samochodem, który zdecydowanie wybija się ponad normę, a nie zawsze tak się owo stawianie  odważnych kresek kończy. Popatrzcie choćby na nowego Mustanga. Boli mnie to szczególnie, bo, jak wiecie, jestem zagorzałym fanem i użytkownikiem amerykańskich samochodów. A nowy Mustang stracił wiele ze swojego charakteru należnego muscle cars. Z grubiańskiego, ordynarnego twardziela stał się metroseksualnym bulwarowcem.

Ale o nowym Mustangu będzie jeszcze okazja wspomnieć przy okazji jego premiery w polskich salonach. Wróćmy więc do Nissana Qashqai. Nowy jest większy, ładniejszy (wiem, kwestia gustu) i totalnie przyjazny. Nie lubię się rozpisywać na temat szczegółowych parametrów technicznych, bo te każdy może znaleźć w katalogu albo w nudnych motoryzacyjnych czasopismach (99% polskich testów samochodów polega na porównaniu procentowego zysku przestrzeni bagażowej) . Za to lubię mówić o wrażeniach. O tym, czy jazda samochodem jest katorgą, czy przyjemnością.

Wygląda na pakera. A w środku tylko 1.2 litra..., fot. Adam Widomski

W przypadku Qashqai’a jest fajnie. I jeśli miałbym go opisać jednym słowem, to powiedziałbym, że to po prostu fajny samochód.  Przejechałem nim blisko 3 tysiące kilometrów i z dnia na dzień stawał się jeszcze fajniejszy. Przytulny i miły w dotyku.

Największy niepokój budził we mnie, przepraszam, stosunek, jego wielkości i masy do pojemności silnika, który do tego sprzężony jest jeszcze z bezstopniową skrzynią XTRONIC. Dla laików – skrzynia bezstopniowa CVT (Continuous Variable Transmission) to taka skrzynia, która powoduje, że kierowca ma wrażenie, jakby jechał tramwajem.  XTRONIC Nissana imituje pracę automatycznej skrzyni o wielu przełożeniach, więc ta „tramwajowość” nie jest aż tak wyczuwalna.  Ale nie bawmy się w szczegóły. Ma jechać i jedzie. Tylko jak jedzie, skoro pod maską całkiem sporego samochodu znajduje się silnik o pojemności niespełna 1.2 litra?

Otóż jedzie całkiem dobrze.  Szczerze mówiąc, po kilkudziesięciu minutach całkowicie zapomniałem o tym, budzącym niepokój, stosunku. Oczywiście Qashqai nie jest demonem prędkości i nie zrywa asfaltu po wciśnięciu pedału gazu, ale dalecy od prawdy będą Ci, którzy patrząc na dane katalogowe uznają go za muła roboczego.

Intuicyjna obsługa. Łatwo i przyjemnie, fot. Adam Widomski

Dla kogo jest Nissan Qashqai? W społeczeństwie zachodnim pewnie zostałby zaliczony do kategorii samochodów, które kupuje się żonie. Albo mężowi, w zależności od podziału obowiązków. Zawieźć dzieciaki do szkoły, zrobić tygodniowe zakupy w centrum handlowym, podjechać do znajomych na kawę. Ale w społeczeństwie, które nie jest jeszcze tak zamożne, jak to zachodnie, Qashqai odpowiedzialnie może spełniać funkcję samochodu numer 1. Nie tylko po mieście, ale też w dalszą trasę albo na wakacje. Duży w środku, ze sporą przestrzenią bagażową.

Wady? Każdy ma wady, nie ma na świecie konstrukcji idealnej, zarówno żywej jak i martwej.  Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, tak na siłę, to apetyt na paliwo. Przy silniku o pojemności 1.2 litra Qashqai zużył średnio 7.5 litra benzyny na 100 kilometrów. Ale i warunki, z jakimi musiał sobie poradzić, nie były najbardziej komfortowe.  Część po autostradzie, zdecydowana większość w górach, czyli pokonywał wąskie, kręte drogi i mnóstwo podjazdów. Nie wiem zatem, czy to rzeczywiście wada, bo w końcu Qashqai to całkiem spory facet. Więc i na głodowej diecie daleko nie pociągnie.

Mały silniczek, ale napić się lubi, fot. Adam Widomski

Niewiele jest samochodów, których nie chcę oddawać. Qashqai’a mógłbym zostawić sobie na zawsze, gdybym miał pewność, że nie będzie mnie w związku z tym ścigał Interpol, albo, co gorsza, detektyw Rutkowski. A nawet miałbym, w związku z tym samym, całą masę dodatkowych korzyści, ponieważ Qashqai’a nie chciała oddać przede wszystkim moja żona. Oddałem. Szczęśliwie obyło się bez cichych dni.

ZOBACZ TEŻ:

Eco driving. Bedę królikiem doświadczalnym

Motocykle są dla mądrzejszych

Miejscy rowerzyści. Zbawienie, czy problem?

Technologiczne cudo kultowej marki