To, że polskie auto znalazło się w Niemczech, nie jest jeszcze czymś niezwykłym (wystarczy spojrzeć na liczbę ogłoszeń dotyczących sprzedaży PF 126p), ale skąd wziął się tam Tarpan? Krótka wędrówka po internecie i mamy wyjaśnienie: "Tarpan eksportowany był do wielu krajów na całym świecie, m.in. do Iranu, Egiptu, Grecji, a także Hiszpanii i krajów RWPG (państwa socjalistyczne)".

OK, wszystko jasne - najwyraźniej nasz bohater to spadek po jednym z państwowych przedsiębiorstw w byłym NRD. Ale dlaczego Fiat? Postanowiliśmy przyjrzeć się temu autu bliżej. Ogłoszenie było bardzo zachęcające. Nasz bohater (w kolorze yellow bahama) został wyprodukowany w 1989 roku, a na liczniku widniało zaledwie 7800 km!

Cena: 1700 euro - jak na Tarpana z tego okresu dużo, jak na idealnie zachowanego dostawczego youngtimera z niemalże zerowym przebiegiem - okazja! Poza tym Tarpan na zdjęciach wyglądał naprawdę dobrze, a komis, w którym się znajdował, był oddalony kilka kilometrów od Berlina.

Niezniszczona tapicerka mogła świadczyć o tym, że auto było faktycznie bardzo mało używane. Zaciekawieni znaleziskiem napisaliśmy e-maila do sprzedawcy z prośbą o szczegóły dotyczące pojazdu. Odpowiedź była jeszcze bardziej zaskakująca niż treść ogłoszenia. Okazało się bowiem, że Tarpana rzeczywiście wyprodukowano w 1989 roku, ale data pierwszej rejestracji to... lipiec 1996!

Jeszcze dziwniejszy jest kraj pierwszej rejestracji - Hiszpania! Dlaczego auto tak długo było nieużywane? Sprzedawca sugerował, że był to egzemplarz prezentacyjny i stał w salonie. Do Niemiec samochód trafił dopiero w połowie 2001 roku. Według kserokopii Fahrzeugbriefu Tarpan miał w Niemczech dwóch właścicieli. Poza tym sprzedawca o polsko brzmiącym nazwisku (ale niemówiący słowa po polsku) podczas rozmowy telefonicznej zapewniał nas, że Tarpan jest w dobrym stanie, ma wyglądające jak nowe oryginalne opony, a jedynymi problemami są: trochę rdzy na tylnej klapie, dziurawy tłumik oraz dławiący się silnik.

Tak czy inaczej, da się nim wrócić do Polski na kołach. Ze względu na kompletny brak zainteresowania autem (zarówno ze strony polskich handlarzy, jak i niemieckich kupujących) po krótkich pertraktacjach sprzedawca już przez telefon zgodził się opuścić cenę do 1000 euro. Zapadła decyzja: jedziemy uratować przed złomowiskiem legendę polskich szos! Umówiliśmy się ze sprzedawcą na konkretną datę, upewniliśmy się, czy samochód ma komplet niezbędnych dokumentów potrzebnych do podróży i rejestracji w Polsce, i dwa tygodnie później dotarliśmy pod Berlin - do Falkensee.

Tu niestety zaczyna się mniej optymistyczna część naszej opowieści. To co zastaliśmy na miejscu, nawet w kilku procentach nie odpowiadało stanowi, jaki opisano nam w rozmowach telefonicznych.Największym problemem samochodu okazała się wszechobecna korozja. Zaatakowana została nie tylko tylna klapa. Trudno było znaleźć element, który nie zardzewiał. Progi, słupki okienne, drzwi, podłoga - wszystkie te części przeżarła już rdza.

Wiedzieliśmy oczywiście, że Tarpany nie grzeszyły jakością i trwałością, ale zapewnienia sprzedawcy i mały przebieg dały nam nadzieję, że może ten eksportowy przecież egzemplarz jest wyjątkiem. Niestety, prawda okazała się brutalna. Takie rzeczy, jak uszkodzona stacyjka (odpalanie auta na dorobiony przycisk), podarta plandeka i tapicerka, to wobec kondycji karoserii niewiele znaczące detale.

Tarpana udało się co prawda uruchomić, ale stan podzespołów nie dawał gwarancji, że zdołamy dotrzeć choćby do granicy. Silnik (nawet rozgrzany) pracował tylko na wysokich obrotach, a kruczoczarny olej nie był wymieniany już bardzo długo. Do tego nieszczelna skrzynia biegów.

Na nasze dające się odczuć poirytowanie stanem rzeczy sprzedawca zasugerował obniżenie ceny do 700 euro. Po paru minutach pożegnaliśmy sięi ruszyliśmy w przeszło 700-kilometrową drogę do domu.

A Tarpan? Sprzedawca twierdził, że w ciągu kilku dni odda go na złom. Szkoda, zapowiadał się bardzo ładny i cenny youngtimer. Niestety, koszty wykonania kompletnej blacharki i lakieru, prac przy mechanice, a także sprowadzenia i rejestracji w Polsce byłyby wielokrotnie wyższe od wartości odrestaurowanego pojazdu. Szacujemy, że łącznie trzeba by liczyć się z wydatkiem ok. 10 tys. zł - dużo jak na 19-letniego Tarpana...

Nasza historia niech będzie nauczką dla wszystkich, którzy w pogoni za okazją zamierzają przebyć setki kilometrów, by kupić upragniony samochód. Nieważne, o jakie auto chodzi. Zapewnienia sprzedającego są prawie zawsze mocno podkolorowane, a najistotniejsze wady przemilczane lub bagatelizowane. Zawsze warto poprosić o aktualne zdjęcia dobrej jakości - to oczywiście nie ustrzeże nas przed oszustwem, ale w wielu przypadkach może bardzo pomóc.