Logo

Uliczni partyzanci walczą z fotoradarami

Kulig Robert
Kulig Robert
Dodaj w Google
Przedmieścia Krakowa, na tradycyjnie już zablokowanej "zakopiance" co kilka minut widać błysk lampy  fotoradaru. Nie byłoby nic w tym dziwnego, gdyby auta nie snuły się z prędkością 30-40 km/h w kierunku zimowej stolicy Polski. Ograniczenie na tym odcinku jest ustalone na poziomie 70km/h, a żaden z samochodów z pewnością przekroczył takiej prędkości.
Nieprzypadkowo, po przeciwnej  stronie drogi spotykam Marcina, studenta automatyki AGH. Coś grzebie przy swojej Mazdzie 5, sprawdza ciśnienie w kołach,  co jakiś czas wchodzi do środka, pochyla się pod kierownicą. Jakby nie wiedział co dręczy jego samochód. Pozory jednak mylą, a krzątanie się przy drodze ma służyć tylko maskowaniu prawdziwego celu postoju. Nie była to naprawa samochodu.
Logo

Czytaj nas częściej w Google

Dodaj w Google
Wcześniej poznałem go na forum dla pasjonatów elektroniki. Chwalił się, że stworzył coś, za co każdy zawodowy kierowca zapłaci poważne pieniądze, a jemu w przyszłości przyniesie krocie.  Po kilkutygodniowej namowie, zgodził się spotkać i pokazać swój wynalazek, który może przewrócić poruszanie się po drogach do góry nogami.
- To taki "deregulator" pracy stacjonarnych fotoradarów.  Zakłóca pracę radia i błędnie wyświetla odczyt, ale nie wyłącza go i nie pokazuje błędów jak klasyczne antyradary - mówi student stojąc nad niewielką czarną skrzynką z wyświetlaczem i anteną kierunkową.
Po 5 minutowej rozmowie, wszedł do samochodu, pokręcił  gałkę na czarnej puszce, z której wystaje kilkadziesiąt kabelków, ustawił wartość "90". Później dowiedziałem się, że jest to prędkość, na którą "zaprogramował" fotoradar.  Od tej pory radar, konkretnego typu, odczytywał każdą prędkość na poziomie 90km/h.
- Trzeba było ustawić kilka pasm transmisji, do różnych producentów, na razie testuję tego "zurada".  Tak mówiąc najprościej, to takie hackowanie fotoradarów i przejęcie nad nimi kontroli - mówi z ironicznym uśmiechem Marcin, pokazując na żółtą puszkę przy drodze.
Po konsultacjach z kolegami na studiach, stworzył "deregulator", ponieważ denerwowało go jazda  po "zakopiance" i hamowanie tuż przed radarami. Według Marcina, maszty były ustawione w miejscach, gdzie mają tylko przenosić zyski, a nie dbać o bezpieczeństwo.
- W miejscach naprawdę niebezpiecznych, kierowcy rocznie zabijają  kilkanaście osób. Nikt tam nie chce postawić nawet radiowozu. "Miśki" stoją tam, gdzie jest ładna droga, nie ma pieszych i można się rozpędzić. Właśnie dlatego atakujemy tylko te fotoradary, które są skarbonką  - dodał, równocześnie wyłączył swoje dzieło, a ślamazarnie poruszające się samochody już nie były "obstrzeliwane" z puszki fotoradaru.
Ale oprócz misji, Marcin nie ukrywa, że w przyszłości chciałby zarobić na "deregulatorze". Już teraz złożył wniosek o przyznanie patentu, a za kilka miesięcy chce się spotkać z największymi producentami elektroniki do aut.
- To jest wersja robocza, ale jeśli nadajniki zamontuje się  zamiast czujników parkowania, możemy skutecznie jeździć po Polsce i Niemczech, nie obawiając się "suszarek" i "zuradów" - kończy swoją prezentację przyszły inżynier.
Marcin nie chciał powiedzieć czy korzysta ze swojego wynalazku w normalnych ruchu, a także nie chciał zdradzić żadnych szczegółów technicznych. Te mamy poznać za kilka miesięcy, kiedy produkt będzie mógł wejść na rynek.
Miejscy partyzanci
Podobnie jak Marcin, działa grupa z Łodzi. Nazywają siebie  "foto-partyzantami", a ich slogan to "realnie, a nie fiskalnie" - ma odnosić się do poprawy bezpieczeństwa na drogach, poprzez stawianie fotoradarów w, ich zdaniem, niewłaściwych miejscach. Sześcioosobową grupę także poznałem na elektronicznym forum, ich nie trzyma tajemnica związana z patentem i chętniej mówią o swojej "zabawie".  Gdy wzmogli swoją aktywność na ulicach, kontakty i dyskusje prowadzą tylko w anonimowym Internecie "TOR".
- My używamy jammerów, co prawda nie są to stuprocentowo seryjne modele, ale samo urządzenie idealnie nam spasowało. Nie projektujemy anten, nadajników. My tylko je lepiej zaprogramowaliśmy - mówi jeden z mężczyzn o nicku "wicky". Prywatnie ojciec dwójki córek, zawodowo nauczyciel fizyki w łódzkim LO.
Wicky, w czasie wypadów na miasto ze znajomymi elektronikami, starają się być anonimowi. Jeden jest przechodniem z psem, po 10 minutach przychodzi kolejny z dzieckiem, następny naprawia auto. I tak przez kilka godzin w tygodniu. Robią wszystko, by monitoring w okolicach fotoradarów, nie skojarzył ich z zaburzoną pracą urządzenia do pomiaru prędkości.
- Czasami siedzimy w samochodzie i psujemy radar. Na przykład jedzie polonez, a my ustawiamy 250 km/h.  Są to ekstremalne sytuacje, ale najczęściej siedzimy i zaniżamy do wartości o 40 km/h. Nasze urządzenie nie może nadawać wartości w kilometrach na godzinę,  a tylko obniżać o zdeklarowaną wartość. Czyli jedziesz 70km/h, nastawiamy na -20km/h i dla radaru jedziesz z dopuszczalną prędkością  - mówi szczerze o swoim radarze.
Urządzenie łódzkich "partyzantów" to kawałek plastiku na kształt policyjnej "suszarki", wewnątrz nadajnik odpowiednie zaprogramowany, na zewnątrz pokrętło z niewielkim wyświetlaczem. Po ustawieniu wartości obniżającej lub podwyższającej odczyt, mierzą w radar ustawiony przy ulicy i "strzelają". Tym samym zaburzają wartość odczytu. To z kolei ogranicza wpływy z mandatów do budżetu…
Ich jammer działa tylko na jeden rodzaj fotoradaru, podobniej jak u Marcina, Zurad. Ale łódzkiej przeróbki nie można zamontować w samochodzie i nie radzi sobie z nowoczesnymi prędkościomierzami, które są w rękach policji.
- Ale jeszcze nie powiedzieliśmy ostatniego słowa. Jeśli uda nam się rozpracować "suszarki", to i je będziemy zagłuszać, kiedy policja będzie rozstawiona w głupim miejscu.  Nam naprawdę zależy na bezpieczeństwie! Ale tym realnym, a nie fiskalnym - skończył rozmowę "Wicky".
Radiem w prawo
Jak mówią policjanci z małopolskiej drogówki, używanie w swoim pojeździe podczas jazdy ww. urządzeń popełnia wykroczenie.
- Zabrania się przewożenia w pojeździe takiego urządzenia w stanie wskazującym na gotowość jego użycia. Kierujący, który nie dostosuje się  zostanie ukarany grzywną w kwocie od 20 - 500 zł. oraz zostaną nałożone na niego 3 pkt. karne.  Jednocześnie informuję, że Prawo o ruchu drogowym nie zabrania pieszemu z korzystania z ww. sprzętu, w związku z powyższym pieszy nie może dostać  mandatu karnego - mówi Janusz Nowobilski.
Dlatego na "partyzantów",  czekają jeszcze inne paragrafy.
- Jeśli mamy do czynienia z urządzeniami nadawczymi, może dojść do złamania prawa, ale nie znam szczegółów w tych przypadkach. Inspekcja Transportu Drogowego, jeśli stwierdzi zakłócanie swoich urządzeń, może się do nas zwrócić a my to zbadamy. Za nielegalne korzystanie z częstotliwości, na które trzeba mieć zgodę, grozi gara nawet do 2 lat więzienia - kończy  Jacek Strzałkowski, rzecznik prasowy Urzędu Komunikacji Elektronicznej.
Autor Kulig Robert
Kulig Robert
Powiązane tematy:CzytelniaMoto (Serwis)

To jest materiałPremium

Dołącz do Premium i odblokuj wszystkie funkcje dla materiałów Premium:

czytajsłuchajskracaj

Dołącz do premium
Odpowiedź na pytanie przygotowana przez Onet Czat z AI:
Coś poszło nie tak.Spróbuj ponownie później.
Wyczerpałeś dzienny limit konwersacji z Onet Czatem z AI.Spróbuj ponownie jutro. Pamiętaj, że wciąż możesz korzystać z treści na Onecie!