Najpierw pobieżne odśnieżanie drzwi, na tyle, żeby dostać się do samochodu i nie zasypać fotela śniegiem, później uruchomienie silnika, włączenie ogrzewania i nawiewu i dopiero wtedy odśnieżanie i usuwanie lodu z szyb — dla wielu (większości?) kierowców to najbardziej naturalna kolejność działań w mroźny poranek. Tyle że to nie do końca zgodne z prawem, bo najczęściej podpada pod paragraf "używanie samochodu na obszarze zabudowanym w sposób powodujący uciążliwości związane z nadmierną emisją spalin lub nadmiernym hałasem" — i cyk, 300 zł na mandacik!
Poznaj kontekst z AI
Już za samo pozostawienie samochodu z pracującym silnikiem podczas postoju w terenie zabudowanym może kosztować 100 zł. Ale że ryzyko kary jest w praktyce niewielkie, to przepisy powstrzymują nielicznych. Pozostaje pytanie, czy z technicznego punktu widzenia w ogóle warto grzać samochód przed ruszeniem.
Klasyki mogą potrzebować dłuższej chwili po uruchomieniu
Kiedyś podczas mrozów było to zupełnie oczywiste, że przed ruszeniem w drogę przynajmniej chwilę trzeba zaczekać z pracującym silnikiem. Stąd u wielu starszych kierowców taki nawyk nie dziwi. Z czego to wynika? Pamiętacie jeszcze Maluchy, Polonezy czy Duże Fiaty? Wszystkie te auta miały coś takiego jak ssanie. Przy zimnym silniku trzeba było przed uruchomieniem pociągnąć cięgno ssania, żeby wzbogacić mieszankę na czas rozruchu i na pierwsze minuty pracy silnika, do momentu, kiedy przynajmniej trochę się zagrzeje. Z uruchomionym ssaniem silnik źle reaguje na wciskanie gazu, gorzej przyspiesza, może łatwo zgasnąć, tym bardziej, w sytuacji, kiedy silnik jest zalany olejem mineralnym, który przy niskich temperaturach robi się bardzo gęsty i stawia potężny opór.
Ruszenie od razu po uruchomieniu takim klasykiem nie jest wcale przyjemne, a w dodatku nie służy za bardzo mechanice, bo gęsty olej na początku może nie smarować poprawnie silnika. Zresztą, nie to jest jedyny problem z takimi autami — na zimno często też trudno zmienia się w nich biegi z powodu gęstnienia oleju, którym zalana jest skrzynia biegów. Oczywiście, z grzaniem silnika na ssaniu też nie wolno przesadzać, bo nadmiar paliwa może rozrzedzać olej, w dodatku samochód potwornie dużo pali i emituje potężne ilości toksycznych związków w spalinach. Należy odczekać tylko tak długo, aż praca silnika się ustabilizuje i ruszać, bo pod obciążeniem silnik nagrzewa się znacznie szybciej.
Przeczytaj także: Jak uruchamiać silnik zimą? Ten sposób sprawdza się w mroźne poranki
Współczesne auta nie boją się mrozu. Po kilku sekundach od uruchomienia silnik powinien działać normalnie
A co ze współczesnymi samochodami? Jeśli auto ma wtrysk paliwa, to nawet przy ekstremalnym mrozie, jeśli jest sprawne, to już po kilku-kilkunastu sekundach od uruchomienia powinno być gotowe do jazdy. Elektronika silnika na bieżąco kontroluje wzbogacanie mieszanki przy rozruchu, silnik niemal od razu powinien normalnie reagować na naciskanie gazu. Rozgrzewanie przed jazdą jest wręcz niezalecane — to tylko przedłuża czas potrzebny do uzyskania temperatury roboczej oleju, płynu chłodzącego, ale przede wszystkim układu oczyszczania spalin, który na zimno niemal nie działa — katalizatory muszą być rozgrzane! Co ważne, sterowniki nowych aut są tak skonfigurowane, że do momentu rozgrzania silnika ignorują nadmierną emisję spalin, która jest wykrywana przez układ diagnostyki pokładowej.
O ile w przypadku klasyków, przy ekstremalnych mrozach grzanie silnika przez kilka minut może mieć sens, to we współczesnych autach wystarczy kilkadziesiąt sekund. Co ważne, po ruszeniu, do czasu rozgrzania silnika, nie zmuszamy silnika do ciężkiej pracy. Przy czym to, jaka jest temperatura płynu chłodzącego (a to pokazuje nam wskaźnik temperatury silnika na desce rozdzielczej, o ile w ogóle auto taki wskaźnik ma) bywa złudne — znacznie ważniejsza jest temperatura oleju, którą tylko w niektórych autach da się sprawdzić poprzez odpowiednie menu komputera pokładowego. Kiedy chłodziwo ma już 80-90 stopni (to poprawna temperatura dla większości silników), olej wciąż może mieć ok. 50 stopni Celsiusza, a to wciąż poniżej jego optymalnej temperatury. Można założyć, że silnik będzie w pełni rozgrzany i gotowy do korzystania z jego możliwości po kilkunastu minutach jazdy!
Ruszaj od razu, ale nie katuj
Kolejny problem — silniki wykonane są z różnych materiałów, które zupełnie inaczej się nagrzewają, mają różną bezwładność cieplną. Jeśli np. blok silnika jest żeliwny, a tłoki aluminiowe, to kiedy damy "po garach" na zimnym, temperatura w komorach spalania gwałtownie wzrośnie, ale lekkie tłoki nagrzeją się i rozszerzą znacznie szybciej, niż nagrzeje się blok silnika i przestaną luźno poruszać się w cylindrach. Katowanie zimnego silnika to sposób na jego przytarcie i przyspieszone zużycie — efekty widać najczęściej w postaci wzrostu apetytu na olej. Katowania na zimno nie lubią też głowica i uszczelka pod nią — lekka głowica nagrzewa się i rozszerza szybciej od ciężkiego bloku silnika, więc przy zbyt gwałtownym rozgrzewaniu pojawiają się niebezpieczne dla tych elementów naprężenia. Gazowanie i wprowadzanie silnika na zimno na wysokie obroty, żeby szybciej złapał temperaturę, to też głupota!
Ogrzewanie postojowe rozwiązuje problem
O ile przy normalnej eksploatacji (uruchomienie silnika, włączenie się do spokojnego ruchu) długotrwałe rozgrzewanie silnika nie ma najmniejszego sensu, o tyle w sytuacji, kiedy auto natychmiast po starcie będzie musiało "walczyć" np. w ciężkim terenie, albo przebijać się przez głębokie zaspy czy ciągnąć przyczepę, to warto wcześniej pozwolić silnikowi się rozgrzać — jeśli nie da się inaczej, to przez pracę na wolnych obrotach, licząc się z tym, że marnujemy paliwo.
Jest też inna, znacznie lepsza opcja — ogrzewanie postojowe! W Skandynawii popularne są grzałki montowane w bloku silnika lub na przewodach cieczy chłodzącej, zasilane z sieci — a na parkingach mnóstwo jest publicznych gniazdek, do których można je podłączyć.
Znacznie droższym, ale wygodniejszym rozwiązaniem jest ogrzewanie postojowe zasilane paliwem z baku auta — zużywa mniej paliwa niż pracujący silnik, można je zaprogramować tak, żeby auto było przygotowane do jazdy o wybranej porze. Elektronika czuwa, żeby przy okazji podgrzewania auta, nie rozładowało ono akumulatora do stanu, który mógłby utrudnić rozruch silnika. Takie ogrzewanie można zamówić jako fabryczne wyposażenie nowego auta, albo zamontować w aucie używanym, co kosztuje kilka tysięcy złotych. Nie ma co tego traktować w kategorii wydatku, to dobra inwestycja — podgrzany przed uruchomieniem silnik znacznie mniej pali i wolniej się zużywa.