• Koniec z legalną szybszą jazdą w nocy
  • Pieszy z pierwszeństwem – jeszcze przed pasami
  • Łatwiej o utratę prawa jazdy!

W tle zapowiadanych zmian fatalne statystyki związane z bezpieczeństwem na drogach, sam premier przyznaje, że pod względem bezpieczeństwa na drogach „jesteśmy na ostrym zakręcie”. Tak naprawdę zakręt jest podwójny: to po pierwsze, liczba zabitych na drogach na poziomie prawie 3 tys. osób rocznie, a po drugie, brak poprawy w tym zakresie.

Jak bardzo jest źle z bezpieczeństwem na drogach w ostatnich miesiącach? Jeśli wejdziecie na strony KR BRD (Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego), klikniecie zakładkę „Baza wiedzy”, a następnie zechcecie zapoznać się z aktualnymi miesięcznymi statystykami wypadków drogowych to wyskoczy wam... „Błąd 404 – podana strona nie istnieje”. Jakże to? Otóż tak, że w tym roku – inaczej niż w latach ubiegłych – policja nie publikuje już statystyk miesięcznych, a to właśnie ta instytucja jako jedyna w Polsce (korzystając z systemu SEWiK) tworzy je udostępnia. Do wglądu są jedynie raporty roczne, publikowane z opóźnieniem (najnowszy za 2018 rok), zaś dane miesięczne są udostępniane, np. dziennikarzom, na życzenie.

Oficjalne tłumaczenie jest takie, że policja próbuje unikać hejtu i pomówień o fałszowanie statystyk, gdy zsumowane wyniki miesięczne nie są równe danym z raportów rocznych (czasami osoba ranna po jakimś czasie staje się osobą zabitą w wyniku wypadku, statystyki trzeba zmodyfikować), ale tak naprawdę statystyki mają mnóstwo dziur i nie podają kompletnej liczby ofiar wypadków drogowych – tak ma być! Może się wydawać wręcz, że doraźnym lekarstwem na fatalną sytuację na drogach jest po pierwsze, chowanie statystyk przed opinią publiczną, i po drugie, tworzenie ich w taki sposób, by ofiar wypadków drogowych było – statystycznie – mniej niż ich jest w istocie. Ale ile da się tak „jechać”? W nieskończoność na pewno nie! A zatem premier zapowiada zmiany – lek na całe zło?

Wolniej w nocy

Foto: Auto Świat
Planowany limit to 50 km/h w nocy – obecnie 60 km/h

Chodzi o przepis – w dzisiejszych czasach kuriozum – na podstawie którego po godzinie 23:00 – aż do godziny 5:00 – domyślnie dozwolona prędkość na obszarze zabudowanym to nie 50 km/h lecz 60 km/h. To przepis-kuriozum z kilku względów. Po pierwsze, w polskich warunkach ustawowo podwyższony limit nocny ma swoje konsekwencje także w dzień, są one zauważalne w postaci licznych znaków ograniczających prędkość (na obszarze zabudowanym) do 50 km/h. Taka „pięćdziesiątka” stoi tylko po to, by wskazać, że w nocy nie wolno jechać 60 km/h. Likwidacja limitu nocnego to tysiące znaków na drogach mniej – nikt za nimi płakać nie będzie, prawda?

Po drugie, limit nocny zakłada, że w nocy można jechać szybciej, bo ruch jest mniejszy i wyższa prędkość ma mniejszy wpływ na zagrożenie niż w dzień. W praktyce istotnie – wypadków w nocy jest mniej, ale za to ich skutki – poważniejsze. Co jednak ciekawe, w bardzo wielu krajach, a przynajmniej na wielu odcinkach, właśnie w nocy limity prędkości są obniżane. Są obniżane i z powodu zagrożeń wypadkami, i... hałasu emitowanego przez pojazdy, który jest bardziej dokuczliwy w nocy niż w dzień.

A zatem ruch dobry, choć jego wpływ na bezpieczeństwo będzie minimalny. Jak dotąd wypadki w godzinach 23:00-5:00 to tylko 5,2 proc. wszystkich wypadków, procent zabitych w godzinach podwyższonego limitu prędkości to 11,4 proc.

Pierwszeństwo pieszych jeszcze przed pasami

Foto: Auto Świat
Piesi na pasach – już wkrótce z bezwzględnym pierwszeństwem?

Premier zapowiada wprowadzenie tych zmian „na szybko”, co zapewne sprawi, że w kolejnym roku wypadków na przejściach dla pieszych będzie dużo więcej. Będzie tak dlatego, że typowy polski uczestnik ruchu drogowego jest asertywny i z konsekwencją egzekwuje swoje prawa. Jeśli piesi zaczną egzekwować swoje pierwszeństwo... to się będzie działo! Do śmiertelnych potrąceń na przejściach niezwykle często dochodzi nie z powodu braku szacunku dla pieszych (to często też), ale z powodu... niezauważenia pieszego, który wchodzi na przejście. Raczej żaden normalny kierowca nie przyspiesza na widok pieszego, prawda? Po zmianie przepisów pieszy, który wejdzie nierozważnie na przejście, bo prawo na to pozwala, zamiast mandatu dostanie drewnianą skrzyneczkę.

Prawdziwy problem natomiast to źle utrzymane i niedoświetlone przejścia. Co do samego bezwzględnego pierwszeństwa pieszych, to tak, chętnie, ale powoli (!!!) – zmiana prawa w tym zakresie, jeśli ma mieć sens, wymaga czasu i długiej kampanii edukacyjnej – dla jednych i drugich! Tak na szybko to... nie idźcie tą drogą! Gra niewarta ryzyka, zwłaszcza że wszyscy piesi, który dziś giną na przejściach z winy kierujących, stanowią tyko 7,5 proc. wszystkich ofiar wypadków drogowych. Wartą nad tą liczbą pracować, ale spokojnie – nawet gdyby nagle spadła ona do zera, statystycznie bezpieczeństwo na drogach w Polsce byłoby wciąż dramatycznie niskie. Strzał jest niecelny!

Utrata prawa jazdy za przekroczenie poza obszarem zabudowanym

Foto: Auto Świat
Po zmianie prawa jazda na autostradzie z prędkością wyższą niż 190 km/h będzie wiązać się z ryzykiem utraty prawa jazdy

Dziś automatycznie tracimy prawo jazdy za przekroczenie prędkości o ponad 50 km/h tylko na obszarze zabudowanym. Premier straszy, że prawo jazdy zabierane będzie za każde drastyczne przekroczenie prędkości – niezależnie od miejsca. W sumie niech tak będzie – jeśli ktoś przekracza o 50 km/h i więcej i nie widzi z daleka policji – sam jest sobie winien, nie jest dość czujny, niech ponosi karę. Problem jednak tkwi gdzie indziej... od tego, że ktoś na zwykłej drodze poza miastem na wszelki wypadek jedzie tylko 138 km/h, a na autostradzie „tylko” 188 km/h, dużo bezpieczniej na drogach nie jest.

Bo coraz trudniej o policjanta...

Podczas gdy w innych krajach, zwłaszcza tych, które pod względem liczby wypadków na drogach zajmują czołowe miejsca, udaje się osiągnąć kilkuprocentowe spadki w liczbie ofiar rok do roku, w Polsce trend jest ostatnio stabilnie... rosnący. Rzecz w tym, że Kraju Demokracji Sondażowej rządzący odpuścili kwestię bezpieczeństwa i stosownych nakładów na nie gdzieś około 2016 roku – by nie drażnić suwerena. Apogeum nonsensu nastąpiło w połowie 2018 roku podczas protestu policjantów: miesiącami nie wystawiali mandatów, na co rząd wzruszał ramionami ku uciesze kierowców (ustąpił policjantom dopiero przed 11. listopada pod groźbą, że nie będzie kim zabezpieczyć święta). W efekcie kierowcy poczuli, że policji na drogach nie ma, protest się skończył i...nic się nie zmieniło! Warto śledzić fora policyjne – można się z nich dowiedzieć, że policjantów jest za mało, że samochodami pościgowymi wożą się szefowie, na nic nie ma pieniędzy, a realną obecność funkcjonariuszy na drogach zastępują nagłaśniane co tydzień akcje np. badania emisji spalin. Cóż z tego, że kary (np. utrata prawa jazdy) są surowe, skoro ryzyko wpadki znikome? Co z tego, że zainstalowano odcinkowe pomiary prędkości, skoro nie ma pieniędzy na rozsyłanie wezwań do właścicieli sfotografowanych aut?

Tymczasem premier Morawiecki zapowiada powołanie Funduszu Bezpieczeństwa na Drogach, z którego będą finansowane przejścia dla pieszych, oświetlenie dróg, itp. Kolejny dzień, kolejny fundusz... A tak bez tworzenia nowych funduszów to już nic się nie da w tym kraju zbudować? Wszystko już wydano na czternaste emerytury i 500+?

I jeszcze jedno: by być wiarygodnym, warto swoim postępowaniem dawać dobry przykład. A tymczasem do najgroźniejszych piratów drogowych – co potwierdzają publikowane ostatnio nagrania – należą kierowcy wożący przedstawicieli rządu.